Fizyka na mecie
- To Radosław jak złoto - stwierdziła Angelina malując Osiołkowi krwistą szminką rumieńce. Przeszła długim korytarzem w stronę drzwi, potykając się o
butelki.
- Szacuneczek - ozwał się szarmancko Radosław, przeczesując ręką włosięta. Angelinę ten gest doprowadzał do szewskiej pasji, ale uśmiechnęła się
ukrywając obrzydzenie.
- O Qqqrde! – zakrzyknęła widząc wysoką, chudą sylwetkę za placami Radosława.
- Krzysiu S jak malowanie! Kopę lat gołąbeczku!
Krzysiu S i Radosław oświadczyli, że ich kanary dupły w dyliżansie. A jak wysiedli na przystanku, tak strasznie klęli (Radosław, że się mama z babką wkurzą i obetną dotacje, Krzysiu S z tych samych powodów), że aż dostali mandat za publiczne wypowiadanie słów nieprzyzwoitych.
Angelina wyraziła swoje ubolewanie.
- Ale głupiego spotkaliśmy! - przypomniał sobie Krzysiu S.
- Jakiego głupiego? Sebę? - zainteresowała się Angelina - dredziasty pomarańczowy rudzielec o boskim ciele.
- Niech będzie pochwalony - zza Krzysia S wyjrzał młody księżulo odziany w koszulę z koloratką i dżinsy. Typ ów miał straszliwie odstające uszy, piegi i
wykrzywione kpiąco usta. Góralski nos i piwne oczka oraz przystrzyżone równo włoski, dopełniały tego godnego El Greco obrazu...
- Ja jebię! - zakrzyknęła w duszy Angelina.
Z dala już nadciągała wsparta na czarnym rasta – przystojniaku Marycha, z kuchni przytupała Melanja odziana już tylko w spódnicę i stanik, z nieodłączną kanapką w ręku.
- Xiądz Artur nas odwiedził! - szczebiotała wesoło Marycha, mając żywo w pamięci jak jeszcze pół roku temu tankował radośnie i jarał z nimi.
- Ja tylko na chwileczkę - zastrzegł na wstępie xiądz Artur.
- Ależ jasne! - przytaknęła skwapliwie Marycha - Melanję pamiętasz? A gdzie jest do cholery Basia Sobas? - zastanowiła się i weszła do kuchni, gdzie Radosław pospołu z Krzysiem S, układali swe nabytki w lodówce.
- Ja cię nie dupcę, miętóweczka! - nadciągnęła z pokoju Basia Sobas. Chwilę potem zamilkła zszokowana na widok Krzysia S. Krzysiu S też przystanął
zszokowany, ledwo poznając odpicowaną Basię Sobas.
- Jezuu już pierwsza do miętóweczki! - ucieszył się Radosław - Jak tyś się stuningowała!
Kilkadziesiąt minut później xiądz Artur radośnie jarał z fai wodnej
(długo się nie pozapierał), Radosław tankował miętóweczkę z Melanją, która się tak rozochociła, że siadła mu na chudych kolanach. Osioł po zmyciu mejkapu, wziął Prawego i poleźli na starówę się poszlajać co nie co. Basia Sobas i Krzysiu S gruchali sobie w najlepsze jak te gołąbeczki. Ona opowiadała mu żywot BB Kinga, a on jej historię Led Zeppelin. Zalienowali się z wiśnióweczką na fotelach, wyrażając platońskie zespolenie dusz. Leciał „November rain” na wielkim, płaskim monitorze kina domowego i Slash jak zwykle, ku ogromnej radości oglądających, rozkraczał się z gitarą przed kościołem. Krzysiu S i Basia Sobas przechodzili samych siebie bębniąc na wyimaginowanej perkusji. Cóż, każdy miał swoje zboczenia, np. zboczeniem Angeliny był przymus demoralizacji xiędza Artura, który odchodząc przed paru laty do seminarium, „mordę se Bogiem wytarł”, zawieszając przyjaźń z nią i z Marychą. Krzysiu S podobnie postąpił wyprowadzając się do Dominiki. Ale dziewczyny miały dobre serca, albo sklerozę po takiej ilości jarania, poza tym wokół nich kręciło się ciągle tyle luda, że kto o tym by pamiętał? W ogóle to obydwie urocze właścicielki tej wesołej chaty były zachwycone, że goście dopisali i kibicowały ostro Basi Sobas przytulającej się do Krzysia S. No tak, samouwielbienie Krzysia S znalazło swoją drogę do spełnienia. Basia Sobas - jego żeński klon, podziwiała ten wyimaginowany męski urok, ten śliczny kolczyk nad brwią i niewątpliwy talent muzyczny... Mimo, że oboje dobrze wiedzieli, iż Krzysiu S wyleciał ze szkoły muzycznej oraz z pięciu innych uczelni i nikt nie chciał z nim grać... Dlatego ostatnio ograniczał się do bębnienia w powietrzu. Wtórowała mu w tym z zapałem Basia Sobas, bynajmniej nie piękność, nawet po wspomnianej metamorfozie, ale jej podobieństwo do Krzysia S w ruchach, tekstach i niedbałym wyglądzie, było uderzające.
