Wojownik (18+)
opowiadania >



ciężkim wojskowym butem w twarz. Facet z jękiem rozciągnął się pod murem. Trzymając się za szczękę zaczął powoli podnosić głowę. Kiedy spojrzał w oczy Iwczence, ten wymierzył mu kopniak z żebra, a potem następny w twarz i wtedy niewidoczne ręce złapały go za ramiona i odciągnęły do tyłu.


- Zostaw…


- Ty zostaw! – szarpnął się Iwczenko. – Zmiażdżę tego robala!


Musiał się jednak podporządkować. Trzymało go już trzech kolegów.


- Puśćcie go – rozkazał twardy głos sierżanta. Uścisk na ramionach Iwczenki zelżał, więc jeszcze raz kopnął leżącego.


- Zostaw go! – Z sierżantem nie dało się negocjować. – Żyje?


Iwczenko wściekły popatrzył na twarze kolegów. Nie miał zamiaru sprawdzać, co z jego ofiarą. Jak nie żyje, to jego problem.


- Żyje, żyje, oddycha.


- Ilu mamy? – Sierżant twardo wpatrywał się Iwczence w oczy.


- Czterech, razem z tym tutaj. Co z nimi zrobimy?


Sierżant nie miał gotowej odpowiedzi. Rozzuchwaleni obecnością „zielonych ludzików” prorosyjscy separatyści robili się coraz bardziej bezczelni. Nie dziwił się wściekłości Iwczenki, który zamiast walczyć z agresorem, albo ewakuować się z Krymu, przegrupować i kontratakować, zamiatał teren bazy ukraińskiej piechoty morskiej.


- Zatrzymamy ich do wieczora – powiedział sierżant.


- I wypuścimy? – warknął Iwczenko. Panująca apatia i bezwład powodowały, że gra toczyła się już tylko o honor. Tylko i aż…


- Tak. – Sierżant nie miał zamiaru z nikim dyskutować. – Ale najpierw trochę im wpierdolimy, a po ciemku wywalimy za płot.



--- marzec 2014 ---



- Anatolij…


- Nie dyskutuj ze mną.


- Ale…


- Powiedziałem. – Gwałtownym ruchem ręki Anatolij uciął dalszą dyskusję. Natalija odwróciła się gwałtownie. Podeszła do okna i oparła dłonie o parapet. Bała się. O męża, o siebie, o ich synka Semena, który spał teraz w drugim pokoju ich małego mieszkania, które wymagało poważnego remontu – jak cała Ukraina. Anatolij podszedł do żony z tyłu i objął jej ramiona.


- Musisz wyjechać – powiedział delikatnie. – Widzisz co tu się dzieje.


Zwiesiła smętnie głowę.


- Wiem.


Najpierw bezczelne przekręty i nadużycia w wykonaniu prorosyjskich władz Ukrainy, potem Euromajdan, zamieszki i rejterada prezydenta, następnie nasilenie ruchów separatystycznych na wschodzie kraju, a w końcu realne próby oderwania części terytorium kraju. Na Krymie pojawili się świetnie wyekwipowani żołnierze – niezidentyfikowane „zielone ludziki”. Oczywiście Moskwa zaprzeczyła jakimkolwiek związkom z nimi – klasyczna taktyka nieznanych sprawców. W ukraińskich jednostkach wojskowych na Krymie panował bezwład. Z Kijowa nie dochodziły żadne instrukcje, a wielu wojskowych popierało odłączenie wschodniej części kraju od Ukrainy. Same bazy wojskowe były otoczone przez „zielone ludziki”, czyli żołnierzy rosyjskiego specnazu i piechoty morskiej, a zamaskowani cywile kilkukrotnie dokonywali wtargnięcia na ich teren, tak jak miesiąc wcześniej do kompleksu, gdzie stacjonował Anatolij.


Sam Anatolij też nie był już tu mile widziany. Otwarcie nazywał zdrajcami wszystkich, którzy popierali separatystów. Raz nawet posłał do szpitala jednego z takich żołnierzy, ale na szczęście sprawę udało się zatuszować przez prokijowskiego oficera. Sprawy zaszły tak daleko, że jedyną możliwością był wyjazd organizowany przez władze w Kijowie.


- Wyjedźmy razem. – Natalija gwałtownie odwróciła się w stronę męża. – Bez ciebie nie jadę! – Bała się, że Anatolij jeszcze zrobi coś głupiego, znowu kogoś pobije, albo nawet zabije.


