Olaf i Dionizy, czyli historia pewnej umowy
opowiadania >



reporterów potwierdziłoby, że znalezienie dobrej historii do opisania trzeba często okupić tonami cierpliwości i pozornie zmarnowanego czasu. Gdyby więc wykazać się jeszcze odrobiną stoickiego spokoju (i chyba problemów umysłowych – kto normalny stoi z własnej woli i bez celu na środku ulicy przy niemalże minusowej temperaturze?) można by było zostać świadkiem sceny zaiste intrygującej.


Oczywiście warunkiem koniecznym do cieszenia się obserwacją rozwijającej się akcji musiałaby też być zdolność do widzenia w specyficzny sposób, ale dla uproszczenia przyjmijmy, że to nie jest najważniejsze.


Otóż, w jednej z takich samych sekund zza zakrętu wyłoniła się jakaś dziwnie niekształtna postać w długim płaszczu z kapturem tak dużym i obszernym, że zacieniał całą twarz zagadkowego przechodnia (pod warunkiem, że ów przechodzień twarz posiadał). Płaszcz był szary, długi, obszerny, nieco pobrudzony i poszarpany, zwłaszcza na snujących się po płytkach chodnikowych krawędziach. Mimo tego, że zdecydowanie miał większy numer od swojego właściciela, to jednak w kilku dziwnych miejscach zdawały się wystawać czy to części ciała czy to elementy bagażu. Sposób poruszania się tego naruszyciela bezwładnego spokoju również musiał zwracać uwagę. Nie było w nim zbyt wiele płynności. Cała sylwetka podnosiła się i opadała, dodatkowo sprawiając nieco chwiejne wrażenie.


Okazało się jednak, że mimo wszystkich osobliwości rzeczone indywiduum jest całkiem spostrzegawcze, ponieważ nie uszło jego uwadze owo ciągle rozświetlone okno. Co więcej, ktoś mógłby odnieść wrażenie, że to był wręcz cel marszu albo obiekt poszukiwań. Dziwna ta sprawa była.




**


Olaf z takim zapamiętaniem stukał w klawiaturę, że kompletnie stracił poczucie czasu. Gdzieś tam w głowie kołatała mu się myśl, że powinien się uczyć, że egzaminy, że późno, że spać. Myśl ta jednak była związana i zakneblowana przez skaczącego z radości małego chochlika weny, który z zachwytem obserwował, jak kolejne literki na wirtualnej kartce układają się w opowieść.


Przebywając w owym świecie własnej fantazji, wpatrzony w monitor komputera jak we wrota do innego wymiaru, Olaf prawdopodobnie nie zauważyłby nawet wejścia pięknej, roznegliżowanej kobiety, dopóki ta by go nie uderzyła. Tym bardziej więc nie miał szans na zorientowanie się, że za oknem klęczy jakaś zakapturzona postać i kieruje w jego stronę cień, na którego miejscu powinna być twarz.


Nagle intruz zniknął, pozostawiając za sobą dobrze znany i najzwyklejszy widok podjazdu. Nie miało to jednak znaczenia, ponieważ Olaf i tak nie miał pojęcia, że ktokolwiek się mu przyglądał. Pisał właśnie zapamiętale o lesie, jego kwiatach i całej bogatości życia, która się w nim działa. Zagłębiony myślami w tym zielonym świecie, początkowo nie zwrócił nawet uwagi na fakt, że począł czuć leśne zapachy. Woń żywicy pomieszana z zapachem mchu, owoców leśnych, a nawet igliwia dyskretnie zakradała się mu do nozdrzy. Dzięki niej jego opisy stały się jeszcze żywsze, pełne autentyzmu i niemalże namacalne.


Dopiero po dłuższej chwili przyszło opamiętanie: skąd w piwnicznym pokoju świeży zapach lasu?!


Zaskoczony oderwał w końcu wzrok od ekranu. Szybko zobaczył, skąd się wzięły te wszystkie wonie raczej niespotykane pośrodku miejskiej dżungli. Na środku pokoju stał zupełnie niespodziewany gość. Szary, podniszczony płaszcz dokładnie skrywał całą sylwetkę, jednak kaptur został odrzucony na plecy. Dzięki temu Olaf mógł zobaczyć niewielką głowę ze szczupłą twarzą o dość ostrych rysach. Na owej twarzy gościł całkiem przyjazny uśmiech, a ciemnobrązowe oczy patrzyły, lśniąc blaskiem bystrości. Pod owym uśmiechem znajdowała się szpiczasta bródka, jeszcze bardziej wydłużając i zaostrzając rysy dziwnego gościa. Nad oczami z kolei panowały krzaczaste brwi, nie tak jednak gęste jak układające się w mocno poskręcane loki włosy o średniej długości. Bez dwóch zdań to ów przybysz roztaczał tę niecodzienną woń.


- Co jest kurwa?! – Młody grafoman wystraszył się nie na żarty. Właściwie chyba nie ma mu się co dziwić.


- Spokojnie, cześć, jestem Dionizy, leśny faun.


- Leśny kto? – Jeśli owemu „faunowi” wydawało się, że tym wyjaśnieniem zmniejszy stopień zdziwienia Olafa to raczej nie odniósł zamierzonego skutku.


- Faun, leśny faun. Na pewno o nas słyszałeś.


- Tak, w bajkach i baśniach. Przecież nie istniejecie naprawdę! – Po pierwszym szoku chłopak odzyskał zdolność logicznego myślenia i teraz starał się zająć tego dziwaka rozmową, dopóki nie wymaca dyskretnie noża leżącego za nim na stoliku.


- Och, istniejemy. Myślisz, że ludzka wyobraźnia jest aż tak bogata, żeby wymyślić te wszystkie bajkowe stworzenia? Jeśli możesz, przestań szukać tego noża, jest za daleko nie dosięgniesz go. Poza tym, gdybym chciał ci zrobić krzywdę, to chyba się zgodzisz, że mógłbym ją zrobić zupełnie niepostrzeżenie i już dawno byłoby po wszystkim? Chcę tylko z tobą porozmawiać.


Jak łatwo się domyślić, Olaf nie miał zbyt często okazji do rozmowy z faunami, a nawet z ludźmi na tyle zwariowanymi, by się za nich podawać. Uznając jednak sensowność wypowiedzi nieproszonego gościa zrozumiał, że póki co jest na przegranej pozycji. Dlatego też jego dłoń powróciła pusta, a on sam zwrócił się bardziej w stronę Dionizego.


- Porozmawiać? O czym?



Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów