Okładka książki - Tyrmand warszawski

Tyrmand warszawski

Wydawnictwo: MG
Data wydania: 2016-03-16
Kategoria: Literatura faktu
ISBN: 978-83-7779-337-4
Liczba stron: 160
Tytuł oryginału:
Język oryginału:
Tłumaczenie:
Ilustracje:
Dodał/a recenzje: Justyna Gul

Ocena: 5 (5 głosów)

Wiadoma rzecz, Stolica

„W czasie rozlicznych po świecie wędrówek, w równej mierze w Oszmianie, jak i w Wiedniu, w Chełmie, jak i w Kopenhadze, tropiły mnie tak zwane warszawskie wątpliwości. Sprawa była prosta: wszystko dziejące się poza Warszawą było niedobre, nudne, niewłaściwe i pozbawione wdzięku”- te słowa rozpoczynają wędrówkę Leopolda Tyrmanda po mieście, które nieodmiennie fascynuje, budzi zachwyt, niesmak, ale z pewnością nie obojętność.„Tyrmand Warszawski” to kolejny zbiór tekstów niewydanych, które tym razem traktują o Warszawie, z czego niektóre zostały podpisane pseudonimem Jan Andrzej. Publikowane w „Stolicy”, „Tygodniku Powszechnym” czy „Przekroju” felietony Leopolda Tyrmanda to prawdziwa kopalnia wiedzy o Stolicy z lat 1947 do 1956, a ciekawym dodatkiem do tekstów są całostronicowe zdjęcia stron gazet, z oryginalnie publikowanymi artykułami oraz zatrzymane w kadrze widoki Warszawy i jej mieszkańców ( z Tyrmandem na czele).Autor przedstawi nam postać Ferdynanda de Lesseps „arystokraty i przemysłowca, inżyniera i wizjonera, dyplomaty i romantyka, który zapisał się w dziejach historii jako twórca Kanału Panamskiego i wielbiciel Warszawy. Ponoć był on przekonany iż stolica stanie się w połowie XX wieku największym miastem kontynentu, chociażby z uwagi na jej znakomite położenie geopolityczne i geoekonomiczne. I choć w 1950 roku, w połowie wieku, pozycja Warszawy przeczyła owej przepowiedni, to jednak została ona „miastem twórczego napięcia, miastem z duszą”.Tyrmand, jako były student architektury, poświęca w swoich tekstach wiele uwagi architekturze miasta. Wraz z nim podziwiać możemy „kryształowe” sklepienie gotyckie w jednym z korytarzy kościoła św. Anny, odnowiony Ogród Saski, a nawet… chodniki, czyli trotuary, niegdysiejszy przedmiot dumy Warszawy. Pokazuje nam nie miasto „heroicznej śmierci, lecz Warszawę dzielnego, różnokolorowego życia”, którą pokochał i do tej miłości zachęca również czytelnika. Przy tym Tyrmand w swoim uczuciu nie jest zaślepiony wspaniałością miasta, niejednokrotnie krytykuje powstające z gruzów budynki i ulice, czy zmiany wynikające z postępu. Pisze, iż „zniknięcie tych wszystkich warszawskich treści z bieżącego życia jest stratą niepowetowaną. Fakt nieistnienia wystaw Gebethnera i kina „Splendid” (….) jest wstrząsający” choć i w rozmaitych architektonicznych posunięciach dostrzega kryjące się dla Warszawy możliwości.Leopold Tyrmand z jego „Tyrmandem Warszawskim” to nasz towarzysz w wędrówce po Stolicy, tej z dawnych lat, kiedy jej duszy nie przytłoczyły jeszcze stalowe pałace korporacji. Od autora uczymy się doceniać każdy element zachowanego w kamieniu piękna, a tym, którzy Warszawy jeszcze nie znają bezgraniczną przyjemność może sprawić wędrówka po jej ulicach, tych dawnych i tych współczesnych. Z „Tyrmandem Warszawskim” w plecaku oczywiście.

przesuń

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - AdelaMi
AdelaMi
Przeczytane:2016-04-24, Przeczytałem,

Ten cykl uwag o życiu powojennej stolicy jest swoistym rarytasem, wypełnia bowiem lukę pomiędzy powrotem Tyrmanda do kraju a jego kłopotami, które właściwie towarzyszyły pisarzowi przez całe życie. Ale po kolei.

 

Mieszczanin z żydowskimi korzeniami, esteta, bikiniarz, skandalista, miłośnik Warszawy, genialny pisarz, bystry obserwator, szczery człowiek. Leopold Tyrmand. Nie ma takiej szufladki, w której można by go umieścić. Szeroko znany jako twórca powieści kryminalnej Zły, prawdziwego bestsellera tamtych czasów, krytyk komuny i wróg bylejakości. Enfant terrible peerelowskiego świata kultury. Kochany i nienawidzony, w modnym garniturze, jazzman, mąż Barbary Hoff, kobiety, która ocaliła Polki przed kufajkami. Chciałoby się westchnąć: "Mój Boże, Tyrmand"...

 

Podczas wojny zgłosił się dobrowolnie na roboty do Niemiec, a potem, po jej zakończeniu, tułał się jeszcze po Skandynawii, by wreszcie wrócić do Warszawy. Wtedy zaczął pisać swoje teksty, sławiące miasto, choć często bezlitośnie chłoszczące jego mieszkańców. Razi go wszechobecny brud. Krzyczy, że warszawiacy wdychają co roku tyle pyłu, ile powstałoby ze stłuczonej na miazgę cegły. I 90% tego pyłu pochodzi nie z przenoszonych co i rusz gruzów, ale ze starego, wszędzie osiadającego brudu, którym nikt nie zawraca sobie głowy. Współcześni mu dozorcy nie czują się w obowiązku uprzątnąć chodnika i kawałka ulicy nawet wtedy, gdy idzie o gmachy publiczne. Polacy dziadzieją wraz z postępującą sowietyzacją. Brudne buty, brudne ulice, brudne umysły.

 

Pisarz szydzi z poprawności, z norm budownictwa, z pełnych kościołów, z zadeptanych trawników. Kocha miasto, ale drażnią go jego mieszkańcy. Widzi ich na kształt hordy barbarzyńców, która obsiada Warszawę niczym stado much i bzyczy o swojej wyjątkowości, gdy niewiele ma z nią do czynienia.

 

Ale i jest Tyrmand staroświecki, pryncypialny, chwilami safandułowaty w swoich zapędach, wytykający palcem tłumy sportowców, nawiedzających przy byle igrzyskach Warszawę i „zanieczyszczających” mu krajobraz dresami. Nie lubi Tyrmand dresu, którego miejsce jest na stadionie, na ulicy chce widzieć trzewiki, garnitury, kapelusze. Jest modny i postępowy, ale stylowo postępowy. Niekształtnych portek i nijakich bluz nie uznaje. Strach pomyśleć, jak czułby się dzisiaj.

 

I tak aż do połowy lat pięćdziesiątych. Tuła się Tyrmand po różnych redakcjach i zwykle traci w nich pracę - jak np. w „Przekroju”, gdzie zbyt szczerze zrelacjonował i skomentował ustawiony wynik meczu bokserskiego, sędziowanego przez Rosjan, czy w „Tygodniku Powszechnym”, zamkniętym po skandalu z odmową opublikowania nekrologu po śmierci Stalina. W 1954 pisze genialny Dziennik 1954. Jest już objęty nieoficjalnym zakazem publikacji, władze wstrzymują jego kolejne teksty. Żyje elegancko, ciągle pisze i w końcu od koniec lat pięćdziesiątych opuszcza kraj. Kocha Warszawę, jest jego ozdobą i sumieniem, ale Warszawa go nie kocha. Jedzie na emigrację i kończy Życie towarzyskie i uczuciowe, gdzie bez skrupułów portretuje warszawską śmietankę towarzyską. Nie ma już do czego wracać. Po takim wybuchu szczerości nikt go tu nie chce.

 

Tyrmand warszawski to nie najlepsze z dzieł pisarza. To raczej druga linia tekstów, dodatki, rodzynki do pysznego ciasta. Pokazują miasto oczami Tyrmanda, który jest krzywym zwierciadłem robotniczych ekip junaków i budowniczych stolicy. To refleksje eleganckiego pana w czystych butach, patrzącego kpiąco na nowe domy, którym daleko do przedwojennej klasy, z których dwa dni po oddaniu odpada tynk, a które nie pasują nawet do konwencji ulicy, na której są stawiane. Niczym Sokrates chodzi Tyrmand po swojej Warszawie i pyta, pyta, pyta. Wie już, że napyta sobie tym dociekaniem biedy, dlatego pisze pospiesznie, często pod pseudonimem, jakby chciał zostawić nam ostatnią relację z miejsca, którego nie chce opuścić, ale w którym nie potrafi żyć. Czytamy dzisiaj te teksty z rozrzewnieniem, zasłodzeni socrealistycznymi laurkami o podnoszonym z prochu mieście. Tyrmandowska szczerość ratuje nas przed mdłościami. Bardzo polecam.

Link do recenzji
Avatar użytkownika - justa21
justa21
Przeczytane:, Ocena: 5,

Wiadoma rzecz, Stolica


„W czasie rozlicznych po świecie wędrówek, w równej mierze w Oszmianie, jak i w Wiedniu, w Chełmie, jak i w Kopenhadze, tropiły mnie tak zwane warszawskie wątpliwości. Sprawa była prosta: wszystko dziejące się poza Warszawą było niedobre, nudne, niewłaściwe i pozbawione wdzięku”- te słowa rozpoczynają wędrówkę Leopolda Tyrmanda po mieście, które nieodmiennie fascynuje, budzi zachwyt, niesmak, ale z pewnością nie obojętność.
„Tyrmand Warszawski” to kolejny zbiór tekstów niewydanych, które tym razem traktują o Warszawie, z czego niektóre zostały podpisane pseudonimem Jan Andrzej. Publikowane w „Stolicy”, „Tygodniku Powszechnym” czy „Przekroju” felietony Leopolda Tyrmanda to prawdziwa kopalnia wiedzy o Stolicy z lat 1947 do 1956, a ciekawym dodatkiem do tekstów są całostronicowe zdjęcia stron gazet, z oryginalnie publikowanymi artykułami oraz zatrzymane w kadrze widoki Warszawy i jej mieszkańców ( z Tyrmandem na czele).
Autor przedstawi nam postać Ferdynanda de Lesseps „arystokraty i przemysłowca, inżyniera i wizjonera, dyplomaty i romantyka, który zapisał się w dziejach historii jako twórca Kanału Panamskiego i wielbiciel Warszawy. Ponoć był on przekonany iż stolica stanie się w połowie XX wieku największym miastem kontynentu, chociażby z uwagi na jej znakomite położenie geopolityczne i geoekonomiczne. I choć w 1950 roku, w połowie wieku, pozycja Warszawy przeczyła owej przepowiedni, to jednak została ona „miastem twórczego napięcia, miastem z duszą”.
Tyrmand, jako były student architektury, poświęca w swoich tekstach wiele uwagi architekturze miasta. Wraz z nim podziwiać możemy „kryształowe” sklepienie gotyckie w jednym z korytarzy kościoła św. Anny, odnowiony Ogród Saski, a nawet… chodniki, czyli trotuary, niegdysiejszy przedmiot dumy Warszawy. Pokazuje nam nie miasto „heroicznej śmierci, lecz Warszawę dzielnego, różnokolorowego życia”, którą pokochał i do tej miłości zachęca również czytelnika. Przy tym Tyrmand w swoim uczuciu nie jest zaślepiony wspaniałością miasta, niejednokrotnie krytykuje powstające z gruzów budynki i ulice, czy zmiany wynikające z postępu. Pisze, iż „zniknięcie tych wszystkich warszawskich treści z bieżącego życia jest stratą niepowetowaną. Fakt nieistnienia wystaw Gebethnera i kina „Splendid” (….) jest wstrząsający” choć i w rozmaitych architektonicznych posunięciach dostrzega kryjące się dla Warszawy możliwości.
Leopold Tyrmand z jego „Tyrmandem Warszawskim” to nasz towarzysz w wędrówce po Stolicy, tej z dawnych lat, kiedy jej duszy nie przytłoczyły jeszcze stalowe pałace korporacji. Od autora uczymy się doceniać każdy element zachowanego w kamieniu piękna, a tym, którzy Warszawy jeszcze nie znają bezgraniczną przyjemność może sprawić wędrówka po jej ulicach, tych dawnych i tych współczesnych. Z „Tyrmandem Warszawskim” w plecaku oczywiście.

Link do recenzji
Avatar użytkownika - pokooj36
pokooj36
Przeczytane:2016-05-19, Ocena: 5, Przeczytałem, 52 książki 2016, Mam,
Tyrmand warszawski jest zbiorem felietonów, jakie Leopold Tyrmand opublikował kilka lat po wojnie. Na odbudowę swojego miasta patrzy z perspektywy kogoś, kto miasto opuścił i wrócił, zachwyca się i dziwi, podkreśla swoją miłość do miasta i patrzy na nie z perspektywy także innych twórców. Zachwyca się Trasą W-Z, nowymi neonami i odbudowanym Nowym Światem, a jednocześnie zaskakuje go ilość brzydkich reklam i szyldów. Ponownie widzi swoje miasto jako potęgę, choć nieustannie wspomina je z perspektywy doszczętnego zniszczenia po Powstaniu.
Link do opinii
Avatar użytkownika - benioff
benioff
Przeczytane:2016-04-15, Ocena: 6, Przeczytałem, 52 książki w 2016, Mam,
,,Mam tak samo jak ty, Miasto moje a w nim: Najpiękniejszy mój świat Najpiękniejsze dni Zostawiłem tam kolorowe sny" (Czesław Niemen, Sen o Warszawie) Kiedy po latach wojennej tułaczki powrócił Tyrmand do swojego rodzinnego miasta postanowił dać świadectwo temu, jak odradza się ono niczym mityczny feniks z popiołów - nie tylko w przenośni, jak wiadomo. W kilkunastu felietonach składających się na tom ,,Tyrmand warszawski" znajdziemy teksty poświęcone stolicy, które publikował autor w ,,Przekroju", ,,Stolicy" i ,,Tygodniku Powszechnym", w tym ostatnim pod pseudonimem Jan Andrzej w cyklu ,,List z Warszawy". Pierwszy z zamieszczonych tekstów datowany jest na rok 1948, ostatni ukazał się w 1956, z każdego bije szczera i autentyczna miłość do Warszawy, dokładnie taka, jaką zawarł w swoim wybitnym utworze Niemen. Miłość prawdziwa, nie wyidealizowana i lukrowana, jak z błyszczącego folderu reklamowego, ale szczera, dostrzegająca także wady i słabostki. Wybaczająca jednak i konstruktywna. Tyrmand pamięta jak wyglądało miasto przed wojną, zostawił w nim swoje rzeczone kolorowe sny i marzy o tym, że jeszcze się urzeczywistnią. Nadzieję daje mu determinacja mieszkańców, by nie tylko podnieść miasto z gruzów, ale przywrócić mu dawny blask, a nawet nieco poprawić. Przede wszystkim więc skupia się architekturze, tej wyjątkowej ze sztuk, łączącej w sobie potrzebę funkcjonalności z pogonią za pięknem, cieszącą zmysły, dającą oparcie ciału, ale także celującą w duchowość. Teksty Tyrmanda też zresztą budowane są w taki sposób, bije z nich próba dotarcia do istoty zjawiska jakim jest miasto stołeczne Warszawa. Bo że jest ona zjawiskiem wyjątkowym na skalę nie tylko krajową, ale i co najmniej europejską przyznać trzeba także dzisiaj. Dobrze jest więc czytać te teksty współcześnie, wędrując po miejscach, które opisuje autor w momencie ich odbudowy ze zniszczeń. Można popatrzeć na nie także przez pryzmat tej Warszawy jeszcze starszej, XVIII-to wiecznej, pamiętającej czasy króla Stanisława, o czym możemy przeczytać chociażby w wieńczącym dzieło tekście ,,Wspomnienie o Warszawie, od której nie chce się odejść". ,,W zimowy wieczór, gdy śnieg pokryje ten skrawek czarodziejskiej ulicy, przedziwny nastrój spowija błądzącego warszawiaka; nastrój konkretny jak fizyczny niepokój serca, głęboki jak dzieje miasta, cenny jak duma z własnej przeszłości, trudno uchwytny jak prawda o losach ulic i miast. Kroki stają się wtedy ciężkie, nabrzmiałe niejasnymi wzruszeniami, żal posuwać się naprzód, wszystko tu tchnie wspomnieniem Warszawy, od którego nie chce się odejść, którego nie chce się stracić." Jest także ten zbiór przykładem mistrzostwa Tyrmanda w wymagającej sztuce prasowego felietony. Umiejętnie tworzył on teksty z jednej strony lekkie i przyjemne w odbiorze, tak jednak perfekcyjnie przemyślane, że skłaniające do niewymuszonej refleksji, pozostawiające przy tym sporo miejsca dla wrażliwości i opinii czytelnika. Można sobie wyobrazić, jak żywo komentowane były te teksy w momencie ich publikacji, czyli niespełna kilka lat po wojnie, dotyczyła wszak tematów, którymi żyli wtedy Warszawiacy na co dzień. Pamiętajmy, że nie szczędził też Tyrmand słów krytyki zjawiskom, które go drażniły, wymagały wypunktowania czy zwyczajnie były dyskusyjne. Potrafił jednak przeprowadzić krytykę w taki sposób, że wady i błędy nie były w stanie przesłonić ogólnego zachwytu. Zachwyt ten wyrazić potrafił autor na wiele sposobów i niekoniecznie wprost. Starczy wspomnieć kapitalny tekst, który z początku wydaje się być hołdem oddanym Bernardowi Show na wieść o jego zgodnie, a w istocie staje się pieśnią pochwalną warszawskich tramwajów. Jako się rzekło, warszawskie felietony Tyrmanda nie straciły nic na aktualności, wciąż świetnie się je czyta i o dziwo sporo z nich koresponduje z bieżącym klimatem i pulsem miasta. Po niewielkim liftingu aktualizacyjnym, mogłyby z powodzeniem zaistnieć we współczesnej prasie, której rodzajów wszak mamy zatrzęsienie. I tylko trochę żal, że owa współczesna Warszawa, nie doczekała się następcy autora ,,Złego", który udźwignąłby dzieło twórczego opisania obecnych przemian.
Link do opinii
Avatar użytkownika - jeke5
jeke5
Przeczytane:2016-04-03, Ocena: 5, Przeczytałem,
,,Każdy na Zachodzie ma w sercu jakąś swoją Warszawę, żeby to nawet była tylko chałupa w Stawach Dolnych. Po latach koszmaru emigracji wszystkie chandry, tęsknoty, szukania miejsca na ziemi dojrzały. Szczere, uczciwie wyciągnięta dłoń musi zostać przyjęta. I muszą wrócić wszyscy, którzy kochają Warszawę. Na pewno nie rozczarują się. Raczej będą z niej dumni." Leopold Tyrmand po zakończeniu II wojny światowej powrócił do Polski i w latach 1947-1956 pisał felietony do ,,Stolicy", ,,Tygodnika Powszechnego" i ,,Przekroju". Książka pt. ,,Tyrmand warszawski" to zbiór tekstów autora związanych z ukochaną Warszawą. Autor opisuje odbudowę zniszczonej po wojnie stolicy, podkreśla dynamizm i zaangażowanie wszystkich mieszkańców. Prowadzi Czytelnika po odnowionych ulicach, pałacach, hotelach, placach, gmachach banków, kawiarniach, kościołach, teatrach i innych miejscach. Do odbudowy miasta ściągali warszawiacy ze wszystkich stron Polski. Początkowo mieszkali po dziesięć osób w małym pokoiku z oknem zabitym dyktą, gotowali na jednej kuchence, kłócili się, awanturowali, ale sumiennie, z optymizmem pracowali. Wkrótce były widoczne efekty tej pracy w całym mieście. Ludzie wracający do stolicy po kilku latach intensywnej odbudowy i przebudowy przeżywali szok, gdyż zapamiętany przez nich przedwojenny układ Warszawy był już nieaktualny. Leopold Tyrmand spacerował po Warszawie i to co zaobserwował opisywał w swoich felietonach. Doskonale ukazał w nich obraz powojennej Warszawy, życie codzienne mieszkańców i problemy, z którymi musieli się zmagać na co dzień. Pisał co mu się podoba, ale też krytykował złe decyzje. Widać wielki lokalny patriotyzm autora, który zdawał sobie sprawę ze swojego zaślepienia Warszawą. Wszystko co się w niej działo było najlepsze i najpiękniejsze. Felietony są pełne optymizmu, napisane z werwą i humorem, a do tego nowe wydanie ,,Tyrmanda warszawskiego" zaopatrzone jest w zdjęcia oryginalnych wydań czasopism. Za sprawą tej książki mogłam odbyć podróż do powojennej Warszawy, która w zamyśle hitlerowskich Niemiec miała zostać zrównana z ziemią i zniknąć, a dzięki uporowi i wielkiemu oddaniu Polaków została odbudowana i nadal pozostaje w centrum. http://magiawkazdymdniu.blogspot.com/
Link do opinii
Avatar użytkownika - AdelaMi
AdelaMi
Przeczytane:2016-04-24, Ocena: 5, Przeczytałem,

Leopold Tyrmand

 

Tyrmand warszawski

 

 

Ten cykl uwag o życiu powojennej stolicy jest swoistym rarytasem, wypełnia bowiem lukę pomiędzy powrotem Tyrmanda do kraju a jego kłopotami, które właściwie towarzyszyły pisarzowi przez całe życie. Ale po kolei.

Mieszczanin, z żydowskimi korzeniami, esteta, bikiniarz, skandalista, miłośnik Warszawy, genialny pisarz, bystry obserwator, szczery człowiek. Leopold Tyrmand. Nie ma takiej szufladki, do której dałoby się go wcisnąć. Szeroko znany jako twórca powieści kryminalnej ,,Zły", prawdziwego bestsellera tamtych czasów, krytyk komuny i wróg bylejakości. Enfant terrible peerelowskiego świata kultury. Kochany i nienawidzony, w modnym garniturze, jazzman, mąż Barbary Hoff, kobiety, która ocaliła Polki przed kufajkami. Chciałoby się westchnąć - Mój Boże, Tyrmand...

Podczas wojny zgłosił się dobrowolnie na roboty do Niemiec, a potem, po jej zakończeniu, tułał się jeszcze po Skandynawii, by wreszcie wrócić do Warszawy. Wtedy zaczyna pisać swoje teksty, sławiące miasto, choć często bezlitośnie chłoszczące jego mieszkańców. Razi go wszechobecny brud. Krzyczy, że warszawianie wdychają co roku tyle pyłu, ile powstałoby ze stłuczonej na miazgę cegły. I 90% tego pochodzi nie z przenoszonych co i rusz gruzów, ale ze starego, wszędzie osiadającego brudu, którym nikt nie zawraca sobie głowy. Współcześni mu dozorcy nie czują się w obowiązku uprzątnąć chodnika i kawałka ulicy nawet wtedy, gdy rzecz idzie o gmachy publiczne. Polacy dziadzieją, wraz z postępującą sowietyzacją. Brudne buty, brudne ulice, brudne umysły.

Szydzi z poprawności, z norm budownictwa, z pełnych kościołów, z zadeptanych trawników. Kocha miasto, ale drażnią go jego mieszkańcy. Widzi ich na kształt hordy barbarzyńców, która obsiada Warszawę, niczym stado much i bzyczy o swojej wyjątkowości, gdy niewiele ma z nią do czynienia.

Ale i jest Tyrmand staroświecki, pryncypialny, chwilami safandułowaty w swoich zapędach, wytykając palcem tłumy sportowców, nawiedzających przy byle igrzyskach Warszawę i ,,zanieczyszczających" mu krajobraz dresami. Nie lubi Tyrmand dresu, którego miejsce jest na stadionie, na ulicy chce widzieć trzewiki, garnitury, kapelusze. Jest modny i postępowy, ale stylowo postępowy. Niekształtnych portek i nijakich bluz nie uznaje. Strach pomyśleć, jak czułby się dzisiaj.

I tak aż do połowy lat pięćdziesiątych. Tuła się Tyrmand po różnych redakcjach, zwykle traci w nich pracę, jak np. w ,,Przekroju", gdzie zbyt szczerze zrelacjonował i skomentował ustawiony wynik meczu bokserskiego sędziowanego przez Rosjan, czy w ,,Tygodniku Powszechnym", zamkniętym po skandalu z odmową opublikowania nekrologu po śmierci Stalina. W 1954 pisze genialny ,,Dziennik 1954". Jest już objęty nieoficjalnym zakazem publikacji, władze wstrzymują jego kolejne teksty. Żyje elegancko, ciągle pisze, w końcu od koniec lat pięćdziesiątych opuszcza kraj. Kocha Warszawę, jest jego ozdobą i sumieniem, ale Warszawa go nie kocha. Jedzie na emigrację i kończy ,,Życie towarzyskie i uczuciowe", gdzie bez skrupułów portretuje warszawską śmietankę towarzyską. Nie ma już do czego wracać. Po takim wybuchu szczerości nikt go tu nie chce.

,,Tyrmand warszawski" to nie najlepsze z dzieł pisarza. To raczej druga linia tekstów, dodatki, rodzynki do pysznego ciasta. Pokazują miasto oczami Tyrmanda, który jest krzywym zwierciadłem robotniczych ekip junaków i budowniczych stolicy. To refleksje eleganckiego pana w czystych butach, patrzącego kpiąco na nowe domy, którym daleko do przedwojennej klasy, z których dwa dni po oddaniu odpada tynk, a które nie pasują nawet do konwencji ulicy, na której są stawiane. Niczym Sokrates, chodzi po swojej Warszawie i pyta, pyta, pyta. Wie już, że napyta sobie tym dociekaniem biedy, dlatego pisze pospiesznie, często pod pseudonimem, jakby chciał zostawić nam ostatnią relację z miejsca, którego nie chce opuścić, ale w którym nie potrafi żyć. Czytamy to dzisiaj z rozrzewnieniem, zasłodzeni socrealistycznymi laurkami o podnoszonym z prochu mieście. Tyrmandowska szczerość ratuje nas przed mdłościami. Bardzo polecam.

 

Inne książki autora
Top 5 książek
Złodziejka książek
Markus Zusak
Okładka książki - Złodziejka książek
Ostatnia królowa
Gortner C.W.
Okładka książki - Ostatnia królowa
Dziewczyny z Syberii
Anna Herbich
Okładka książki - Dziewczyny z Syberii
Reklamy