GDY BOGOWIE MILKNĄ
Eurydyka otworzyła oczy, wybudzona z okropnego snu pełnego cierpienia, bólu, mordów. Poczuła ulgę, że to koniec. Znów była w świątyni, w której znajdował się Ołtarz Persefony. Stał po drugiej stronie blatu Theron, który patrzył na nią uważnie. Coś jej podpowiadało, aby zadać mu setki pytań.
– Po co pokazałeś mi to wszystko? Czemu pokazałeś mi tysiące lat wojen, pisanych przez cierpienie?
– Chciałem ci pokazać, co możesz wywołać, próbując otworzyć Bramy do Elizjum. Ile przeszła ludzkość przez swoją wiarę w różne przekształcenia bóstw. I co? Otworzysz bramy, w których jest teraz pustka? Porobisz zdjęcia, być może robiąc to ku swojej ucieszy i gawiedzi, że jest coś ponad wami, ludźmi? – Oparł się o ołtarz, jego twarz była w grymasie i zniesmaczeniu. Eurydyka wyczuła, że Theron, a raczej Hermes, gardzi ludzkim ego, próżnością i pogoniami za czymś, bo ktoś chce udowodnić za wszelką cenę.
– Nie, nie pragnę tego. – Szepnęła. – Sam powiedziałeś, że dusze wędrują, uczą się z każdym nowym narodzeniem. Odpłacają za swoje przeszłe przewinienia. Ja teraz widzę, że nie chcę być częścią takiego świata.
– Szepty wieków nie zmieniły was, ludzi. Niczego nie nauczyły. Nadal nie wyciągnęliście wniosków. – Jego głos był pełen gniewu i pogardy. – Dopuszczacie do rządzenia waszymi krajami ludzi, którzy w ogóle nie powinni się tam znaleźć. Młode dusze, które nie mają wiedzy, nie mają doświadczenia, pokory i świadectwa w sobie. A takie młode chcą rywalizować, popisywać się, kto jest w czym lepszy. W imię czego? – oburzenie Hermesa rosło w siłę. Eurydyka zaczęła się powoli go obawiać i zaczęła się odsuwać od ołtarza. – Elizjum jest puste. Pełna cisza. Liry już nie grają... Umarło.
Głucha cisza.
Stała obok padających promieni słonecznych na posadzkę. Przerwała tę ciszę swoim zapytaniem:
– Czemu zatem chronisz Pola Elizejskie? Czemu chronisz Bram?
– Przed próżnością ludzką. Wraz z nastaniem nowych wiar, wyparto nas. Tych co byliśmy ważni dla starożytnych. Pełnych mądrości. Pełnych pokory, chociaż też były okresy wojen. Jak sama widziałaś w wizji. – Spauzował, obracając się do niej plecami. Patrzył na ogromną ścianę przed nim. – Byliśmy tacy sami dla wszystkich, ale znani pod różnymi imionami. Starożytni dostali od nas wiele nauk, które przepadły. W następnych wcieleniach mieli rozwinąć ludzkość, a wszystko obróciło się w pył czasu... Jako bogowie, wiedzieliśmy, że następne pokolenia nie będą godne takiej wiedzy. Spaliliśmy w dobrym momencie Bibliotekę Aleksandryjską. W niej były wszystkie zapisy.
Kobieta podeszła do niego, chwytając go za rękę. Spojrzała mu w oczy i widziała ból.
– My, bogowie, wraz z wiarą, przestaliśmy istnieć. Dlatego Elizjum jest ciche. Puste. Bo nikt już nie ma w to wiary. W żadnego z nas.
– A co z duszami, wojownikami, godnymi ludźmi? Pola Elizejskie były alegorią Pól Trzcin. Były dostępne dla tych, co przestrzegali praw Maat. Tak samo z Elizjum. Gdzie się oni podziali? Co się stanie, jeśli otworzymy Bramy...? – Eurydyka spojrzała na blat ołtarza. W jej głosie było czuć pustkę. Bezsens istnienia. – ... Umrę?
– Twoja dusza to nieograniczona istota. Ogranicza ciebie twoje ciało, a w nim twój umysł. I to, co w nim trzymasz. Gdy otworzę Bramy, dusze będą się błąkać po świecie. Mogą nawet nękać niektórych. Nigdy nie zaznają spokoju. W Elizjum nikt się nimi nie opiekuje, bo nikt w nas, bogów, pierwszych na Ziemi, nie wierzy. Tym samym, przestaliśmy istnieć. – Theron spuścił głowę w zawodzie. Sam był smutny z tego, co powiedział. Tym samym zdając sobie sprawę, jakie było to wszystko patowe.
