Repeat
Minęła zaledwie chwila, ale gdy z niej wyszła jej oczom ukazał się zupełnie inny obraz. Oto po burzy i deszczu nie było nawet śladu. A noc, nie wiedzieć kiedy, przerodziła się w poranek. Na liściach przydrożnych wiązów nie było nawet kropli deszczu. Ptaki w najlepsze świergotały, prześcigając się w swoich ariach i trelach. Wiatr delikatnie muskał równo przystrzyżoną trawę. Trzmiele latały od kwiatka do kwiatka, bzycząc przy tym spokojnie. Dookoła przyroda zdawała się wołać, że oto nadszedł nowy dzień i należy się nim cieszyć, bo nigdy już się nie powtórzy.
„Doprawdy?” – Pomyślała z przekąsem Natalia i uśmiechnęła się do siebie. Niespecjalnie podobała się jej perspektywa odnajdywania się w nowej rzeczywistości, ale wolała to niż jego śmierć. Tym razem przynajmniej zachowała pamięć. Ostatnio wszystko co przeżyła musiała odczytywać z zabranego ze sobą rękopisu. Spojrzała na siebie. Nadal miała na sobie szary płaszczyk i skórzane trzewiczki. Jednak tym razem wszystko było suche i przyjemne. Niestety nie miała ze sobą lusterka, więc już swojej twarzy nie mogła zobaczyć. Spojrzała na swój telefon.
- Data jest dobra, nawet aż za bardzo – powiedziała do siebie i rozejrzała się dookoła. Chwilę zastanawiała się gdzie się właściwie znajduje. Dopiero po chwili zorientowała się, że jest całkiem blisko celu. Ucieszona przeszła ruszyła do najbliższego przystanku autobusowego. Szczęśliwie nie miała do niego daleko, bo już po kilku minutach trafiła pod wiatę z napisem Os. Strusia. Zadowolona spojrzała na rozkład. Okazało się, że za dwie minuty przyjedzie autobus linii 152. Nie pozostawało jej nic innego jak tylko poczekać.
W czwartek o tej porze dnia zwykle jest pełno ludzi. Zresztą, o każdej porze dnia ludzie kłębią się we wszystkich zakamarkach pojazdów komunikacji miejskiej. A dziś, choć dzień był świąteczny, również wielu ludzi postanowiło nie odmówić sobie przyjemności wchłaniania spalin miasta, tłoczenia się w niewygodnym autobusie i podziwiania wątpliwie uroczego zgiełku ulic. Natalia wbita w miejsce obok tęgiej kobiety z ogromnym wózkiem na zakupy, śpiącego człowieka i wypachnionej emerytki nawet nie próbowała zastanawiać się nad swoim położeniem. Wiedziała tylko jedno, że musi, po prostu MUSI wejść do właściwego autobusu. Dlatego, gdy tylko dojechała na dworzec PKS szybko wybiegła na ulicę. Z zawrotną prędkością pomknęła na płytę dworca. Rozejrzała się po twarzach tłoczących się tam ludzi. Nie kojarzyła ich, choć zapewne widziała ich już wszystkich poprzednim razem. Przez chwilę zastanawiała się nawet, czy nie dostrzeże jego, ale nie chciała jeszcze bardziej zaburzać zdarzeń. I tak, wszystko co robiła było bardzo jednym wielkim zaburzeniem. Nie wgłębiając się w tą kwestię podążyła w kierunku swojego autobusu. Akurat podjeżdżał. Nie widziała poprzednich, które zapewne już odjechały. Z ciężkim jak kamień sercem stała pod samymi drzwiami modląc się, by i tym razem się jej udało wejść do środka. Wtedy spojrzała na bok. Zauważyła tam młodą, roześmianą dziewczynę w ogromnych okularach przeciwsłonecznych. Wyglądała zabawnie, ale też sympatycznie. Na jej widok odetchnęła z ulgą. Wiedziała przecież, że to jest Anka, przez którą to wszystko się zaczęło.
- Cześć, też chcesz wejść do autobusu? – Zapytała Ania.
- Pewnie, że tak. – Odparła Natalia mając w głowie coraz mocniejsze uczucie deja vu. Obok Anki stał Marcin. Jego też Natalia bardzo dobrze pamiętała. Po chwili Anka zaproponowała:
- Jak chcecie mogę wam kupić bilety. Wejdę pierwsza, a wy już powiecie, że jesteście z biletami, to też was wpuszczą. – Zgodziliśmy się na to, zarówno ja jak i Marcin.
Po wejściu pasażerów z biletami do drzwi autobusu wdarła się Anka. Kupiła trzy bilety i zawołała do:
- Chodźcie! – Zaraz też ruszyła w głąb autobusu. Natalia właśnie wchodziła po schodkach, gdy nagle potknęła się i nie wiedzieć kiedy upadła na twarz. Marcin pomógł jej wstać. Nic się jej nie stało, poza rozbitą wargą i zdartym łokciem. Jednak Marcin był bardzo przerażony jej wypadkiem. Wykazał się tak daleko idącą troskliwością, że nawet poprosił chłopaka siedzącego za Anką, aby usiadł obok Anki tym samym robiąc Natalii podwójne miejsce. Sam postanowił stać obok, z rycerskości nie zajmując przysługującego mu siedzącego miejsca. Natalia widząc to tylko jęknęła cicho.
- Bardzo cię boli? – Marcin od razu przejął się jej jękiem. I choć miała ochotę palnąć go w ten głupiutki, dobroduszny łeb, nie zrobiła nic. Zmilczała swoją złość, frustrację i przygnębienie. Zamiast tego udawała zmęczoną i senną. Marcin przez całą drogę opiekował się nią jak umiał najlepiej. Zaoferował nawet swój plecak jako jej poduszkę. Co rusz pytał o jej samopoczucie. W innych okolicznościach pewnie byłaby mu wdzięczna, ale dziś miała ochotę go zabić. A najbardziej denerwowały ją głosy dobiegające z rzędu przed nią. Wciąż wyłapywała stamtąd jakieś słowa, które mocniej ją bolały.
- Patrz jakie piękne niebo. – Mówiła Anka.
- To cumulusy. – Odpowiedział jej rozmówca.
- Znasz się na chmurach? – Anka żywo się zainteresowała i zapewne też uśmiechnęła, czego jednak Natalia mogła się tylko domyślać.
- Tak trochę, w szkole średniej coś tam było. – Chłopak udawał, że nie ucieszył go podziw dziewczyny i że nie czuje skrępowania. Natalia znowu jęknęła.
- Słabo ci? – Odezwał się Marcin. Miała już go serdecznie dość i miała dość tej całej karykaturalnej sytuacji. Nie chciała dłużej go słuchać, nawet jeśli miałby się na nią obrazić.
- Nie jest mi słabo i nie czuję się źle! – Wrzasnęła. – A ty zamiast trząść się nade mną jak kwoka nad rozbitym jajem może byś wreszcie usiadł i zajął się sobą!
Marcin tylko wpatrzył się ze zdziwieniem w jej niebieskie oczy. Nie rozumiał skąd wzięła się w niej ta złość, ale nawet to nie sprawiło mu przykrości. Nadal uważał, że jest ładna i sympatyczna. I wciąż chciał się nią zaopiekować. Jednak ona była innego zdania. Nie chciała już ani jego plecaka, ani słów pocieszenia. Zamiast tego tępo wpatrzyła się krajobrazy przesuwające się za oknem. I tak już pozostała do końca podróży.
Tylko dzięki mocno zaciśniętym ustom powstrzymała się od tak prostej słabości jak płacz. Jednak kiedy wysiedli nadal widziała Ankę i Mateusza. Usiadła na ławce i obserwowała ich.
- Ja mam autobus dopiero za dwie godziny. – Rzekł.
- To może pojedziesz do mnie, a potem do domu. – Zaproponowała tamta.
- Wszystko w swoim czasie. – Odrzekł. Wtedy Natalia już nie wytrzymała. Ukryła twarz w dłoniach i pozwoliła sobie na łzy. Nigdy nie lubiła płakać, zwłaszcza gdy nie była sama. Jednak dziś nie miała już sił się powstrzymywać.
Kolejne dni upływały jej jak w jakimś filmie puszczonym w zwolnionym tempie. Niby wszystko się działo, tak jak dziać się powinno, ale jednocześnie nie miało ani sensu, ani najmniejszej możliwości zaskoczenia jej. Doświadczała życie, które i tak przecież było już jej znane. Nie mogła powiedzieć, że nie lubiła uczelni, czy swoich znajomych. Wszystko to było miłe, absorbujące, pełne życia. Jej tylko jakoś tego życia zaczęło brakować. Nic jej nie ciekawiło, a dni stały się dziwnie ciężkie. Miała dość wszystkiego, nawet rzeczy, które wcześniej lubiła.
