Nie dla baranów. Recenzja filmu "Barany. Islandzka opowieść"

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Nie dla baranów. Recenzja filmu

Niewielka wioska na Islandii. A właściwie - kilka chałup, położonych w całkiem sporej odległości od siebie, lecz w jednej dolinie. To tu co roku wybiera się najprzedniejszego barana. Barana, który później będzie „wynajmowany” do krycia owiec większości tutejszych hodowców. A hodowcami w dolinie są niemal wszyscy - cóż bowiem innego można robić w tak pięknych okolicznościach przyrody? 

konkurs 

Hodowcami są również Gummi i Kiddi - dwaj solidnie już podstarzali bracia, którzy, choć mieszkają w sąsiadujących chałupach, nie rozmawiają ze sobą od lat. Przyczyna ich sporu nie jest ważna - ważne, że rodzi napięcie i odpowiada za całkiem liczne elementy humorystyczne w filmie. Gdy baran Kiddiego wygra wspomniany już konkurs, lecz wkrótce okaże się, że w jego stadzie są nosiciele piekielnie zakaźnej i niebezpiecznej dla owiec choroby, służby weterynaryjne będą musiały podjąć jedyną możliwą decyzję. Nakażą wybicie wszystkich owiec w dolinie.

 sanepid

Problem sporu pomiędzy rodzeństwem to temat stary i - wydawałoby się - „ograny” już na wszystkie możliwe sposoby. Z kolei hodowla owiec wydaje się pomysłem raczej na film dokumentalny niż materiałem na scenariusz dobrej fabuły. A „Barany. Islandzka opowieść” to kawał dobrej fabuły. Naprawdę dobrej. 

 wyprawa

I nie jest to zasługą wyłącznie islandzkich krajobrazów, choć - owszem - tutejszy koloryt odegra w filmie całkiem sporą rolę. Genialnie Hakonarson ukazuje wieś, w której rozgrywa się akcja - tutejsze obyczaje, tradycje, blaski i cienie życia na Islandii. Ale reżyser najmocniej przekonuje chyba tym, że mógł osadzić akcję swojego filmu w miejscach, których piękno byłoby o wiele bardziej oczywiste. Islandia przecież obfituje w zapierające dech w piersiach scenerie, w scenerie rodem z baśni. Tymczasem w „Baranach...” oglądamy wioskę położoną wśród natury charakterystycznej dla Islandii, ale przecież zupełnie nie baśniowej. Jest pięknie - ale z pewnością nie - zbyt pięknie. Dzięki temu reżyser sprawnie umyka z pułapki kiczu, w jaką w innym wypadku mógłby łatwo wpaść.

bracai

Druga sprawa - to sposób poprowadzenia akcji. Z pozoru niewiele się w filmie dzieje - ot, kilka miesięcy z życia niewielkiej społeczności. A jednak stopniowo napięcie rośnie, z minuty na minutę widz coraz bardziej angażuje się w tę opowieść. Także dlatego, że coraz bardziej obchodzą nas bohaterowie tej historii - z pozoru oschli, trochę - dziwaczni, z pewnością - małomówni, ale przecież w gruncie rzeczy zasługujący na swoją szansę. 

kapiec

Napięcie rozładowuje Hakonarson bardzo umiejętnym serwowaniem widzowi scen humorystycznych. Scen z pozoru absurdalnych - jak na przykład scena czytania poezji poświęconej hodowli owiec albo inna, w której nieprzytomny człowiek wieziony jest do szpitala w wyjątkowo oryginalny sposób - ale przecież wiarygodnych i w islandzkich realiach osadzonych chyba całkiem mocno.

pejzaz

I taka właśnie jest ta historia. Z pozoru hermetyczna, bardzo „islandzka”, surowa, cierpka, jak panujący na Islandii klimat, a przecież pełna ciepła wobec jej bohaterów i ostatecznie uniwersalna w wymowie. Z pewnością zaś - bardzo urokliwa i dająca okazję do podejrzenia zakątka świata, który nie każdemu przyjdzie kiedykolwiek odwiedzić.  

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy