Zgorzkniałość Jagi
Właśnie wtedy do chatki Jagi przyszła kobieta z bezwładnie zwisającą ręką.
- Proszę pomóż mi. Już będzie z tydzień temu, jak ugryzł mnie pająk. I do tej pory mi nie przeszło. Na dodatek już nawet nie mogę ruszyć ręką. Czuję się coraz gorzej. - Powiedziała słabo. Jaga oczywiście obejrzała rękę. Zobaczyła, że jest ziemistego koloru, niższej temperatury i zupełnie nie ma w niej czucia. Ten widok mówił jej tylko jedno: tkanka jest obumarła. Takie rzeczy widziała stosunkowo rzadko, ale rozumiała, że martwica może skończyć się albo amputacją, albo śmiercią. Zatem zaczęła ostrożnie:
- Czy wiesz może jaki pająk cię ugryzł?
- Nie, ale zabiłam go i przyniosłam. - Odparła zadowolona z siebie kobieta.
Jaga nie znała tego gatunku, ale szybko przejrzała książki i znalazła go. To był pustelnik brunatny, który do Polski nieraz przedostawał się z krajów egzotycznych w transporcie z owocami. Tak jak podejrzewała, jego ugryzienie groziło martwicą. Jaga wiedziała, że nie może dłużej zwlekać. Tutaj czas był najważniejszy.
- Posłuchaj, jesteś bardzo ciężko chora. Ugryzienia tego pająka powodują martwicę, a ta może spowodować śmierć. U ciebie martwica już jest. Teraz musisz walczyć o życie. Ręki już nie uratujesz, ale jeśli ją szybko amputujesz, możesz jeszcze przeżyć.
- Ale jak to? Mam nie mieć ręki? - Kobieta przeraziła się i zbladła.
- Tak, lepiej nie mieć ręki niż pozostawić bliskich. - Jaga wiedziała, że gra na emocjach do rodziny, dawała największe szanse na opanowanie paniki. A w tym przypadku kobieta musiała się szybko opanować i walczyć o przetrwanie.
- I pani mi ją teraz utnie? - Kobieta zbladła jeszcze bardziej.
- Nie. Poproszę o pomoc moich pracowników.
- Oni mi ją utną? - Wyszeptała w rozpaczy.
- Nie. Oczywiście, że nie. - Odrzekła Jaga i pobiegła na dach. Ojciec z synem pracowali przy jednej z ostatnich blach. Zapytała czy mają samochód. Na szczęście mieli. Zatem poprosiła, aby któryś z nich pojechał szybko na pogotowie ratunkowe z jej pacjentką i tam powiedział, że kobieta ma martwicę tkanki po ugryzieniu przez pustelnika brunatnego. Zastrzegła, że to bardzo ważne, aby powtórzyli to lekarzom, bo tutaj chodzi o uratowanie życia. Młodszy czym prędzej zszedł z dachu i razem z chorą kobietą poszedł do wsi. Jaga chciała, aby udało się jej przeżyć, ale nie rozpaczała nad jej ewentualną śmiercią. Jak zwykle była pogodzona z różnymi wariantami.
Następnego dnia przyszedł do niej owy młody chłopak. Poinformował ją, że Andzia (tak najwidoczniej miała na imię) jednak nie przeżyła. Musiała tak długo czekać w kolejce na ostrym dyżurze, że ostatecznie nie doczekała się na pomoc. Jaga powiedziała, że przykro jej i na tym ucięła rozmowę. Nie chciała wspominać kobiety, którą ledwo poznała. Nie czuła się komfortowo próbując dzielić ból, którego nie czuła. Wolała pożegnać się z chłopakiem i wrócić do swoich mikstur. Tylko wśród nich czuła się prawdziwie wolna i swobodna.
Po kilku dniach zauważyła, że Puma przestała jeść. Za to coraz to więcej wymiotowała. Nie znała się na leczeniu zwierząt, ale postanowiła podać jej węgiel i napar z ziół. Puma naparu nawet nie ruszyła. Węgiel tylko oblizała, ale właściwie też nie zdołała go zjeść. Tak minęły trzy dni. Z Pumą była coraz to gorzej. Kiedy szła, przewracała się. Potem przestał
