Rejestrujemy wszystko, by potwierdzić, że istniejemy. Wywiad z Lechem Majewskim

Okładka publicystyki dla Rejestrujemy wszystko, by potwierdzić, że istniejemy. Wywiad z Lechem Majewskim z kategorii Brak kategorii

Na początku była katowicka ASP… 

…na której to uczelni nie zagrzałem miejsca zbyt długo. Miałem wujka w Wenecji i dzięki niemu  mogłem każde wakacje spędzać we Włoszech. Na jednym z Biennale odkryłem, że światowa sztuka idzie w stronę przeciwną do moich fascynacji. Odkryłem za to włoskie kino i uznałem, że w tej dziedzinie mógłbym dużo pełniej realizować swoje wizje. Stąd ostatecznie trafiłem na łódzką „Filmówkę”. 

 

Łatwo przyszła Panu taka „zdrada”?  

Zdecydowanie nie - miałem poczucie, że trochę zdradziłem malarstwo, rzucając ASP. Długo nie chodziłem zresztą na wystawy malarskie. Dopiero po latach, w 2001 roku Laurence Kardish, kurator Museum of Modern Art w Nowym Jorku, uspokoił mnie, mówiąc, że przecież obecnie prawie wszyscy artyści wizualni używają kamer, a najbardziej interesujące kierunki w sztuce realizowane są właśnie poprzez „ruchome obrazy”. W ten sposób niejako koło się zamknęło – a Kardish potraktował mój wybór kamery zamiast pędzla jako prekursorski w malarstwie i dlatego zorganizował retrospektywę moich prac w prestiżowym nowojorskim muzeum. 

 

Ma Pan przekonanie, że wyższe szkolnictwo jest w stanie wykształcić prawdziwego artystę? 

Uczelnia pomaga, szkoli oko, pomaga kształtować warsztat, ale może też stłamsić i zabić talent. Wszystko zależy od wykładowców i ich otwartości. Swoją drogą: mam wrażenie, że najciekawsze filmy robią ci, którzy mają za sobą doświadczenia malarskie. Chociażby Fellini - rysował karykatury, ale dopiero kino dało mu narzędzie do pełnego wyrażania siebie. Podobnie we mnie zakiełkowało ziarno malarskiego talentu i przez lata powoli wzrastało. Zawsze próbowałem wyobrażać sobie, co dzieje niejako „za” płaszczyzną nieruchomego obrazu. Stosowałem taką grę: mogłem patrzeć na obraz i widzieć ciąg zdarzeń, który doprowadził do widocznego na nim stanu rzeczy, zobaczyć też, dokąd zmierzają znieruchomiałe postaci. 

 

A jak było z literaturą?

Równolegle z malarstwem pisałem wiersze… Ale też rzucałem oszczepem i dyskiem. Pierwszy tomik wierszy przygotowałem, gdy miałem 21 lat. Publikowałem w „Kulturze”, „Literaturze”, „Miesięczniku Literackim” i w „Poezji”. Na powieści przyszedł czas nieco później – wygrałem konkurs „Czytelnika” i tam debiutowałem powieścią Kasztanaja. W owym czasie długo się czekało na publikację, czasem 2 lata, więc kiedy w końcu mój debiut prozatorski ujrzał światło dzienne, ja już byłem na emigracji.

 

11 września 2001 był Pan w Nowym Jorku? Pańska nowa książka wydaje się wyrastać z atmosfery pierwszych miesięcy po zamachu na WTC.

Byłem w Nowym Jorku niedługo po zamachach. I przeżyłem traumę i szok. Zaczęliśmy nowe millenium od ogromnie - moim zdaniem - symbolicznego otwarcia. Runęły dwie wieże, stalowe, lśniące, strzegące dostępu do wyspy, która jest swoistym przyczółkiem cywilizacji. Dwie wieże - jak u Tolkiena. To, co działo się na Manhattanie - mieście żywym, rozpędzonym, odważnym – trudno sobie wyobrazić. Wszędzie wzbijały się i wirowały obłoki pyłu - pyłu, który oblepiał wszystko. Wieże World Trade Center nie rozpadły się, tylko rozpyliły na swoistego rodzaju szarą, metaliczną mąkę. Do dzisiaj mam w ustach jej ohydny smak. Szczególnie wymownie wyglądało to na Piątej Alei, na wystawach ekskluzywnych sklepów - drogie kreacje, biżuteria, fotografie modelek pokryte nalotem, liszajem tego pyłu - jakby cały Manhattan zaczął nagle chorować. Najważniejszy, oczywiście, był ludzki wymiar tragedii. Co chwilę ktoś podchodził z ulotkami, zdjęciami, pytając, czy widziałem tę czy inną osobę. Ludzie wierzyli, że część ofiar zamachu mimo wszystko przeżyła, że cudem się uratowała i tylko w ogromnym szoku ukrywa się gdzieś na Manhattanie. 

 

Mahnattan Babilon to próba uporania się z tymi doświadczeniami?  

Na pewno powieść nie powstałaby w obecnym kształcie, gdyby nie moje przeżycia w Nowym Jorku w miesiącach po zamachu. Musiałem zatem utrwalić te obrazy, ową niezwykłą i chyba do niedawna dla Europejczyków mało zrozumiałą atmosferę lęku i zagrożenia. Gdy odwiedzałem znajomych, mówili tylko o tym, ile zgromadzili pojemników z wodą czy puszek na czarną godzinę. Okna przekreślone były taśmą klejącą, jakby spodziewano się nalotów bombowych. Każdy program radiowy czy telewizyjny regularnie był przerywany komunikatem, by robić zapasy, kserować dokumenty i papiery wartościowe, a kopie wysyłać w głąb kraju. Ta psychoza jest jednak tylko tłem mojej powieści - tłem, na którym rozgrywa się historia kryminalna. 

 

No właśnie - mamy w niej mężczyznę, który pewnego dnia przypadkowo filmuje scenę morderstwa. Dlaczego właściwie Cordelius nie zgłasza się na policję? To tyleż częste w literaturze, co rzadkie w życiu - gdyby świadkowie zbrodni częściej zgłaszali się do organów ścigania, nie mielibyśmy wielu świetnych książek… 

Zupełnie się z Panem nie zgadzam. Proszę porozmawiać z policjantami, którzy poszukują świadków zbrodni czy choćby pospolitych wybryków chuligańskich albo pobicia. Nie ma zgłoszeń, ludzie nie chcą być ciągani po sądach, boją się, że ten, kto się zgłosi na policję, stanie się obiektem zemsty bandyty czy psychopatycznego mordercy. Nie chcemy sobie komplikować życia, nie lubimy, gdy cień niebezpieczeństwa kładzie się na naszej prywatności.   

 

Cordelius nagrywa małą kamerą video wszystko wokół siebie. Rejestracja rozgrywającego się wokół niego życia staje się dla Pańskiego bohatera swego rodzaju obsesją. To dlatego, że po 11 września wydawało się, że świat, jaki znamy, może bezpowrotnie minąć? 

Cordelius jest raczej typem człowieka dość powszechnie występującym w Stanach Zjednoczonych. Andy Warhol też nagrywał i filmował absolutnie wszystko. Podobny bohater występuje także w mojej Metafizyce. Być może to obsesja naszych czasów - rejestrowanie otoczenia jako potwierdzenie własnego bytu. Ilość materiałów wizualnych, jaka towarzyszy dziś każdej egzystencji, jest niebywała - rejestrujemy wszystko, co robimy i jemy, i niemal wszystko to bezmyślnie wrzucamy do serwisów społecznościowych. Po co? Zastanawiał się Pan nad tym? W moim odczuciu coraz bardziej zanikamy w niedotykalnym, wirtualnym świecie za szybą telewizora, komputera czy samochodu, a poprzez fakt mnożenia obrazów siebie i naszego życia usiłujemy udowodnić sobie i światu, że jednak istniejemy.  Cordelius to - moim zdaniem - nieco przerysowany, ale jednak symptomatyczny bohater naszych czasów. 

 

Manhattan Babilon ma być jakąś odpowiedzią na popularny ostatnio nurt „porno dla mamusiek” - choć Pańska książka to raczej nie jest lektura dla mamusiek? Mamy w powieści przybytek rozkoszy, który zaspokaja wszystkie potrzeby, jakie tylko mają jego klienci.

Znowu powiem, że istnienie takich klubów to niezbywalna cecha współczesnego pejzażu. Takich klubów jest po prostu sporo - nie tylko w Stanach Zjednoczonych, a bardziej wymyślne sceny erotyczne znaleźć można bardzo łatwo w sieci. 

 

Nie przerysowuje Pan trochę tego „mrocznego” obrazu Manhattanu?  

Manhattan jest swego rodzaju epitomą cywilizacji, jej wykwitem, szczytem - tak jest zresztą postrzegany przez świat. Chcesz dowiedzieć się, dokąd zmierza nasza cywilizacja? Zajrzyj na Manhattan, a zobaczysz. Tu wszystko występuje w skali makro - nawet tutejsze budynki przeskalowują człowieka, wywierając na niego ogromne ciśnienie, więc i erotyczne fantazje będą tu hiperbolizowane, jeszcze dziwniejsze, mocniejsze niż gdzie indziej. Na co dzień zapominamy o pewnym symbolicznym wymiarze przestrzeni: inaczej jest, gdy stoimy pośrodku wsi, a inaczej, gdy najmniejszy dom jest 300 razy wyższy od człowieka. Na Manhattanie człowiek podświadomie czuje się robakiem w kamiennym lesie. Bo Manhattan to kamienna puszcza, pozornie przejrzysta i uporządkowana - mamy tu ulice pod kątem 90 stopni i łatwo wyliczyć, ile zajmie przejście z 37 ulicy na 42 - jednak potwory czyhają tu za każdym ciemnym pniem. 

Ponadto Stanów Zjednoczonych nie da się przerysować. Można powiedzieć, że David Lynch przerysowuje Amerykę - ale przecież zjawiska, ludzie, jakich ukazuje, istnieją naprawdę. Tylko tu jest tak wiele sekt religijnych, tylko tu w takiej liczbie występują ludzie w jakimś sensie „natchnieni”. Tylko tu możliwe jest, że niegdysiejsza gwiazda porno mówi w telewizji: „Chrystus nakazał mi, bym założyła swój kościół, w którym będę ratowała tych, co występują w rozbieranych filmach”. I tylko tu ludzie nie kpią z takich osób, co więcej: dadzą pieniądze na ich kościoły. Tu w telewizji ewangelicznej może wystąpić gospodyni w wałkach na głowie i powiedzieć, że Chrystus przyszedł do niej na ganek i poradził jej, żeby kupiła cadillaca w kolorze szaty Matki Boskiej: seledyn metallic. Taka jest po prostu Ameryka, trochę dziecięca, naiwna i często bezkrytyczna w podejściu do życia, ale fascynująca w roli przyczółka naszej cywilzacji okcydentalnej.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy