Historie niesamowicie zwyczajne cz. 2
opowiadania >



wszystko musiałem brać odpowiedzialność- moje powroty do domu w tym czasie były u zarania swojej bogatej historii. Po jakimś czasie nabrałem pewnej pewności siebie, rozległe dla bardzo młodego człowieka osiedle zostało niejako okiełznane i nie jawiło się już jako dżungla pełna obcych osobników, których zamiarów nie mogłem znać. Był to czas w moim życiu niemal diametralnie odmienny od obecnego - wtedy bowiem przeceniałem ludzi uważając, że są ode mnie lepsi, mądrzejsi, sprytniejsi, mają wiedzę na mój temat, jestem dla nich przewidywalny i przezroczysty w swych zachowaniach jak bielizna pani Grażynki. Obecnie czuję nad ludźmi przewagę, bowiem wiem ile posiadają kompleksów, lęków, zahamowań i zboczeń a to częściej ja lepiej znam ich niż oni mnie- ot taka dewaluacja - od Boga do pacjenta na kozetce u psychoanalityka. Ze szkoły wolałem pójść do domu najkrótszą drogą i możliwie najszybciej znaleźć się w przytulnym i bezpiecznym domu, ale ciekawość świata nie pozwoliła mi na długo utrzymać w sobie tej dyscypliny. Moje drogi do domu stawały się coraz bardziej kręte a przez to coraz bardziej czasochłonne i narażone na nieprzewidziane zdarzenia. W okresie zimowym nie mogłem sobie odmówić wraz z kolegą, który mieszkał w bloku naprzeciwko, wskutek czego wracaliśmy razem, aby poślizgać się na wszystkich napotkanych kałużach a nierzadko załamać lód na tych głębszych. Pewnego razu mój zapał do załamywania lodu na kałużach, co było pewnym rodzajem wydalania nadmiernej energii, skończył się dla mnie przykrą nauczką, gdy wraz z kolegą namierzyliśmy, tuż obok popularnego sklepu papierniczego o słodkiej nazwie 'Plastuś', niezwykle ponętną zamrożoną kałużę- a nasze kozaki paliły się wręcz, aby niezwłocznie przystąpić do destrukcji. Lód okazał się jednak bardzo gruby, jednakże wysiłki nasze nie słabły, a wprost przeciwnie postawiliśmy sobie za punkt honoru dotrzeć do dna- a stało się to dość niespodziewanie i nie w taki sposób jak przewidywaliśmy. Kałuża okazała się jakimś dołem wykopanym obok bloku, przez co wpadliśmy po pas do zimnej wody i chcąc nie chcąc powrót do domu zakończył się w mokrych spodniach, a ja dodatkowo miałem wtedy kalesony przez co natężenie przykrego chłodu było podwójne. Moja podstawówka znajdowała się na niewielkim wzniesieniu, dzięki czemu wychodząc ze szkoły mieliśmy do dyspozycji szeroką i pełnosprawną górkę wysokości około 10m n.p.m, na której nie wypadało się poślizgać i właśnie dzięki tejże górce zaliczyłem w życiu pierwsze salto w powietrzu, gdy pewien osobnik wjechał mi pod nogi, podczas gdy ja stałem sobie spokojnie odwrócony tyłem- mój lot był krótki, ale dość efektowny, gdyż lądowałem na kciuku, który potem bolał mnie przez tydzień. W okresie letnim za to, nie mogliśmy wraz z kolegą nie odwiedzić po drodze pewnej budki, gdzie serwowano colę, frytki, lody, paluszki i inne frykasy, które były dla nas bardzo atrakcyjne (później nawet pojawił się hit sezonu- placki ziemniaczane). Swego czasu kolega mój miał gest (sam już nie pamiętam z jakiego powodu) i fundował sobie i mnie całe serie lodów Calypso (z Murzynkiem na opakowaniu)- każdy z nas zjadł ich chyba z dziesięć a jedliśmy je pewnego pięknego majowego dnia przy klatce pobliskiego bloku, co obecnie kojarzy mi się ze spożywaniem wina z podwójną siarką. Na sam koniec szczodry kolega zakupił jeszcze paczkę paluszków i wsadził mi ją ukradkiem do plecaka, który już wtedy zastąpował tornister. Do domu miałem bardzo niedaleko, gdyż mój blok znajdował się tuż obok, co było dobrym zrządzeniem losu, gdyż wyglądałem jak czterolatek- cały ładny niebieski dresik uwalany był lodami, analogicznie do mojej twarzy- po prostu impreza lodowa była na całego, czego moja mama jednak nie przyjęła ciepło i ze zrozumieniem. Innym razem na biologii poproszono wszystkich, którzy mieli w domu akwaria, aby rybki ze szkolnych akwariów wziąć na przechowanie na okres wakacji. Ja jako dumny posiadacz 25 litrowego akwarium, który czyścił i oporządzał mój tata, zgłosiłem się chętnie i dostałem ogromny słój z rybkami. Niestety, pokierowałem się nieopatrznie ideologią romantyczną, która zalecała mierzyć zamiary podług celów a nie na odwrót, no i się przemierzyłem, gdyż niesienie ogromnego słoja do domu przez osiedle przekraczało moje siły. I tak szedłem z kolegą, który niósł mniejszy słoik (bo tego mojego nikt nie chciał) a ja co jakiś czas przystawałem i zbierałem siły na przejście kolejnych kikunastu metrów. Mój bój był na pograniczu heroizmu, walczyłem ze słoikiem z rybkami nie mniej niż Pudzianowski walczący z ciężarami o tytuł mistrza świata. Moje ręce nie wytrzymały jednak, gdy znajdowałem się naprzeciw sklepu wielobranżowego Społem, trachnęło, chrupnęło i rybki niespodziewanie dla siebie, dla mnie i dla przechodniów znalazły się na pełnej wolności. Na szczęście szybkie kroki podjęte przeze mnie i przechodniów uratowały sytuacje, swoją drogą to musiał być widok naprawdę w stylu Monty Pythona- grono przypadkowych ludzi zbierających w upalny dzień flegaminy, pawie oczka, mieczyki, sumiki i guramina z rozgrzanych słońcem płyt chodnikowych. Na moje szczęście słoik strzaskał się tylko od góry i wylała się połowa wody (przez co stał się dużo lżejszy)- jak się okazało wypadek był zbyt wielkim przeżyciem tylko dla dużego guramina, który na drugi dzień dokonał żywota- może od obrażeń a może od wstrząsu psychicznego. Moje powroty zaczęły z wolna wchodzić w fazę rozważań i kontemplacji- wszedłem wtedy w bliższe kontakty z innym kolegą z klasy, który mieszkał dość blisko szkoły, przez co powroty zmieniły swój charakter. Siadywaliśmy razem na górce niedaleko jego bloku, opodal kościoła i popijaliśmy kawę zbożową, która leciała z kranu służącemu robotnikom z pobliskiej budowy. Ta właśnie kawa zbożowa smakowała jak żadna inna, bo była pierwszą jaką piłem i bodajże ostatnią i przy niej to rozmawialiśmy na tematy błahe, poważne i szkolne- o lokalnych tajemnicach, o budzącym się niezrozumiałym i nagłym pociągu do dziewczyn, o muzyce przełomu lat 80 i 90, czyli ta, która byłam nam wtedy współczesna. To właśnie w ostatnich latach podstawówki działo się najwięcej- najwięcej szalonych przygód, najwięcej wydarzeń, początek dorastania- nagrywanie muzyki na kasety magnetofonowe, pierwsze pirackie kasety, piosenka chodnikowa, inne patrzenie na płeć przeciwną, inne myśli, inne słowa i to wszystko na tle upadku komunizmu w tej części Europy. W czasie gdy jakiś etap mojego życia był już oddzielany grubą kreską, analogicznie Mazowiecki robił to samą z przeszłością- zaistniała irracjonalna analogia- mój rocznik wkraczał podwójnie w nowe życie, czego
- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów