Mistrz Haftowanego Listowia
opowiadania >



nadal używać. Tutaj jestem Mistrzem Haftowanego Listowia, o czym się łatwo


przekonać – wskazał po pokoju. - Jest na to zapotrzebowanie, nasza egzystencja niejako służy temu rodzajowi sztuki.






O ile pamiętam, był pan przedtem pisarzem, i to jednym z najwybitniejszych jakich






udało mi się czytywać – rzekłem.






Tutaj nie odczuwa się już potrzeby posługiwania się słowem pisanym. Nie ma






czytelników, wszyscy wiedzą już wystarczająco dużo. A poza tym, jak się pan przekona, czytanie


również sprawia nam pewną trudność. Nadspodziewanie szybko traci się wprawę w czytaniu.






U nas też teraz zaprzestano już czytać, zwłaszcza książki.Najwybitniejsze z nich






wyglądają całkiem jak nowe, tak mało są używane. A wydawanie, na przkład poezji, stało sie


zupełnie nieopłacalne – dorzuciłem własne trzy grosze. - Ale szanownego pana jeszcze ciągle


wydają – dodalem spiesznie, nie chcąc sprawic mu przykrości.


Moje słowa nie zdawały się zbytnio go cieszyć, widać nie miało to już dla niego


większego znaczenia.


Zeskoczył na podłogę i jakby nieco urósł.






Teraz, kiedy już jest pan w posiadaniu rękopisu, kiedy może już pan poznać dalszy






ciąg, chciałbym panu coś pokazać. Proszę pojść za mną.


Wyciągnął z kieszeni złoty kluczyk i zainsynuował mu całkiem solidny zamek


w dębowych drzwiach, o których czytałem w dzieciństwie.


Znaleźliśmy sie ponownie na znanych mi już, stromych kamiennych schodkach


prowadzacych w nieznane...


Schodziliśmy w milczeniu. Kiedy schodki sie nam urywały nad brzegiem niedosiężnej


przepaści, pojawiał się ktoś i dorysowywał dalszą drogę, coraz bardziej stromą i pogmatwaną.






Czy rozpoznał go pan? - zapytal mój cicerone. A gdy odrzekłem, że przypuszczal-






nie tak, dorzucił jeszcze wyjaśniająco: - Nadal rysuje swoje carceri.


Potwierdzło się tym samym moje przeczucie, że dobroczyńcą naszym musi być nie kto inny jak słynny włoski grafik Piranesi, prekursor stylu klasycznego w sztuce europejskiej. Zadzi-


wiające jednak bylo to, że przecież żyl on przeszlo dwiescie lat temu, w osiemnastym wieku,a więc


od dawna nie mógł znajdować się wśród żywych.


Tymczasem zeszliśmy do mocno sklepionego loszku. Ze środka ocembrowanej niecki


bilo malutkie źródełko. Krystalicznie czysta woda gromadzila się w okrągłej sadzawce, a jej nadmiar odpływał kanalikiem, w głąb nieznanego...






To bardzo zdrowa woda, ale proszę jej nie próbować; gdyby pan to uczynił, nie mógłby już stąd odejść. My, ugasiwszy raz pragnienie, nie odczuwamy go więcej.






W każdym razie dobrze, że mamy takie ukryte źródło, dobrze o nim wiedzieć. Na wszelki wypadek.


Podkrada stąd czasami wodę dla swoich gości, znany już panu dobrze, właściciel hotelu. Wtedy


nie pragną już wyjeżdżać, a on ma z nich stały dochód. Niech pan nigdy nie pije zachwalanej przez


niego wody ani własnoręcznie produkowanego domowego wina lub likieru. Używa bowiem


do ich produkcji wody z tego własnie źródła. W jego rękach przekształca się ona w zniewalające


trunki.


Postanowiłem odtąd wystrzegać się napitków karczmarza. Czy jednak nie uraczył mnie już wcześniej niezwykłą wodą?


Zwróciłem mojemu przewodnikowi uwagę na fakt, żę w pensjonacie poza mną nikt nie mieszka. Gdzie więc podziewają się pensjonariusze, o których wspominał, a skoro ich nie ma, w jaki sposób właściciel może z nich czerpać zyski?






Niech pan się nie da zwieść pozorom. Wprawdzie wmówiono panu, że w zajeździe






nie ma żywej duszy, a jednak zdołal mnie pan odnaleźć A człowiek, którego spotkaliśmy przed


chwilą? Zapewniam pana, że jest nas tu więcej, znacznie więcej od tamtych, do których się pan


przyzwyczaił, gdyż jedynie ich zwykł pan dotychczas widywać po tamtej stronie lustra. Przyznaję,


że nieco panu pomogłem, jedząc kolację tam, w restauracji Zazwyczaj tego nie robię. W moim


pokoju przystosowałem sie do nowej roli i obywam się już bez jedzenia. W ostateczności mogę


się utrzymać z haftowanego listowia. Poza tym trwa pamięc o mnie. To mnie podtrzymuje w mojej


egzystencji na tym drążku, na którym zwykłem się gimnastykować. Czasami opadają mi ręce, ale


nawet wtedy, kiedy chowam je bezradny pod stolem – jak o tym niegdyś pisałem – pod stołem,


który nas wszystkich dzieli, odnajdują mnie i się podają liczne tajne, pomocne ręce.






Mistrzu, doskonale to pamiętam – wyszeptałem wzruszony. - Właśnie dla takich






chwil warto było przemierzać pana książki, własnie za to pana kochają. Niech mi pan wierzy,


ma pan u nas zastępy karbonariuszów, tajnych radców, rozproszonych, zakamuflowanych


w społeczeństwach fanatyków waszej sprawy; bezwzględnie oddanych, wiernych wielbicieli,


doskonale ukrytych i zamaskowanych, którzy tylko czekają chwili... Na razie szkolą się po nocach


i czekają... czasu. I ćwiczą, ćwiczą, ćwiczą !


Zamyślił

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów