Kopciuszek o imieniu Matylda
Wiatr delikatnie gwizdał w konarach drzew. Śnieg skrzył się na gałęziach mroźnymi gwiazdkami. Kilka granatowych obłoczków zakryło księżyc okrągły niczym spodek od filiżanki. Ktoś biegł po gościńcu ciężko oddychając. To była dziewczyna, o czym niezbicie świadczyła jej szata. Ubrana była w zwykłą, szarą sukienkę spinaną na ramieniu. Jej włosy były potargane, oczy szkliste, a twarz rumiana. Nie miała już sił, ale nadal pędziła nie wiadomo dokąd i skąd. Wiatr smagał jej twarz, a mróz i ostre kamienie raniły gołą stopę. Nie zważając na nic biegła nadal. A gdy wydawało się, że zaraz ducha wyzionie, albo zapadnie na suchoty, dotarła do małej chatki. Bez cienia zastanowienia wślizgnęła się przez niewielkie drzwiczki do sieni. Tam czym prędzej naczerpała wody do miski z przygotowanego wcześniej cebrzyku i obmyła się z tej wyczerpującej podróży. Miała niewiele czasu. Oto zaraz do chatki powinny wrócić pozostałe kobiety. Dziewczynka wiedziała, że były pewne, że od dawna już śpi. Dlatego pospiesznie wdrapała się na swoje palenisko i zasnęła na ukochanym sobie miejscu.
Niedługo potem drzwi znowu się uchyliły i pojawiła się w nich dorosła, piękna kobieta z dwoma młodymi dziewczynami. Kobieta miała w swoich oczach dziwną wrogość, albo wręcz drapieżność. Może dlatego umiała być bardzo bezwzględna. Natomiast dziewczynki miały twarze wykrzywione w grymasie złości. Gdyby nie ich miny śmiało mogłyby uchodzić za dosyć ładne. Jednak na taki wyraz twarzy nie można było spojrzeć z życzliwością. Jeszcze w drzwiach pierwsza z nich odezwała się niezbyt niewieścio:
- Ku..a mać! Co to była za szmata!
- Eneferyno, nie unoś się kochanie. Przecież świat pełen jest głupich dziewek i musimy się do tego przyzwyczaić. – Pocieszyła ją Marzanna, najstarsza z kobiet.
- Dobra, ale czemu taka stanęła nam na drodze do szczęścia?! – Eneferyna najwidoczniej nie chciała dać za wygraną.
- Widzisz, nie dość, że była cwana, to jeszcze głupia, bo któraż choć odrobinę myśląca panna uciekałaby od samego hrabiego?
- Masz rację matko. W takim razie na pewno nie zostanie hrabiną.
- O właśnie! Zatem jeszcze mamy szansę. – Ucieszyła się druga córka, Zerenyra.
Niezadowolone kobiety przebrały się, delikatnie obmyły i właśnie szykowały się do snu, gdy zobaczyły coś ładnego wciśnięte w palenisko.
Obok Matyldy leżało coś pięknego. Kobiety nawet się nie zastanawiały nad tym, że jest to jej własnością. Zwyczajnie podeszły i wzięły to sobie. A był to bucik. Cały błyszczał od maleńkich diamencików. Było to tak precyzyjne arcydzieło, że wszystkim trzem na chwilę zaparło dech w piersiach. W życiu nie widziały takiego dzieła sztuki.
- Znalezione nie kradzione! – Zadrwiła Eneferyna i zaczęła wdziewać bucik. Jednak jej stopa była za duża, nie mieściła się w filigranowym pantofelku. Dziewczyna zaklęła siarczyście, splunęła na podłogę i postanowiła:
- Muszę go dopasować! – Zawołała i pobiegła po młotek, śrubokręt i nożyczki. Po chwili potraktowany nieco brutalnie but wreszcie mieścił jej stopę. Ucieszona dziewczyna klasnęła w dłonie i aż podskoczyła z radości. Swoje znalezisko schowała w dole bieliźniarki, aby nikt niepowołany go nie znalazł, zwłaszcza Matylda. Potem kobiety poszły spać.
Rano jak zwykle wszystkie panny wstawały z ociąganiem. Tylko Marzanna była jak zawsze zdyscyplinowana i opanowana. Nawet Matylda nie miała siły zwlec się ze swojego legowiska.
- Dziewczynki wstawajcie! – Zawołała Marzanna – Śniadanie już przygotowane.
Istotnie, na stole leżały już ugotowane jajka, czarny chleb, masło, miód i najmodniejsza ostatnio konfitura. Wszystkie kobiety jadły tą prostą strawę i cieszyły się nowym dniem. Owszem, były jeszcze zmęczone po trudach wczorajszej nocy, ale powoli wszelka niemoc rozpływała się niczym poranna mgła w południowym słońcu.
