Bocianie gniazdo
opowiadania >










„BOCIANIE GNIAZDO”







-
Gdzie jest mój maluszek ? - Ewa stała
przed dziwacznym pojazdem, który już tydzień temu nazwała bocianim gniazdem i
wzrokiem szukała zawiniątka z numerem 19. Z licznych przegródek piętrowego
wózka szybko znikały małe tobołki dostarczane mamom do karmienia.



-
Pani Zyto, gdzie jest moje dziecko ?! – zaniepokojona Ewa lekko podniosła głos.



-
Jak to gdzie ? Tu leży nr 19, nie ? – ze spuszczonym wzrokiem odpowiedziała
salowa Zyta.



-Pani
żartuje ?! Czy ja swojego dziecka nie poznam ?! To nie jest Łukasz ! Co tu się dzieje
?!



Na
długim korytarzu porodówki stała wpadająca w panikę młoda mama i zdenerwowana
salowa Zyta. Wszystkie drzwi szpitalnych
pokoi stały otworem, mamy karmiły swoje pociechy ale z coraz większym
zaciekawieniem obserwowały sytuację. W bocianim gnieździe spokojnie leżało
jedynie zawiniątko z nr 19, ale nie był to Łukasz. Ewa krzyczy:



-Gdzie
jest siostra oddziałowa! Co się stało z moim dzieckiem ! To jakaś koszmarna
pomyłka! – Ciszej pani Ewo. Ja nic nie wiem. Kazali to rozwożę. O ! Widzi pani
– siostra oddziałowa się pokazała. Jedziemy !



Zyta
pchnęła wózek i obie, Ewa biegiem - skierowały się na koniec korytarza, do sali
noworodków, skąd wychyliła się głowa oddziałowej. Siostra Agata już od drzwi
podniesionym głosem zwróciła się do Ewy:



-Ciszej
pani Ewo ! Spokojnie, zaraz wszystko wyjaśnię. To nieporozumienie. Proszę,
niech pani siada – usadowiła Ewę przy obszernym stole a sama zaczęła
odpakowywać dziecięcy tobołek, delikatnie,
bo niemowlak spał .



W początkach lat siedemdziesiątych minionego
wieku na porodówkach obowiązywały surowe zasady. Żadnych odwiedzin, dzieciaczki
zawijano w płócienne pieluchy tak, że widać było jedynie główki w białych
czapeczkach. Każde zawiniątko miało przypięty numerek. Mamy miały kontakt ze
swymi pociechami jedynie 3 razy dziennie po 20 minut podczas karmienia. Pobyt
na porodówce trwał z reguły tydzień, kończył się spotkaniem z lekarzem, który
instruował rodzicielki jak obchodzić się z maluchem w domu.



Ewa
była w nietypowej sytuacji. Dziecko urodziła 3 tygodnie przed terminem dlatego
nie zdążyła pojechać do rodzinnego domu na drugi koniec Polski. W tym szpitalu
znalazła się tylko dlatego, że akurat tu był ostry dyżur jak zaczęły się bóle.
Teraz czekała na samolot sanitarny, który miał ją i Łukasza przetransportować
do domu. Popularnego ówcześnie „Antka”, dwupłatowca sanitarnego, wydeptała u
wojewódzkiego decydenta jej mama, by nie narażać matki i dziecka na 13-godzinną
podróż pociągiem. „Antek” mógł latać tylko przy dobrej pogodzie a listopad nie
jest łaskawy dla aury. Tego roku był wyjątkowo deszczowy, mglisty i szarpany
silnym wiatrem. Czekała więc i tęskniła za bliskimi. A teraz jeszcze to
irracjonalne zdarzenie.



-
Pani Ewo – rozedrganym głosem mówi oddziałowa odwijając maluszka z pieluchy –
niech pani popatrzy jakie śliczne dziecko. Zdrowe, spokojne, pupcia nie
odparzona. Powinna pani być szczęśliwa,
przecież to pani synek !



-Jak
to mój synek ! – Ewa płacze. – To kogo ja karmiłam i przytulałam przez cały
tydzień ?! To jakiś koszmar, gdzie jest mój Łukasz ?!



-
To jest Łukaszek. Dziś w południe wyszła na jaw pomyłka – oddziałowa, czerwona
na twarzy drżącymi rękami przytrzymywała dziecko. – Rano była pani z kobietami
wychodzącymi do domu na spotkaniu z lekarzem, prawda ? Pani wróciła do sali. Podczas wydawania dzieci dokładnie wszystko
sprawdzamy, również tasiemki na rączkach. Na nich jest imię i nazwisko dziecka.
Okazało się, że przez tydzień pani karmiła synka innej kobiety ona zaś
Łukaszka. Też rozpaczała – to bolesna pomyłka. Nasz błąd, przepraszam panią
bardzo. Proszę, niech pani o tym nikomu nie mówi bo wywalą nas z pracy. Błagam
panią !!! Najważniejsze, że wszystko się wyjaśniło. Proszę, niech pani weźmie
synka i go nakarmi – oddziałowa miała łzy w oczach.



Mimo
podniesionych głosów dziecko spało. Ewa była w szoku. Patrzyła na chłopczyka i
nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Jej synek był zupełnie inny, miał długie,
czarne włoski, podłużną buźkę, ciemniejszą cerę a tu leży jakiś różowy bobas,
bez włosów.



-To
nie jest mój syn ! – zdecydowanym głosem wykrzyczała Ewa i wybiegła z sali trzaskając drzwiami. Poczuła się jakby
stanęła na krawędzi beznadziei – co robić ?!



W
swojej sali rzuciła się na łóżko, kołdrą zakryła głowę i rozszlochała się na
dobre.



- Co
się stało pani Ewo ? Coś z dzieckiem ? – kobiety z sali zebrały się wokół łóżka
płaczącej matki, zaniepokojone i współczujące.



-
Proszę wracać do łóżek, drogie

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów