Fizyka na mecie
- No jak złoto, pani tego - przytaknęła czarna. Obie zaczęły się niezmiernie cieszyć. Basię Sobas coś tknęło. Powstała z ławki w tempie błyskawicy i
zagrodziła drogę dziewczynom.
- Wy coś wiecie, gołąbeczki! - wykrzyknęła.
- No skądże Basiu Sobas - wyprowadziła ją z błędu czarna odpalając papierosa i skręcając się ze śmiechu.
Basia Sobas niewy3mała.
- Co to kurwa za jajca, wy coś cholery jedne wiecie!
- Wiemy, że Basia Sobas jest piękna! - lała na całego czarna, opierając się na swym czekoladowym koledze.
- Wiecie kurwa kim jestem, ty Maryycha wiesz! - zwróciła się do czarnej.
- No kto tak ładnie mówi do mnie „Maryycha” - no toż to li i jedynie....
- Basia Sobas jak złoto! - zakończyła miedzianowłosa Angelina zwana Wiewiórą.
- Nie jestem kurwa Basią Sobas jej mać! Jestem Krzysiu S! Nie widzicie?
Tego już było za dużo jak na dwie wątłe kobiety. W parku zrobiło się zbiegowisko, bo te wariatki wyły i ryczały ze śmiechu. Głupawa była porażająca. Dredziaści kolesie wtórowali im równo, trzymając się za brzuchy.
- Co wy se kurwa myślicie! - (Krzysiu S bardzo hojnie okraszał swe wypowiedzi mięsiwem, szczególnie jak się wkurzył, jego mowa była nader kwiecista, co mu pomagało zapewne w rozładowaniu emocji. Jest to ponoć naukowo udowodnione, że wypowiadanie brzydkich słów znakomicie rozluźnia).
- Ej chwila, nie kłóćcie się i nie prze-gi-naj-cie, bo tu pan policjant móc przyjść, pan policjant, pjess, wiecze - załapał paranoje jeden z dredziarzy.
- No to chodźmy do nas, będzie piękna beka - zaproponowała ruda.
I poszli.
Na szczęście nie było daleko i Basia Sobas miała mniejszą traumę tnąc powietrze kantami swoich perfekcyjnie odprasowanych spodni.
W przytulnym dwupoziomowym apartamencie, urządzonym na poły gotycko, na poły etno, Basia Sobas bywała niejednokrotnie jeszcze jako Krzysiu S. Pełno tu było mrocznych, czarno - czerwonych malowideł i świec w antycznych świecznikach (pokoje Marychy), a także masek afrykańskich, chust z frędzlami, fajeczek i bongoli (Angelina). Zasiedli w dźwiękoszczelnym pokoju z klimatyzacją, na środku którego stał mały stoliczek, a na nim piękna i zawsze świeżo nabita faja wodna. Rozpalono owo cudo i wszyscy zaczęli ciągnąć ze swoich ustników. Basi Sobas nie trzeba było namawiać. Z rozkoszą ściągnęła pokaźną chmurę i jeszcze dwie następne. I już wesoło zaczęła opowiadać o babci Bobas, mamie Sobas i cioci Ali Sobas. Wszystko, (prawie wszystko), co ją spotkało od czasu tej koszmarnej przemiany, wypłynęło z niej szczerze, jak rzeka pełna ścieków. To ją zdziwiło. Jako Krzysiu S nie była skłonna o zwierzeń. Zdaje się, że chyba był to jakiś fragment prawdziwej Basi Sobas albo wpływ gangi. Dziwna ta ganga. Wokół siebie Basia Sobas widziała skupione, zasłuchane w jej opowieść twarze, pełne empatii i zainteresowania. Dotąd nikt jej nie wierzył, teraz uwierzyła, że jej wierzą. Obie szurnięte z deka kobietki dla Krzysia S palcem by już nie kiwnęły, ale dla Basi Sobas ich troska była balsamem na zbolałą duszę. Pogrzebawszy w obszernych garderobach, odziały przyzwoicie nową koleżankę, a kolegów dredziarzy tak urzekła jej historia, że postanowili upiększyć ją własnoręcznie skręconymi dredami. Tymczasem w piekarniku dochodziła trójkolorowa zapiekanka - cudo na gastrofazę. Potem nadciągnęło jeszcze trochę luda z browcami i imprezka trwała do białego rana. A Basia Sobas postanowiła zostać tu na jakiś czas. Nazajutrz mocno skacowana, acz szczęśliwa, podążyła w towarzystwie Fadiego i Angeliny do domu państwa Sobasów. Postanowiła wziąć z chaty parę rzeczy oraz podprowadzić coś do lombardu, by radośnie przeimprezować najbliższy tydzień. Nie wiedziały gołąbeczki jaka katastrofa nań czeka.