Anatolij zawiesił głos i patrzył w jej oczy. Dotychczas były dla niego ukojeniem, oazą spokoju. Teraz widział w nich strach – strach, który sam odczuwał.


- Dobrze – obiecał. – Wyjedziemy razem.



Z wyjazdem nie było żadnego problemu. Każdy żołnierz i członek jego rodziny mógł opuścić Krym. Wystarczyło zgłosić chęć wyjazdu, spakować się i skorzystać ze środka transportu zapewnionego przez kijowskie władze.


Natalija Iwczenko tuliła do piersi małego Semena. Teoretycznie byli na Ukrainie. W rzeczywistości… Najpierw minęli grupkę „zielonych ludzików”, dalej byli miejscowi separatyści. O ile ci pierwsi zachowywali się raczej obojętnie, o tyle ci drudzy epatowali wrogością i szyderstwem. Na wszystkich patrzyła z nienawiścią, a kiedy brakło jej silnej woli, zaczęła wpatrywać się w twarz Semena. Gdyby wbiła spojrzenie w chodnik, dałaby im powód do satysfakcji.


Nie o taką Ukrainę walczył jej dziadek. Bohater UPA. Ranny w walce z Polakami, po zniszczeniu większości sił na granicy polsko-ukraińskiej, walczył z Rosjanami. Zginął w 1950 roku – w bitwie, jak ukraiński bohater. Co się dzieje z tym krajem?, pytała samą siebie Natalija? Nienawidziła takiej Ukrainy.



Iwczenko maszerował w milczeniu obok żony. Nie miał zamiaru nic mówić, czuł z resztą, że i ona nie ma na to ochoty. Twardo patrzył w oczy wszystkim wrogom. Nic więcej nie mógł zrobić.


W Siłach Zbrojnych służył na kontrakcie. Był zawodowym żołnierzem piechoty morskiej. Ukraina powinna walczyć, a sytuacja taka, jak ta, to była hańba. Wrogowie pozwolili tak po prostu odejść wszystkim, którzy tylko chcieli. „Nawet nie warto was internować” – taki dali sygnał. „Szkoda naszego czasu, bo nie jesteście dla nas żadnym zagrożeniem.”


Jeszcze zobaczymy, myślał Anatolij, mierząc wzrokiem jednego z zamaskowanych separatystów. Wrócę i was pozabijam.



--- teraz, maj 2014. Okolice Słowiańska, Obwód Doniecki ---



Rozkaz był prosty: rozstawić posterunki, oczekiwać na dalsze rozkazy. Strzelać tylko w samoobronie.


Iwczenko miał już dość bierności i czekania na jakieś konkretne rozkazy. Nie miał zamiaru oddalać się od posterunku, ale i nie zamierzał siedzieć bezczynnie. Zwłaszcza, że separatyści podpuszczali ich od czasu do czasu – zamaskowani ludzie pojawiali się w polu widzenia, czasem oddawali serię i uciekali między niskie zabudowania. Czasem strzały padały z ukrycia.


- I co? – spytał Kubijowycz. Obserwował przedpole przez lornetkę.


- Zniknęli. – Iwczenko wpatrywał się w celownik zdobycznego karabinu wyborowego. Gdzieś po lewej rozległa się niezbyt odległa seria z karabinu maszynowego, potem kilka pojedynczych strzałów. I wybuch, ale gdzieś dalej. Chyba wszyscy w oddziale Iwczenki zdążyli już przywyknąć do tej rutyny.


Rutyna… Minuty… Kwadranse.


Iwczenko zamrugał oczami. Bolały go od wpatrywania się w optykę broni.


- Nie wymiękaj – ożywił się Kubijowycz. – Patrz.


- Gdzie? – Iwczenko natychmiast wznowił obserwację.


- Widzisz nadpalony budynek?


- Który?! Pełno tu…!


- Tamten! Ten, na który drzewo się przewróciło.


- Drzewo?... Mam!


- Zza rogu wygląda dwu..


- Mam! – przerwał mu Iwczenko. – Daleko. Będzie z pół kilometra, nie?


- Cholera wie. Pewnie tak. – Kubijowycz zerknął na towarzysza broni. – Trafisz z tak daleka?


- Sprawdzimy… – Iwczenko oparł się wygodniej o maskę samochodu terenowego. W celowniku wyraźnie widział dwóch ludzi. Wyglądali zza rogu budynku. Pokazywali sobie coś palcami i lekko gestykulowali. Tacy bezczelnie pewni swojego bezpieczeństwa.


Iwczenko wziął na cel klatkę piersiową osobnika w czarnej kominiarce.

- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów