Deszcz
opowiadania >



myślałem, że nie robią takich siodeł wielkich. No przesadzam trochę, ale tęgi był. – Mówił coraz chętniej, gadatliwy był od zawsze. - Darł mordę cały czas, sieknął Grega szablą w pysk, jak do niego z piką podbiegł, chcąc z konia zrzucić. Potem już nie widziałem, stałem przed drzwiami, wypadło na mnie dwóch, więc ja hyc, do środka, drzwi zawarłem. A on za mną, wyobraź sobie, wpadł do środka, myślał, że czekam na niego już, więc pchnął na oślep ostrzem. A tu gówno, drzwi mu pchnąłem na spotkanie, ładnie to wyglądało... Ale nie zdało się na dużo, odbił się, przyskoczyli do mnie, jeden z drugim. Podziurawili mnie, jak widzisz, zanim łby porozwalałem. – Dokładny przebieg walki nie interesował zanadto Verika, co widać Dentysta zauważył, bo ścichł. – A ten grubas, jak mówisz, włosy miał krótkie, po bokach ścięte zupełnie? – Zapytał towarzysz, na co leżący od razu mu odpowiedział. – To by się zgadzało, krótkie miał włosy. – To już Verikowi wystarczylo. Zagotował się, wstał ze stołka. Podniósł długi pakunek, leżący wzdłuż jego posłania. Z grubego, impregnowanego pokrowca wyciągnął łuk. Porządny, z akacjowego drewna, długi prawie jak sam strzelec. Ciemniejsze słoje zalśniły w ostatnich promieniach słońca.

Czarne chmury wygrażały ziemi ulewą, nie roniąc jednak ani kropli, słońce wydawało tylko poświatę, wskazującą najwyżej godzinę po południu. Za to samo powietrze było mokre tak, że płaszcz stał się cięższy. Verik jechał konno, powoli, zastanawiając się. Tropił od świtu. Nie sprawiało mu to żadnych trudności. Banda rozbójników nie zadawała sobie trudu ukrycia śladów swojego przejścia – leśne poszycie zostało zaorane kopytami koni i butów. Łącznie około tuzina osób, w tym czterech jeźdźców. Pociągnął nosem.

Niedaleko za drzewami, na naturalnym wzniesiemiu wił się trakt, okalając kamienny obelisk, tak szeroki, że aby go objąć, sześcioro rosłych mężczyzn musialby chwycić się za dłonie, tworząc pierścień. Podjechał bliżej. Dopiero z bliska, kiedy znalazł się na wzniesieniu, zauważył w oddali przewrócony wóz, oraz ogień. Żadnych krzyków, trzasku, ale za to słaby, ale obżydliwy smród. Nie zastanawiając się wiele zmusił Karotkę do przejścia w galop.

Na miejsu zobaczył obraz przyprawiający o mdłości. Szeroki pojazd, leżąc na boku, był wyższy od człowieka. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to woźnica, powieszony na lejcach z wierzchołka prowizorycznego rusztowania, za które posłużył szczyt wozu. Obok, w sporym ognisku leżały dwie zwęglone postacie. Swąd palonego mięsa był tak straszny, że Verik obrócił się w kulbace, zwymiotował na błotnistą drogę. Od razu zeskoczył na ziemię, dłonią zakrywając usta i nos. Ostatnie ciało leżało po prostu na ziemi, z roztrzaskną czaszką i wnętrznościami na wierzchu.

Zwymiotował raz jeszcze, krztusząc się.

Widział już takie rzeczy. Ten smród, obraz... Przypomniała mu się bitwa pod Lossac. Najpierw tylko pokrzykiwania dowodcy. Naciągnać! Cel! Zwolnij! I powietrze gęstniało, rozrywane setkami strzał, w niemal równych ostępach. Świst lotek był prawie przyjemny, euforia robiła swoje. Potem jednak szyki piechoty załamały się, i kolumna wroga wdarła się niczym gwóźdź w strzaskaną linię obrony. Wszystko wokół zafalowało kurzem, który dławił. Ktoś chwycił go za ramię, pociągnął silnie, popchnął w kierunku lasu. Ktoś – Dentysta. Odwrót! Darł się nieustannie kapitan, choć prawie nie było go slychać w trzasku drewna, rżeniu koni, szczęku stali, szczęku stali, przy którym można było ogłuchnąć.

Wrócił myślami do tego, co zastał. Ponownie znalazł się w siodle, galopem ruszył w las – ślady były oczywiste, połamane gałęzie, zdarty mech, świerze ślady. Spóźnił się. Ale niewiele. Jeszcze ma szanse.

W szaleńczym pościgu schylił się, wtulił w szyję klaczy. Gałęzie chłostały go bezlitośnie po twarzy, zupełnie jakby były przeciw. Las krzyczał: „Nie!”, a on gnał przed siebie.

Po chwili, która wydawała się być nieskończonością, zwolnił. W oddali usłyszał hałas. Zatrzymał się w końcu zupełnie, kiedy głosy nasiliły się. Nie widział źródła głosów, szerokie pasmo leszczyny zakrywało dokładnie kryjówkę. Tym lepiej, pomyślał. Łuk obudził się, kiedy tropiciel przesunął pieszczotliwie opuszkami palców po znajomym, lepkim nieco drewnie.

Kilnanaście stóp przed gęstwiną leżało omszałe drzewo, z jednej strony wyrwawszy wyrwę głęboko w poszyciu, tam gdzie korzenie wciąż kurczowo trzymały się wielkiej grudy ziemi, co z tego, że nadal otalała je szczelnie, skoro wisiała ponad łokieć nad ziemią? Bez namysłu wskoczył w naturalną jamę, kuląc się, nasłuchująć.

Prawdopodobnie uratowało mu to życie. Po kilku cichych, długich oddechach, od strony obozu dosłyszał kroki, bezpardonowo trzaskające chrust. Para wysokich butów zbliżyła się do wyrwy. Verik wyraźnie widział czarne, ubłocone cholewy grzęznące w mchu. Zasłaniała go nieregularna, ciemna bryła ziemi, rzucała głęboki cień na łowcę. Zbój beknął przeciągle, po czym odszedł, zataczając się w rytm kroków. Mogło to być złudzenie, albo instynkt doświadczonego żołnierza, ale smukły sztylet zatknięty za pasek przypomniał mu o sobie cichym szczękiem, Verik chwycił więc wyłożoną jelenim rogiem rękojeść, bezszelestnie wydostał się z ukrycia. Podbiegł za strażnikiem kawałek, zręcznie omijając mogące go wydać cienkie patyczki. Piętnaście stóp. Dziesięć. Długi krok. Już tylko wyciągnąć rękę...

Zdradziecka gałązka sosny pękła z suchym trzaskiem. Drab nadzwyczajnie szybko, jak na odurzonego winem, odwrócił pokrytą żadką szczeciną gębę, nalaną, okrągłą. Zwęził szare oczy w wąskie szpary.

I nie zrobił nic więcej. Sztylet z impetem wbił mu się w gardło z obrzydliwym chrzęstem. Zarzęził chwile, trysnął z ust ciepłą krwią, której kilka kropli upadło na twarz i ciemnozielony kaptur zabójcy. Kiedy upewnił się, że tamten kaszlnął poraz ostatni, wyciągnął sztylet. Zwykle wycierał ostrze od razu, o rękaw przeszywanicy lub skrawek materiału. Nie tym razem. Zatknął chłodną stal za pasek. Z niewielkim wysiłkiem podniósł martwe ciało, wrzucił je do dołu, który jeszcze przed chwilą był jego kryjówką. Wyciągnął łuk i

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów