Okładka książki - Nazywam się Czerwień

Nazywam się Czerwień

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2007
Kategoria: Literatura piękna
ISBN: 978-83-08-03999-1
Liczba stron: 632
Dodał/a recenzje: mrowka

Ocena: 4.33 (3 głosów)

„Jak to jest być barwą? Kolor to dotyk oka, muzyka głuchego, słowa płynące z ciemności” – wyjaśnia idealna Czerwień, jedna z narratorek opowieści Orhana Pamuka. Bywalcom kawiarni przedstawiona zostaje w kilkudziesięciu odsłonach historia pewnej zbrodni i – niejako równolegle – historia pewnej namiętności.

 

Czterej przyjaciele – twórcy miniatur i iluminatorzy – pracują nad zdobieniami ksiąg pod okiem mistrza Osmana. Potajemnie wykonują także zlecenia „Wuja” – ojca pięknej Sekure. Wuj żąda od nich prac naśladujących dzieła europejskich artystów: Elegant, Motyl, Oliwka i Bocian (takie imiona nadał im mistrz Osman) muszą więc sprzeniewierzać się sobie i za pieniądze sprzedawać ideały młodości. Ale cała powieść rozpoczyna się wątkiem kryminalnym: „jestem trupem, nieruchomym ciałem na dnie studni” brzmi pierwsze zdanie książki. To jeden z przyjaciół, Elegant, najzdolniejszy miniaturzysta, który został bestialsko zamordowany przez towarzysza. Jego dusza nie oddzieliła się jeszcze od ciała, Elegant czeka na godny pochówek, by mógł dostać się do opisanych w Koranie zaświatów. Pała żądzą zemsty: pragnie tortur dla swojego oprawcy. Tylko kim ten oprawca jest?…

 

Tymczasem do Wuja – ojca pięknej Sekure i dziadka Orhana i Sevketa – przybywa Czarny. Od dwunastu lat zakochany w Sekure, próbuje odzyskać jej serce i rękę. Mąż Sekure zginął na wojnie, brat kobiety, Hasan, chciałby zająć jego miejsce. Sytuacja komplikuje się, gdyż Sekure obdarza uczuciem obu konkurentów. Według prawa powinna wyjść za Hasana. Ale Czarny mógłby zostać następcą Wuja w pracy nad tajemniczą księgą sułtana. Motyl, Oliwka i Bocian walczą o miejsce głównego iluminatora po mistrzu Osmanie, a nad wszystkim unosi się kwestia różnic kulturowych i religijnych między Wschodem i Zachodem, sprawa pieniądza oraz zagadnienie piękna i stylu. Pamuk oddaje narrację kolejnym postaciom z powieści.

 

Główny ciężar narracji spoczywa na Czarnym i Sekure. Tych dwoje można też uznać za najważniejsze osoby w książce. Akcję przyspiesza zawsze pojawianie się Ester – starej wścibskiej kobiety, która udaje handlarkę, a jej głównym zadaniem jest swatanie młodych dziewcząt i pośrednictwo w przekazywaniu korespondencji między zakochanymi. Rzecz jasna Ester – choć jest analfabetką – doskonale orientuje się w treści listów i bez skrupułów wykorzystuje swoją wiedzę do snucia intryg; przekazuje je też „odbiorcom”. Przez pewien czas do grona narratorów należy „ukochany Wuj” komentujący życie Sekure i działalność artystyczną iluminatorów oraz Czarnego. Także Bocian, Oliwka i Motyl przedstawiają swoje poglądy na sztukę i uchylają rąbka tajemnicy związanej z pracą nad księgą sułtana. Wśród tej trójki znajduje się morderca – jednak w powieści jako narrator występuje on osobno, ukryty pod narzuconym i niewdzięcznym określeniem. Morderca zaciera ślady, nie pozostawia czytelnikom nic, co pozwoliłoby wpaść na jego trop. Wykorzystuje rozszczepienie swojej duszy – na człowieka sprzed zbrodni i mordercę – i wypowiada się jak dwie różne osoby.

 

Są ponadto bohaterowie, przedstawiający swoje historie i fragmenty relacji tylko raz – sześcioletni Orhan (literackie wcielenie autora, Sekure opowiedziała mu całą historię przedstawioną w „Nazywam się Czerwień” i wie, że pisarz na pewno ją ubarwi), dwaj derwisze czy kobieta. Ale w powieści Pamuka dochodzi do głosu ktoś jeszcze: „bohaterowie” miniatur: śmierć, drzewo, pies, czerwień, moneta, koń i szatan. Oni też pomagają w odkryciu zbrodniarza, prezentują sytuacje, których byli światkami. Przedmioty z ilustracji zaczynają tu ożywać, mają swoje poglądy i własną pamięć. Obdarzone zaś możliwością mówienia (ich mowę usłyszy ten, kto tego chce), starają się ubrać w słowa swoje przeżycia i doświadczenia, stając się równoprawnymi narratorami.

 

„Nazywam się Czerwień” to książka napisana językiem poetyckim, przypominająca baśń – dla czytelników spoza kultury Turcji atrakcyjną, bo egzotyczną. Na tę egzotykę składają się nie tylko obce środowisko akcji (koloryt lokalny powieści), ale też styl pisania: melodyjny, płynny, nierzeczywisty. Jakość pisarstwa Orhana Pamuka wypływa z nader umiejętnego połączenia realistycznego tematu (zakorzenionego w kulturze Wschodu) i baśniowości przedstawienia, onirycznego i jednocześnie bardzo plastycznego stylu narracji. Opisy Pamuka urzekają swą synestezyjnością i sposobem przedstawienia, są źródłem przyjemności lektury. Autor wbudowuje w „Nazywam się Czerwień” wiele przypowieści, legend i małych opowiadań. Historia toczy się w XVI-wiecznym Stambule, ale do tego zaprezentowania użył Pamuk języka współczesności: sam opis, w oderwaniu od fabuły, jest w pełni zrozumiały dla czytelników. Dla lepszej orientacji w historii dodane zostało kalendarium wydarzeń historycznych.

 

Obok wątku kryminalnego i romansowego skupia się Pamuk na zagadnieniu piękna, swoje rozważania na temat sztuki potrafi przy tym przedstawić w interesujący sposób. Wprawdzie nie indywidualizuje stylu mówienia poszczególnych postaci, nie popisuje się różnymi odmianami narracji, ale nie jest to w powieści konieczne. Pamuk uniwersalizuje opowieść i dzięki temu, że nie bawi się stylami, zaznacza kwestię artyzmu i ponadczasowość uczuć.

 

„Nazywam się Czerwień” to znakomita powieść; ograniczenie politycznych aluzji i skupienie się na literackości tekstu wyszło książce na dobre. „Nazywam się Czerwień” jest o wiele lepsza niż „Śnieg”. Odbiorcy zaś, obok podziwiania pisarskich konstrukcji, mogą zagłębić się w próby rozszyfrowywania tożsamości mordercy, który zachęca: „spróbujcie z koloru moich słów odgadnąć, kim jestem!”

Kup książkę

przesuń

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Opinie

Avatar użytkownika - labiryntfikcji
labiryntfikcji
Przeczytane:2015-11-19, Przeczytałem,

Orhan Pamuk, Nazywam się czerwień.

Na jednym ze swoich wykładów na Harvard University, gdzie 41 lat później miał wygłosić swoje wykłady Pamuk, Jorge Luis Borges dał następującą wskazówkę, która – jak możemy zaobserwować – z biegiem lat stała się najwyraźniej jedną z wytycznych pewnego kanonu literackiego: otóż pisarze powinni uczyć się od autorów kryminałów sztuki tworzenia fabuł, do których autorzy literatury tzw. „pięknej” zdają się nie przywiązywać już dziś uwagi. Można pomyśleć, że ta wskazówka (o ile to w niej rzeczywiście należy dopatrywać się źródła owego nurtu) przez wielu pisarzy została potraktowana bardzo dosłownie, gdyż jeśli nawet nie opierają swoich powieści na kanwie, która by je uczyniła prawdziwymi kryminałami, to często ją wykorzystują i modyfikują na własny sposób. I oto przypadki pisarzy, takich jak Umberto Eco, Paul Auster, Patrick Modiano, czy wreszcie Orhan Pamuk to potwierdzają. Przy czym zgodzimy się chyba wszyscy, że zbrodnia nie jest bynajmniej jedyną tajemnicą, jaką skrywają powieści owych autorów – i to, ośmielę się twierdzić, różni ich od tych twórców, dla których kryminał to nie tylko narzędzie, czy choćby pretekst, ale przede wszystkim przyjęty z góry i dosyć jasno sprecyzowany szablon.
            Chciałabym, żebyśmy skupili się na Pamuku. Na przykład w Śniegu związany z niemiecką gazetą poeta o pseudonimie Ka przyjeżdża do miejscowości o nazwie Kars w celu wyjaśnienia niepokojącego zjawiska samobójstw wśród młodych muzułmańskich dziewczyn, ale razem z Ka odkrywamy, że prawdziwa, aczkolwiek skrywana przez bohatera przed samym sobą, przyczyna jego wyjazdu była zupełnie inna. Z kolei w Nazywam się czerwień, jak w klasycznym kryminale, przez całą powieść pojawia się pytanie „kto jest mordercą?” i – jak na kryminał przystało – na końcu książki dowiadujemy się odpowiedzi; jednak zarazem uświadamiamy sobie, że to nie zaspokaja naszej ciekawości, bo wokół tej jednej niewiadomej narosło też wiele innych.
Nazywam się czerwień Pamuk wciąga swojego czytelnika do dyskusji na temat stosunków pomiędzy uniwersalizmem sztuki a szukaniem w niej ujścia dla osobowości samego twórcy, która domaga się nieodzownie własnego stylu. Ormiańskiej tradycji anonimowości Pamuk przeciwstawia wywodzący się z Zachodu (a w znacznej mierze przechwycony również przez chińskich miniaturzystów) kult dumnego artysty, który zamiast tworzyć w całkowitej zgodzie z regułami przyjętymi przez jego szkołę stara wyróżniać się wypracowanym przez siebie samego stylem. Praca nad własnym stylem, nie wspominając o powszechnym w przypadku malarzy włoskich wykorzystywaniu własnego wizerunku w swoich obrazach, czy o stosowanie w nich perspektywy (która zamiast nas przybliżyć do boskiego i obiektywnego oglądu rzeczy usiłuje naśladować ludzki, a więc zatomizowany sposób patrzenia na rzeczywistość), budziło zgorszenie wśród istambulskich miniaturzystów ze schyłku XVI w., do których świata wprowadza nas Orhan Pamuk, i uważane było przez nich za coś bezbożnego, co było bez wątpienia efektem działania diabła albo złych dżinów, choć stanowiło zarazem pokusę, ku której sami skłaniali się bardzo często. Tak więc Pamuk odmalowuje (za pomocą, rzecz jasna, nie pędzla, ale pióra i atramentu) sytuację, w której istambulscy malarze miniatur nie wychodząc poza kanony ormiańskiej sztuki usiłują przemycić do swoich – jak wierzymy – tak niesamowitych, jak i niewielkich obrazów siebie, a czynią to poprzez szczególnego rodzaju „podpis”, czyli charakterystyczny sposób namalowania na przykład końskich nozdrzy, pęcin etc. Miniaturzyści zdobią różne przedmioty, jak choćby szkatułki, skrzynie, ale jak czytamy niemal na samym początku książki, szczególnie dobrze płatne były w ostatnim czasie zdobienia na kartach książek. Ciekawe wydaje się też spostrzeżenie dość powszechne podzielane przez opisanych przez Pamuka miniaturzystów (choć ma się rozumieć, że nie przez wszystkich!), którzy uważają, że jedyną pewną, a przynajmniej najbardziej obiektywną miarą wartości sztuki, są pieniądze, jakie sułtan płaci im za ich pracę, a już zwłaszcza, że sułtan nie polega jedynie na własnym guście, ale w znacznej mierze sugeruje się zdaniem innych.
            Ciekawym aspektem jest przedstawiona w książce dyskusja, jaka dotyczy roli miniatur w księgach. Pierwotnie miały to być ozdoby, ilustracje opisanych w księgach legend oraz historii, jednak w Nazywam się czerwień cała fabuła skupia się wokół utrzymywanej w wielkim sekrecie pracy nad pewną księgą, w której chodzi przede wszystkim właśnie o miniatury, mające być na dodatek wykonane na wzór zachodni.
            Jeśli chodzi zaś o konstrukcję, to cała fabuła zbudowana jest na dwóch osiach. Oś pierwsza – to powracająca zagadka morderstwa (wiemy, że słynącego z kunsztownych pozłoceń miniaturzystę zabił jego kolega po fachu: Bocian, Motyl, albo Oliwka). Oś druga – to trzymająca we wcale niemniejszym napięciu próba głównego bohatera „Czarnego” zdobycia serca jego przyjaciółki z dzieciństwa, a teraz uznanej za wdowę, mającej dwoje dzieci Sekure, co nie jest proste, ponieważ „Czarny” musi konkurować z Hasanem, bratem jej zaginionego na wojnie męża (ot muzułmańska słodycz obyczajowa); dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że zarówno w swoich listach – przesyłanych do Czarnego i do Hasana za pośrednictwem pełnej humoru i dobrze znającej życie swatki imieniem Ester – jak również w myślach, Sekure, jak to kobieta, okazuje się bardzo zmienna…
            Lecz na najwyższy podziw zasługuje chyba sposób poprowadzenia samej narracji. Nie od dziś wiadomo, że Pamuk ma pokusy do przeprowadzania bardzo ciekawych eksperymentów, co udowodnił też w innych książkach, i nie mamy wątpliwości, że jest on typowym „postmodernistą” (jakkolwiek szeroko rozumie się to pojęcie), ale trzeba zwrócić uwagę, że kiedy sto lat temu w literaturze – wyznaczającej wtedy na swych patronów Joyce’a a z drugiej strony Hermana Brocha – rozpoczął się trend odnowy, przez co należy rozumieć właśnie wolę przeprowadzania rozmaitych eksperymentów, uczyniło to literaturę raczej cięższą i mniej przystępną. Nie tylko „nadużywali” oni refleksji (jakby to mógł powiedzieć osiemnastowieczny włoski filozof Vico, na którego często się ci pisarze powoływali), ale nade wszystko ich narracja oderwała się od konkretu. Pamuk nie popełnia tego błędu. Można powiedzieć, że przedsięwzięte poszukiwanie przez niego własnej struktury, jak i narracji, zbliża go – a nie oddala – do istoty opowieści, do archetypu, i jeśli tęsknimy za uczuciem, jakie nam towarzyszyło, kiedy jako małe dzieci słuchaliśmy naiwnie baśni, jakie dorośli czytali nam na dobranoc, powinniśmy sięgnąć po jego książki. Nie wierzę, aby Pamuk do końca otwierał przed nami swoją duszę. Jako artysta jest raczej jak jeden z przedstawionych przez niego malarzy, Motyl, który przewyższa innych swoim talentem, jednak nigdy nie maluje za sprawą nagłego tchnienia czy też impulsu, i choć doskonale potrafi namalować samego diabła, to jego sztuka nie rodzi się z cierpienia, lecz z przyjemności. Ale mimo tego, że Pamuk nie jest typem pisarza, który porażałby czytelnika ujawniając przed nim jakiś demoniczny pierwiastek psychiki ludzkiej, ani też nie pozwala dotknąć mu tajemnicy, w której można by się było dopatrzeć czegoś osobistego, w Nazywam się czerwień otwiera przed nami wrota do niebywałego świata swej wyobraźni, który ma taki urok, że możemy się poczuć, jakbyśmy zostali przez niego zaczarowani.
Każdy rozdział pisany jest więc w pierwszej osobie, ale tak, że poznajemy całą fabułę z punktu widzenia wielu pojawiających się w książce (stale albo pobocznie) osób, a nawet – uwaga! – z perspektywy psa, diabła, konia albo złotej monety, czyli tych rzeczy oraz postaci, które malowali występujący w książce istambulscy miniaturzyści, którzy pojawiają się w niej tak, jakby sami byli naniesionymi przez autora malowidłami. I to, co w trakcie lektury nieustannie mi się nasuwało, to właśnie analogia pomiędzy malowaniem miniatur, a sposobem, w jaki Pamuk tworzy poszczególne rozdziały. W licznych wywiadach, jak choćby w wywiadzie dla magazynu „The art of fiction” (Nr 187) podkreśla, że – może dlatego, iż miał zamiar kiedyś zostać malarzem – podchodzi do pisania poniekąd tak, jakby podchodził do malowania. Zaczynając rozdział, a każdy z nich planuje bardzo starannie, zaczyna zdaniem, które ma w wyobraźni czytającego odtworzyć obraz, po czym tworzy kolejne zdania, dzięki czemu powstają sceny, które mają charakter przypominający charakter filmowych kadrów. Jest to więc bardzo wizualny, zmysłowy pisarz, choć nikt, kto ma trzeźwy osąd, nie powie, że jego książki są gotowymi scenariuszami, na których podstawie można by kręcić filmy. Nie – to, co Pamuka łączy z hollywoodzkimi filmowcami, paradoksalnie łączy go również ze istambulskimi miniaturzystami: doskonały warsztat, precyzja, które są w stanie zachwycić najbardziej wymagającego odbiorcę sztuki, i towarzyszący temu brak snobistycznej obawy, że razem z nimi podzielą ten zachwyt rzesze miłośników na całym świecie.

 

 

Link do opinii
Avatar użytkownika - en-ca_minne
en-ca_minne
Przeczytane:2013-12-08, Ocena: 4, Przeczytałem, 26 książek 2013, Mam,

O moim spotkaniu z XVII-wieczną Turcją, kawą i iluminacjami, czyli Orchan Pamuk i Nazywam się Czerwień

Od zawsze lubiłam książki ciekawe nie tylko w treści, ale i formie. I nie chodzi mi o formę nadaną przez wydawnictwo (choć ta również bardzo do mnie przemawia), ale o tę, której autorem jest sam pisarz. Tym bardziej niecierpliwiłam się sięgając po moją pierwszą książkę Pamuka - Nazywam się Czerwień. Ciekawą okładką i pięknymi iluminacjami wyznaczającymi początek każdego rozdziału, przywitała mnie ta prawie 600-stronowa księga. Dodatkowe wzmocnienia stanowiły wszechobecne entuzjastyczne recenzje i oczywiście Pan Nobel... Niestety moja nie będzie aż tak entuzjastyczna, choć mam wrażenie, że powodem tego nie będą braki w książce, ale moje własne. To nie jest książka dla mnie. Mimo, że pochłonęłam ją (trochę z obowiązku) w zaledwie trzy dni, kulturowo nie jestem w stanie jej udźwignąć. Ale od początku.

Nazywam się Czerwień to książka wielowymiarowa, wielowątkowa i bez wątpienia mocno zapadająca w pamięć czytelnika. To opowiadana przez wielu narratorów historia zbrodni i miłości. I sztuki. Choć właściwie wypadałoby rzec, że to raczej zbiór tysiąca i jednej opowieści o miłości, zbrodni, sztuce, islamie, zawiści, ślepocie, Allahu, sułtanach i dżinach, śmieci, świecie i tworzeniu. Z resztą - niewiele jest tematów, których Pamuk nie porusza, co z reszta chyba nie stanowi wielkiej korzyści dla książki, która ze strony na stronę stawała się coraz bardziej skomplikowana. Łatwo wtedy zrozumieć porównania tej książki do Gry w klasy. Gdyby jednak odsunąć na razie wątki poboczne (które być może wcale pobocznymi nie są!), byłaby to książka o XVII-wiecznym Stambule, stolicy islamskiej iluminacji. Byłaby to też książka o islamie i o morderstwie dokonanym w jego imię, morderstwie, którego sprawca ujawnia się czytelnikowi dopiero na końcowych kartach, choć i wcześniej prowadzi z nim dialog, zachęcając do odkrywania tajemnicy tymi słowy: spróbujcie z koloru moich słów odgadnąć, kim jestem. Ja, choć próbowałam rozszyfrować zagadkę, nie odgadłam, choć zrobiłam mnóstwo notatek.

Niewątpliwą zaletą Nazywam się Czerwień jest jej klimat - XVII-wieczny Stambuł, tajemnicze księgi z jeszcze bardziej tajemniczymi iluminacjami największych mistrzów, pięknie snute opowieści o sułtanach, dżinach i mitycznej miłości, wszystko okraszone szczyptą miłości i zbrodni. Język dzieła Pamuka jest piękny, bardzo literacki, nieprzesadzony, lekki jak iluminacje, a niektóre zdania pięknie skonstruowane. Również poznawczo książka ta jest absolutnie nieoceniona - dowiedziałam się z niej więcej na temat islamu i tureckiej sztuki niż kiedykolwiek do tej pory. Dzięki niej wiem, że tureccy malarze malowali na chwałę Allaha tak, by pokazać to, co widzi On, nie oni sami, zatem mogą być nawet ślepi, jeśli są doświadczeni. Wiem też już, że Turcy mają wiele wspólnego z historią Dalekiego Wschodu, i że indywidualny styl może mieś tylko pracownia malarska - nie artysta. I wiem też wiele o ich zwyczajach pogrzebowych.  Niestety nie spodobało mi się wszystko, czego się dowiedziałam, co oczywiście jest raczej kwestią moich ograniczeń zdecydowanie bardziej niż wadą książki.

Choć toleruję i nie potępiam, nie jestem w stanie pewnych rzeczy zrozumieć. Nie zrozumiem czemu stworzenie iluminacji w stylu  europejskim jest (było?) grzechem większym niż pozbawienie kogoś życia. Nie rozumiem dlaczego wobec śmierci najbliższej osoby płacze się tylko na pokaz i tylko przy otwartym oknie, a prawdziwe wzruszenie wywołuje tylko widok sułtana i jego urzędników. Nie wiem, czemu kawa jest symbolem zła i zmian na gorsze, dla innych zaś odwrotnie. Nie pojmuję czemu mają służyć zdania typu: Czułem przyjemny chłód własnego siedzenia i odbytnicy. Zmęczyła mnie także forma książki - ciągłe zmiany narratorów, szczególnie jeśli nagle zostawały nimi iluminowane postacie czy przedmioty - moneta, koń, drzewo... Mimo wszystko miałam wielką ochotę popatrzeć na te iluminacje, tak sugestywnie i pięknie były opisywane. Nie wspominając już o tym, jak bardzo chciałam, wraz z bohaterami, znaleźć się w sułtańskim skarbcu.
 
Podsumowując - dawno już, po żadnej książce nie miałam aż tak dużego mętliku w głowie. To być może dobrze i tym lepiej świadczy o Pamuku, ale dla mnie nie jest to uczucie przyjemne... Dlatego popełniając jeden z największych grzechów islamu - utopię swoje smutki... w kawie. Kawie, której Prorok nie chciał pić.
Link do opinii
Avatar użytkownika - origami
origami
Przeczytane:2015-10-16, Ocena: 5, Przeczytałam,
Avatar użytkownika - danutka
danutka
Ocena: 4, Przeczytałam,
Inne książki autora
Nowe życie
Orhan Pamuk0
Okładka ksiązki - Nowe życie

Przeczytałem tę książkę pewnego dnia i całe moje życie zmieniło się. ...

Rudowłosa
Orhan Pamuk0
Okładka ksiązki - Rudowłosa

Czy pierwsze miłosne doświadczenie określa całe późniejsze życie? A może to siła historii i legend wyznacza nasz los? W małej miejscowości pod Stambułem...

Reklamy