Szept
opowiadania >



Był nieobecny, jakby chciał sprawić istnieniu ból. Kiedy zostawał sam, jego oddech stawał się tłem dla kamiennych grubych ścian. Lubił blask świecy, która niezapalona, tliła się w tym nasyconym żalem miejscu. Potrafił wpatrywać się w nią latami, póki zew jego zimnego wiatru gasił niepamięć, pod okna przyprowadzał rzeszę zapomnianych, nowych dni. Tłum śpiewał lodowatą pieśń a spękane od ciągłego rozszerzania rejestry dźwięków szorstką siłą wchłaniały się w ściany. Ogrom duchów czasu targał rzeczywistość skowytem pragnienia, niedościgłymi i niezrealizowanymi snami, jakie układały się w żywą materię purpury. Krzyk wrastający w absolut zaczynał ścierać każdą cząsteczkę istnienia. Szarża motyli z pylistymi chwilami na zwiewnych skrzydłach poczęła uderzać o ściany. Wiele z nich z łoskotem rozbiło się o stalowy chłód betonu; jedne rykoszetem trafiały gdzieś po zakurzonej podłodze, drugie natomiast wbijały się w ścianę niczym zbyt późno wystrzelone strzały losu. Wszystko drżało.


Ciemność zmieszana z zielenią. Morze organizmów żyje w tańcu cząstek delikatnie płynących przez gąszcz istnienia. Miliardy struktur obdarzonych niezwykłym tchem natury. Zachowujące się jak bąble powietrza rozwierające się na dźwięk sekretnego hasła. Każde inne i niepowtarzalne, choć wszystkie jednako prowadzące do tej samej sekwencji. Nawet te oddalone od siebie, uwrażliwione do swoich granic, dudnią cicho swój rytm. Gdzieś cichy szept piasku, zimnie przyległego do powierzchni. Lekki wiatr przemierzający swoją trasę srebrzy się delikatnie pod światłem księżyca. Żywe cząstki gonią siebie wzajemnie, odbijają się jedna od drugiej, potem nikną we własnych skupiskach. Wszystko zamienia się w niejednostajny bulgot ciemnozielonych kropli. Żywy ocean poskładanych elementów zamienia się w jarmark związków chemicznych. Nagle mantra natury przyśpiesza w nieubłaganym tempie. Świat rodzi się na nowo podczas istnie misteryjnego bakchantckiego tańca. Drzewa i krzaki, ziemia, drgające ciepłem powietrze, wszystko rozmywa się w purpurowy krzyk. Ten trwa chwilę rozdzierając kurtynę nocy, po czym słabnie konwulsyjnie dogorywając nieopodal wejścia do parku. Wiatr wieje kołysząc zadyszaną noc, na którą powoli zachodzi dawne ciemnozielone tło. Wszystko drży w rytm oddalającego się kroku. Tylko piasek zostaje rozgrzebany przyjmując na siebie ciężar usychającego życia.



- Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego Munch namalował Krzyk władając czyimś snem?


- Nie rozumiem.


- Czy można zgłębić studium postaci, nie pragnąc jej przy tym… Ciągnąć za sobą aż do przyzwyczajenia, do uczucia tęsknoty każdego dnia, zwierzęcego przyzwyczajenia do czyjegoś zapachu? Stać się narkotykiem i odebrać siebie, zadać pełen buty odzew i czekać na krzyk. Aż będzie narastał z krtani, wibrował na pomieszczenie. Stłamszał powietrze póki nie zagarnie całego świata i zjednoczy się nim. Nie malujemy melancholii, jedynie patrzymy. Na co? Tego nie wie nic.


- Na pewno pragnął. Musiał chcieć namalować takie dzieło. Myśleć w jego kategoriach póki nie odłoży ostatni raz pędzla przy płótnie. Może potem przestał. Malował dalej.


- Czuł to, zdarzało się, że wibrował mu delikatnie przez kręgosłup docierając do szyi. Wtedy mimo poczucia odrętwienia malował. Delikatny marsz opuszków palców przebiegał mu po karku i uświadamiał sobie znowu swą pewność. Wiedział. Dlatego malował. Bywało też, że słyszał kroki wyrastające z niewidzialnej mgły. Jego czy mówiły, że krzyk wraca, by znów opowiedzieć swą historię. Mówił wszystko.


- Pasja przerodziła się w rzeczywistość? Coś w tym stylu?


- Przeczuwając wszystko, skończył na parę dni przed. Zasłonił obraz czarnym płótnem, żeby widzieć go tylko raz w całości, po ukończeniu. Dosięgnął swojej sztuki. Pewnego popołudnia poczuł ten metalicznie ostry zapach wydobywający się spod czarnej płachty. Zrzucając ją, zobaczył to, czego pragnąłem.



Hałas pozostał przez chwilę w powietrzu. Rozchodził się pełny brzmienia od ściany do ściany. Potem wibrował chwila za chwilą tracąc na częstotliwości. Kiedy upadał, całą lekkość jego bytu przyjęła milknąca podłoga.


Taniec ciemności powędrował na most. Tej nocy tylko wiatr stał się świadkiem narodzin rzeki. Strumień mroku początkowo płynął z wolna, potem jednak przybrał na sile porywając ze sobą wszystkie żywe cząstki.
















- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
barbara211 Linia koment
Dodany:2011-07-06 20:39:43, Ocena: Brak oceny
Już pierwsze zdanie zdaje się być niezrozumiałe. Opowiadanie wymaga szlifu tym bardziej, że nie jest to łatwy tekst. Pozdrawiam, życząc sukcesów na wortalu - Barbara
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów