Mizantropia - fragment III
opowiadania >



zaczęły wsadzać sobie nawzajem noże w żebra po meczach piłki nożnej.


Ruszyłem z miejsca zorientowawszy się, że de facto[4] stanąłem w bezruchu i po prostu się gapiłem. Jednocześnie nie traciłem kontaktu wzrokowego z moimi być może przyszłymi oprawcami, którzy wciąż świdrowali mnie groźnymi świńskimi oczkami. Przechodząc obok nich, niemal marzyłem o tym, by zapytali mnie komu kibicuję. Odparłbym wtedy: "waszej inteligencji" i przypuszczalnie moment później doznał wewnętrznego katharsis[5] z okazji spuszczonego mi wpierdolu. Tak się jednak nie dzieje. Sekundę po tym, jak ich mijam, mężczyźni wracają do przerwanej rozmowy. Z ulgą wyszedłem na duszące powietrze miasta.


Nim papieros, który błyskawicznie wylądował na mej wardze, został odpalony, ogarnęło mnie przygnębienie. Oto między innymi dlaczego nie lubię przebywać wśród ludzi, obcowanie z nimi pozwala mi spostrzec w nich mankamenty własnego usposobienia. Uświadamiam sobie bowiem, że w zasadzie jestem podobny do fenomenalnej dwójki z klatki schodowej. Oni gardzą resztą i ja gardzę resztą. Jedyne, co nas różni, to fakt, że przyjąłem, jak się wydaje, bardziej wyszukane kryteria absmaku do pozostałych, jakkolwiek to wyłącznie moje subiektywne odczucie. Czy zatem, paradoksalnie, by odciąć się od znienawidzonych, którzy nienawidzą, należałoby przestać ich nienawidzić? A może, nienawidząc ludzi, nienawidzę siebie?


Tak jest w istocie, jeżeli moja antypatia brałaby się z niskiej samooceny. Być może kiedyś w dzieciństwie brakowało mi akceptacji ze strony grupy rówieśniczej i z tego powodu rozwinęła się we mnie antropofobia. Nieuzasadniony lęk przerodziłby się w kompletne unikanie kontaktów międzyludzkich i zazdrość. Wtedy, ze względu na brak zadowolenia z życia, wylewałbym frustrację na innych, obwiniał o własne porażki, pożądał cudzego szczęścia. Nie mogąc go osiągnąć zacząłbym odreagowywać, nie w sposób jawny, lecz pośredni, przez cichą, milczącą oraz wieczną animozję do wszystkich.


Być może, bo nie uważam, że stąd wzięła się moja nienawiść. Nie przypominam sobie, abym był szczególnie nielubiany przez pozostałe dzieci, lecz to akurat powinno zostać formalnie potwierdzone przez psychologa, co nigdy nie będzie miało miejsca. Prędzej będę się codziennie uśmiechał, niż dam się zbadać jakiemuś niedouczonemu konowałowi, który poczęstowawszy mnie oczyszczającą zieloną herbatką na kozetce zabierze się do wmawiania mi, że jestem wspaniały, a wina nie leży we mnie. Czuję głęboką awersję do pozytywnie nastawionych entuzjastów cudzych problemów, którzy tanimi sztuczkami tresują pacjentów, by dumni byli z sikania do łóżka w nocy w wieku średnim. Negowanie naturalnych wad powoduje większe upodlenie. Stajemy się przez to mniej ludzcy. Dopiero uzmysłowienie niedoskonałości czyni nas człowiekiem. Człowiekiem Prometeusza, słabym i nagim, lecz przynajmniej autentycznym.


Zatem ostrożnie stwierdzę, że nie mam niskiego poczucia własnej wartości, zwyczajnie jestem nad wyraz przytomny ułomności, zarówno własnych jak i cudzych. Niemniej jednak wiedza ta nie prowadzi do zaprzestania odczuwania niechęci do członków społeczeństwa, podczas gdy powinienem raczej im współczuć i łączyć się we wspólnym cierpieniu bycia z rodu człowieczego. Są niewątpliwe zalety takiego wyboru, otóż nienawidząc, zbudowałem swoją tożsamość. Pozostając w tym uczuciu przez dłuższy okres, stało się ono częścią mnie w tym stopniu integralną, że obecnie nie wyobrażam sobie istnienia bez niego. Spaja fragmenty osobowości i pozwala zachować odrębną świadomość. Ponieważ nie jest możliwe wykreowanie koncepcji siebie bez skonfrontowania się ze zgeneralizowanym wzorcem, używając nienawiści do osób trzecich jako punktu odniesienia, zaspokajam równolegle potrzebę unikatowości, niepowtarzalności i znajduję odpowiedź na pytanie "kim jestem?", która brzmi: na pewno nie nimi.


Chroniczna wzgarda ma jeden zasadniczy defekt. Wymaga ciągłego przeciwstawiania się, stawiania w opozycji. Wtedy niczego się nie tworzy, jedynie ustosunkowuje się do zaistniałego stanu. Wynika z tego, że nienawiść jako cel sam w sobie jest prostym zachowaniem reaktywnym i nie ma potencjału, żeby spłodzić coś samodzielnie.


To mi absolutnie nie przeszkadza. Nie mą ambicją być twórcą czegokolwiek. Stopy nie są po to, żeby zostawiać ślady, lecz spierdalać na nich jak najdalej od zbiorowości. I z tą wesołą myślą udałem się na przystanek autobusowy, definitywnie przesiąkając dymem papierosa.


Transport publiczny to nader specyficzne miejsce i nie tylko dlatego, że nie uświadczymy tam savoir-vivre[6] lub chociażby higieny osobistej współpasażerów. Komunikacja miejska jest wyłączona spod jakiejkolwiek jurysdykcji. Nie obowiązują w niej także żadne traktaty czy konwencje zawarte przez społeczność międzynarodową, traci moc Powszechna Deklaracja Praw Człowieka i Karta Praw Podstawowych, a przede wszystkim artykuły mówiące o przyrodzonej godności i zakazie nieludzkiego lub poniżającego traktowania. Wartością dominującą jest natomiast prymitywnie pojmowana siła. Tutaj większy, liczebniejszy, bardziej agresywny i chamski podporządkowuje sobie zmarniałą resztę, zmuszoną ulec samozwańczemu władcy. Zadziwiające, że tyran może objawić się w każdym, zarówno w grupie zidiociałej młodzieży, każącej słuchać wraz z nimi kiepskich piosenek z telefonów komórkowych, jak i w podchmielonym mężczyźnie po pięćdziesiątce, który poszukując taniej rozrywki, obliguje przypadkowych jadących do rozmowy.


Zaciągnąłem się po raz ostatni, kiedy spostrzegłem, że pojawił się mój autobus. Zgasiłem niedopałek w śmietniku i niepewnie podszedłem do ruchomego ucieleśnienia Guantanamo. Nacisnąłem przycisk otwierania drzwi i odczekałem moment, wypuszczając na zewnątrz marazmem pomalowane twarze, twarze rzeźbione zmęczeniem, przeorane wkurwieniem twarze. One poinformowały mnie o sytuacji w środku, radząc przygotować się na pandemonium. Wciągnąłem ze świstem powietrze i wszedłem do przegubowca.


Na wejściu z gracją emerytowanego boksera po wylewie uderzyła mnie mieszanina potu i ciepłego powietrza. Jednakże to nie atmosfera, lecz ludzie nadają temu miejscu specyficzny koloryt. W środku mieszczańska klasyka: wyczerpane fizycznie babcie z jeszcze bardziej wyczerpanymi fizycznie siateczkami na siedzeniach obok; para pulchnych, zgrzanych wąsaczy w ciąży spożywczej przystrojonych w kultowe białe skarpetki, klapki, koszule z przed 89' i krótkie spodenki, którzy debatowali na temat harówki na działce; jeden delikwent wydzierający się do telefonu komórkowego, jak gdyby bał się, że rozmówca uroni chociażby monosylabę

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów