Urlich von Jungingen
opowiadania >



Ulrich von Jungingen


Waśniewski nie motywował się zbyt długo. Czuł się pewnie. Dostanie tę pracę, bo jest najlepszy. Bo marketing i zarządzanie ma w małym palcu, bo kupił sobie nową dobrze skrojoną koszulę, bo w pierwszym etapie rekrutacji dostał 97 na 100 możliwych punktów. Cóż jeszcze może mu odebrać tę szansę życiową? Nichts – rzekł sobie po niemiecku. No właśnie – jeszcze certyfikat z niemieckiego, który uzyskał w zeszłym roku. Poziom zaawansowany - no nie ma o czym mówić, był uzbrojony po zęby, niczym Wechrmat podczas inwazji na Polskę w 39 tym.


Chwilę tylko przyglądał się sobie w lustrze. Była za 15 ósma. Jeszcze moment, dopije kakao. Zgasi radio (poczeka tylko na aktualne notowania giełdowe) i wybiegnie na podwórko. Wsiądzie w auto i za kwadrans będzie już pod siedzibą korporacji. Shmidtt – jak to dumnie brzmi – pomyślał. Jak stabilnie, pewnie i dostojnie. Najlepsza marka na rynku. Niemiecki kapitał i szansa dla takich jak on, młodych rekinów, którzy ostrzą sobie zęby na intratne stanowiska kierownicze w świecie wielkiej finansjery.


Waśniewski zaparkował przed wysokim przeszklonym biurowcem, jaki kampania Shmidtt wynajęła na swoją siedzię w Polsce za prawie 40 tys. Euro miesięcznie. Lekkie zdenerwowanie zamaskował przekręcając gałkę głośności odtwarzacza w samochodzie. Krzyknął sobie kilka wersów wespół z wokalistą heavy metalowego zespołu. Będzie dobrze Piotrek, będzie dobrze – powtarzał w myślach.


Drzwi automatyczne uchyliły się wydając z siebie przyjemny szum. W środku panował miły, orzeźwiający chłód. Na błyszczących się kafelkach w rzędzie stały duże donice z kwiatami. Po prawej stronie na ścianie widniało logo firmy Shmidtt, nazwa była wpisana w elipsę, która ma symbolizować glob ziemski. Waśniewski pewnie przemierzał hol w kierunku kolejnej pary drzwi, gdzie mieściła się już recepcja Shmidtt Financial Company. Naciskając klamkę zanucił sobie jeszcze ulubiony „Die Eier von Satan” zespołu Tool. Zrobił to być może dlatego, że utwór był po niemiecku, a on lada chwila miał udowodnić, że zna ten język tak, jak swój ojczysty.


Specjaliści HR od Shmidtta nawet wyraźnie zaznaczyli w ogłoszeniu, że przedmiotem badania będzie również „biegła znajomość języka niemieckiego, potwierdzona testem językowym oraz swobodną rozmową, podczas której kandydat będzie musiał udowodnić, że zna język na wielu poziomach wliczając w to potocyzmy, idiomatykę i wiele innych zagadnień”.


Waśniewski wiedział po co to wszystko. Dokładnie czytał o polityce zatrudnienia Shmidtt. Generalnie chodziło o to – w uproszczeniu – by „nowi” na wyższych stanowiskach kierowniczych nie odróżniali się od Niemców. Shmidtt cenił sobie całkowitą jednolitość załogi, więc nawet jeśli placówka była w Polsce, Bangladeszu czy też Rumunii wszyscy mieli mówić nienaganną niemczyzną. Znać niemieckie powiedzonka, przysłowia, sformułowania metaforyczne, tak by Jozef, Gunter czy też Hans byli przekonani, że przebywają ze swoim rodakiem, a nawet jeśli nie przebywali mieli zapomnieć o „różnicy w pochodzeniu”. Waśniewski zapamiętał, że takie sformułowanie w oficjalnej polityce HR firmy było nawet zawarte – „różnica w pochodzeniu”.


Po wykładzinie w pastelowym, beżowym odcieniu, w otoczeniu skórzanych kanap dla interesantów, przy mile głaszczących ucho dźwiękach swingującego jazzu Waśniewski doszedł do długiego niczym stół barowy stanowiska recepcji.


- Dzień dobry, pan w sprawie rekrutacji? – zaszczebiotała mile ponętna blondynka o zupełnie nijakim wyrazie twarzy i dobrze wyćwiczonym pokazowym uśmiechu.


- Tak. Dokładnie w tej sprawie – odpowiedział Waśniewski również wykonując kulturalny uśmiech.


- Pana godność?


-Piotr Waśniewski – blondynka zgięła się nad listą drugiego etapu. Waśniewski szacował, że konkurentów mogło być około dwudziestu. Na razie nikogo nie spotkał. Blondynka przesuwała długopis wśród listy nazwisk. Ooo – jest.


- Wszystko się zgadza – powiedziała swoim przyjemnym służbowym głosem. – Proszę sobie wygodnie usiąść na kanapie i chwileczkę zaczekać. Napije się pan czegoś? Soku, wody?


- Nie. Dziękuję – odpowiedział Waśniewski i skierował się w stronę kanapy.


Usiadł sobie wygodnie, czuł się przyjemnie podekscytowany. Jedyne, co na chwilę wzbudziło jego niepokój to bąk, który napierał by go puścić. Waśniewski musiał napiąć mięśnie, by go powstrzymać w miejscu sekretnym, aż będzie czas i okazja po temu, by pozwolić mu uciec w powietrze. Najlepiej na otwartym terenie, w miejscu niezbyt ludnym. Co prawda słyszał kiedyś, że Niemcy mają zwyczaj „uwalniać gazy” nawet w otoczeniu innych ludzi, co traktowane jest tam z życzliwością, wolał jednak w tej chwili nie sprawdzać, czy to rzeczywiście prawda.


Po korytarzu kręciło się kilka pań z recepcji, w większości młodych i niezwykle ponętnych. No cóż, finansjera lubi otaczać się kociakami, a jak wiemy kobieca uroda, to jeden z niewielu naszych towarów eksportowych, po które chętnie sięga „zagranica”.


Po chwili zaczęli przybywać również inni rekrutowani. Waśniewski starał się maskować swoje zainteresowanie, ale ukradkiem im się przyglądał. W większości prezentowali ten sam typ. Panowie byli ubrani w garnitury, a panie w garsonki. Wszyscy obeznani z zasadami kultury osobistej pozdrawiali się nawzajem, po czym siadali na kanapach i z zamaskowanym zdenerwowaniem oraz pozorowaną obojętnością zatapiali się w oczekiwaniu.


Waśniewski kilka razy dostrzegł, jak ukradkiem był obserwowany. Zresztą on robił to samo. Pewnie mnie oceniają, może wyceniają. Analizują po wyglądzie ile jestem wart – myślał sobie jednocześnie zadzierając dyskretnie koszulę, tak by spod mankietu wystawał drogi zegarek marki Rolex. Kupił go po miesiącach odkładania na kierowniczym stanowisku w banku spółdzielczym. Zegarek był przeznaczony właśnie na takie okazje, jak ta. Miał pełnić rolę znaku w towarzystwie osób z wyższych kręgów finansowych, do których on – Waśniewski aspirował, a praca szefa polskiego oddziału Shmidtt Company miała mu to zapewnić.


Jego konkurenci: w większości trzydziesto-paro latkowie. Rozpoznał kilka znajomych twarzy, kończyli tę samą uczelnię – uniwersytet ekonomiczny. Co prawda nie byli z rocznika Waśniewskiego, ale z pewnością również musieli go znać. Teraz jednak, podobnie jak on, udawali, że są sobie obcy.


Wąskim korytarzykiem zmierzała w kierunku grupki oczekujących postawna kobieta o długich blond włosach. „Typowa aryjka” – pomyślał Waśniewski uznając, że to było zabawne.


Kobieta zatrzymała się przed ustawionymi w kształt litery U kanapami i rzekła głośno:


- Drodzy Państwo. Zapraszam za mną do Sali konferencyjnej.


Ludzie powoli i niezdarnie zaczęli podnosić się z kanap. W końcu ruszyli gęsiego za przewodniczką, nadal ze sobą nie rozmawiając.


Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Pilar Linia koment
Dodany:2012-10-12 16:03:57, Ocena: 6.0
Ależ przyjemnie mi się czytało:) Razem z bohaterem weszłam w całą historię. Nie musiałam się wplątywać w technikę, zwłaszcza dialogi, bo nie ma się do czego przyczepić. Brawo:)

Ocenił/a na: 6
marcinjerzymonet Linia koment
Dodany:2012-10-13 10:53:03, Ocena: 6.0
dziękuję. cieszę się, że się podobało
immanuela Linia koment
Dodany:2012-10-15 11:41:59, Ocena: 6.0
Pomysł genialny! Opowiadanie wciągnęło mnie totalnie. Aczkolwiek zakończenie absolutnie nie takie, powinni go zamknąć do lochu, a nie wypuścić, i tam, w tej celi przykuty łańcuchem do ściany niech sobie ogląda ten program telewizyjny, w którym U v J też nie powinien występować w płaszczu, żeby klienci nie wiedzieli, co się święci! pozdrawiam serdecznie
marcinjerzymonet Linia koment
Dodany:2012-10-15 19:54:17, Ocena: 6.0
Napisz co myślisz o tym tekście...
marcinjerzymonet Linia koment
Dodany:2012-10-15 19:55:36, Ocena: 6.0
no dzięki, dzięki - twoje zakończenie podoba mi się :) może przerobię je na takie - generalnie chciałem pokazać, że "krzyżacy" wsadzają kit na wielką skalę zupełnie otwarcie - stąd ten występ w płaszczu, a Waśniewski bezradny , bezrobotny siedzi w domu przed telewizorem :)
immanuela Linia koment
Dodany:2012-10-16 20:50:19, Ocena: 6.0
rozumiem, ale wydaje mi się, że bardziej emocjonujące byłoby wtedy, gdyby nikt o tym nie wiedział tylko główny bohater. Można by to było pociągnąć dalej. Pisujesz dłuższe formy czy tylko opowiadania?
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów