Liera

Autor: kayab92

Mam na imię Liera. Zapewne już samym przedstawieniem – zdradziłam się, obnażyłam. Przecież mogłam zacząć tę opowieść od trzeciej osoby – mówić
o wyimaginowanej niej, „koleżance”, czy „sąsiadce”. Nie potrafię tak. Jestem zbyt bezpośrednia. O takich ludziach mówią, że to „wariaci”. Dlaczego? Może dlatego, że u nich co w sercu, to i na języku.

Wracając do mojej skromnej osoby – śpieszę z wyjaśnieniem, że nie jestem Rosjanką. Nie pochodzę ze Wschodu! Choć mam już 18 lat, to nigdy nie opuściłam granic Polski.

W dowodzie w rubryce „obywatelstwo” jak wół napisali mi: „polskie”. Jak to mówią
na mieszkaniu, które wynajmuję, nic – tylko „czysta Polka”. Cała się jeżę na to określenie. Zalatuje mi ono nacjonalizmem – jego skrajną odmianą. Przekładając na miejscowe warunki – „swój albo wróg”.

Pamiętam ten dzień, kiedy uciekłam z domu. Było to kilka dni przed moją osiemnastką. Spakowałam do plecaka jakieś żarcie na biegu zrobione, kosmetyczkę, komórkę, coś do przebrania, mapę Warszawy (nigdy wcześniej tu nie byłam) i forsę (wszystkie moje oszczędności). Bez namysłu wsiadłam w pierwszy pociąg, który zmierzał
w stronę stolicy. Nie miałam żadnego planu. Po prostu – uciec. Zacząć od nowa.

Pomyślicie pewnie, że moje zachowanie to szablonowy wybryk rozwydrzonego nastolatka, którego jednym z kompleksów jest to, że pochodzi z jakiegoś zadupia, i który sam szuka dla siebie swojego American Dream. Po części to prawda. Co tu robić w takiej wiosze?

Było jednak coś gorszego. Moje imię. Matce nigdy tego nie wybaczę! Mogłam być kolejną Karoliną, Zośką, Halinką, Aneczką, czy Oleczką. Nie – musiała być jakaś obca Liera! Prawda – nie trawię zwyczajności i doceniam oryginalność. W tym można zauważyć, że jestem podobna do mojej rodzicielki. Nie mogę jednak pojąć, jak w ten sposób można skrzywdzić własne dziecko!

Kiedy z kimś się zapoznawałam, to na dźwięk mojego imienia różnie reagowano. Nigdy jednak nie były to przyjemne uwagi: -Przepraszam, możesz powtórzyć, bo nie zrozumiałam … Liera?A to w ogóle istnieje takie imię?!; -Aaa…To ty gdzieś ze Wschodu jesteś?

            Jakieś dwa lata temu wracałam ze szkolnej dyskoteki. Liceum, do którego chodziłam, znajdowało się w sąsiedniej wiosce – nazywano ją „stolicą gminy”. „Stolica” – koń by się uśmiał!

Pod jedynym w niej sklepie zaczepił mnie Wiktor . Od zawsze największy rozrabiaka, drań i cham. Trzeba mu za to przyznać, że w każdej sytuacji wiedział, jak się odnaleźć.
Dla nauczycielek słodki jak miód, a już nad dziewczynami, czy młodszymi rocznikami,
to  perfidnie się znęcał. Wszystkie jednak jego sprawki  zostały zamiecione pod dywan. Syn sołtysa – wiadomo. Ojciec przychodził do dyrektorki. Przynosił miód własnej produkcji
i płacił za ewentualne przewinienia syna, nie drążąc.

Mnie za to dopiero się obrywało. Cóż, sprzeciwiałam się jawnej niesprawiedliwości. Matka przychodziła, bez słowa wysłuchiwała monologu wychowawczyni jaka to ja niedobra, rezolutna i krnąbrna, a po powrocie do domu cytowała mi słowa naszej chemicy. Można by rzec, że jaka matka, taka córka. Nie stać nas było na przypochlebianie się. Dostawałam więc dodatkowe prace domowe albo zostawałam po lekcjach, a Wiktor miał z tego świetny ubaw. Widocznie ktoś musiał w klasie za klauna robić. Nikt mi nie pomógł. Nikt nie obronił. Kto by śmiał? Szkolny dyktator przeciwko klasowego kujona. Moje rozmowy prowadzone w szkole można policzyć na palcach jednej ręki. Były to przypadki, kiedy zachorowałam i nie pojawiłam się w szkole (te należały to rzadkości) albo kiedy ktoś chciał ode mnie spisać zadania (co zdarzało się nagminnie).

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy