Fallout - Rozdział 4: Najeźdźcy, cz. 1
opowiadania >



- Spokojnie. Złożę im taką ofertę, że nie odmówią. Zobaczysz, kwadrans i zabieramy stamtąd Tandi. Aradesh będzie zachwycony. Wypłaci nam kupę forsy.


Ian przyjął wywód Blaine’a skinieniem głowy. Obaj ruszyli na południe w stronę obozu Chanów. Blaine nie musiał już wyładowywać się na kamieniach. Miał świetnie przygotowany fortel i jeśli wszystko pójdzie tak, jak sobie zaplanował, Tandi na pewno mu nie odmówi. To prawda, zgodził się z podszeptującym do niego głosem własnej podświadomości, gdzieś w głębi siebie chciał, żeby to wszystko potoczyło się właśnie tak. Chuj mógł strzelić Seth’a, Aradesh’a i całe te Cieniste Piaski. Ale Tandi. Ach, Tandi była warta małej gimnastyki. Ośmieszy dowódcę straży Cienistych Piasków hańbiąc jego pozycję i obnażając niekompetencję. Zyska przychylność sołtysa, zarobi przy tym sporo forsy, a jego córka… No i oczywiście Blaine był znacznie inteligentniejszy niż cała ta okoliczna hołota i z wolna wyzbywał się wszelkich skrupułów moralnych. Co właściwie mogło mu zrobić kilkoro najeźdźców?


Poza tym miał asa w rękawie. Spojrzał na kroczącego obok Iana. Potem zaczął pogwizdywać z zadowolenia.



15



Dzień osiemnasty


(przed wyprawą do obozu Chanów)



Po trzech dniach upiornej wędrówki pod lśniącym żywym ogniem firmamentem pustynnej Kalifornii pragnąłem tylko uzupełnić zapasy, wypytać Iana o lokalizację Złomowa i Hub, a potem, jeśli się uda, nająć go do pomocy i ruszyć w nadziei, iż południe przyniesie mi więcej nadziei i perspektyw niż cholerny wschód.


Jednak gdy tylko cały zmordowany i umorusany począłem zbliżać się do Cienistych Piasków, jak oszalały wyskoczył na mnie „komandor” Seth i rycząc na całe gardło błagał mnie o pomoc tymi oto słowami:


„Dzięki Dharmie, że tu jesteś, przybyszu. Moja dziewczyna… eee… Tandi, córka Aradesh’a, została porwana. Wydaje nam się, że przetrzymują ją najeźdźcy”.


Muszę przyznać, iż z początku nie wiedziałem, co począć. Zatrzymałem się spoglądając na Seth’a. Przypuszczałem, że mój nowy styl nawiązujący wyglądem do terroryzujących Perth i okolice motocyklowych gangów z Zachodniej Australii, wywarł na tym wieśniaku tak dojmujące wrażenie, że najzwyczajniej w świecie mnie nie rozpoznał.


Ale nie. Seth bardzo dobrze wiedział, kim jestem. Uznał najwyraźniej, że skoro raz pomogłem ocalić tę zasyfioną piachem dziurę, to bez mrugnięcia okiem będę na każde skinienie lokalnych chłopków, a już na pewno nie zdołam odmówić prośbie wielkiego KOMANDORA SETH’a by ratować jego krnąbrną, kokieteryjną panienkę.


Mimo to pogadaliśmy przez chwilę. Wypytałem prostaka o tych najeźdźców, ale właściwie poza ich miejscem obozowania (południowy wschód od Cienistych Piasków) nie powiedział mi niczego, czego wcześniej nie dowiedziałbym się od Iana.


Dlatego, gdy tylko zbyłem go machnięciem ręki, udałem się do starego wygi strzegącego niegdyś karawan na najpopularniejszych i jednocześnie najbardziej niebezpiecznych szlakach handlowych post-apokaliptycznego świata.


Ian z wielką chęcią podzielił się ze mną całą swoją wiedzą. Miał solidne podstawy by sądzić, że to Chanowie, a nie Żmije czy Szakale uprowadzili Tandi. Aradesh kręcił się po całej wiosce pokazując na prawo i lewo znalezioną na miejscu tragedii włócznię. Ian mówił, że była to broń charakterystyczna dla klanu rządzonego przez krwiożerczego, bestialskiego i słynącego z lekkiego palca Garla. Opowiedział mi, o nim co nieco. Kiedy zaś miałem udać się na spotkanie z królem kloszardów, chrząknął jak gdybym o czymś zapomniał. Faktycznie! Uderzyłem się wtedy ostentacyjnie fragmentem dłoni wypełnionym mięśniem kłębu kciuka i udając nagłą eurekę, zaproponowałem Ianowi współudział w wyprawie.


Ian również udał przede mną, że nie ma pewności, że nie wie, że jest niezdecydowany. W końcu tu jest mu całkiem dobrze. Zdążył już wrosnąć w lokalną społeczność jak brukiew w grządkę, a w ogóle to ma na oku taką miłą, dojrzałą panią i chyba chciałby się ustatkować…


Pieprzył tak przez kilka minut. Jednak ja od pierwszego momentu bardzo dobrze wiedziałem, że ten stary awanturnik i najprawdopodobniej lepszy rabuś żądny łupów, usycha w tej równie suchej i żałosnej osadzie. Dlatego tworząc dobry grunt pod interesy, udałem, iż bawią mnie te negocjacje, a kiedy obaj uzgodniliśmy: wspólny podział łupów i sto kapsli zaliczki dla Iana, ruszyliśmy – każdy zadowolony na swój sposób – w stronę największego domu w osadzie. Domu, nad którym tym razem unosiła się aura rozpaczy, nieustanny lament licznych żon Aradesh’a i jakiś ogólny, bardzo posępny nastrój. Przyznam, iż znacznie bardziej odpowiadał mi zapach opiekanych na rożnie psów.


Aradesh przyjął nas niemalże postawą równie błagalną i żałosną, co lokalny komandor straży. Gdy tylko ujrzał jak przechodzę przez prowadzące do wielkiej sali drzwi, z tym samym rozbieganym wzrokiem i wystającym daleko poza granice przyzwoitego kształtu rozlazłym nosem, rzucił:


„Dzięki Opatrzności, że tu jesteś! Rozpaczliwie potrzebuję pomocy. Moja córka, Tandi, została uprowadzona. Nie wiem, co czynić!”.


Słowa sołtysa Cienistych Piasków uświadomiły mi kilka rzeczy:


- Po pierwsze, widmo jakiejś nowej republiki z moich koszmarów, było absolutną abstrakcją i żadna siła na świecie, nie była w stanie odmienić losu tego miejsca i tego człowieka. Aradesh do końca życia pozostanie tylko prostym, prowincjonalnym sołtysem, który nigdy nie będzie

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów