Wiele wymiarów jasełek
ŁUKASZ
Na zewnątrz powitało nas zimne, grudniowe powietrze, pachnące śniegiem i tym jedynym w swoim rodzaju aromatem przedświątecznej atmosfery. Patrycja szła obok mnie, co chwilkę poprawiając wełnianą czapkę z pomponem. Jej oczy błyszczały przy każdej wystawie ustrojonej w pierniczki, dzwoneczki i inne mikołajki. Miałem wrażenie, że za chwilę zacznie nucić kolędy.
– Wyglądasz, jakbyś szedł na pogrzeb, a nie na jarmark. – Spojrzała na mnie badawczo.
– Nie wiedziałem, że to wymaga specjalnego nastroju.
– To jarmark świąteczny! Tu się nie chodzi z powagą, tylko z otwartym sercem.
Westchnąłem. Naprawdę poczułem się jak piernik, ale bynajmniej nie świąteczny, za to bardzo, bardzo stary. Nie czułem tego klimatu i w myślach wyrzucałem sobie, po jakiego grzyba
wyrwałem się z propozycją pójścia na ten cały targ.
– Mógłbyś chociaż się postarać – powiedziała z miną obrażonej trzylatki.
– Spróbuję – obiecałem bez szczególnego entuzjazmu.
Miejski rynek wyglądał jak świąteczny katalog Ikei: drewniane budki pachnące igliwiem, lampki, zapach grzańca, dzieci z watą cukrową i dorośli, którzy udawali, że przyszli tu dla dzieci. Pośrodku oczywiście lodowisko i tańczące na nim pary. Tylko wymiotującego tęczą jednorożca brakowało.
Patrycja zatrzymała się przy pierwszym lepszym stoisku, gdzie bombki wyglądały jak małe dzieła sztuki. Nawet ja musiałem przyznać, że są piękne.
– Łukasz, zobacz – pisnęła Patrycja. – Ten renifer wygląda jak Sebastian!
– Tylko trochę bardziej błyszczy i mniej zrzędzi – zauważyłem.
Patrycja kupiła renifera-Sebastiana, a ja tylko patrzyłem, jak grzebie w torebce, próbując jednocześnie nie zgubić rękawiczki, portfela i własnych myśli.
– Powiem ci, że trochę podziwiam ludzi, którzy tu przychodzą – powiedziałem, gdy zostawiliśmy za plecami stoisko z bombkami.– Wszystko tu jest takie cukierkowe, że aż kiczowate, bez sensu.
–Ale właśnie w tym lukrze i braku sensu tkwi magia.
– To brzmi jak motto naszego projektu – zauważyłem.
Patrycja zaśmiała się głośno. I chociaż wokół było pełno ludzi, to widziałem, że śmiała się tylko do mnie.
PATRYCJA
Kupiliśmy jeszcze kilka bombek, dzwonków i piękną, metrową złotą gwiazdę. Chciałam kupić większą, ale pan maruda powiedział, że albo ta, albo żadna. Patrzyłam teraz na niego, jak idzie obok mnie, co kilka kroków przystając, by poprawić ją sobie i musiałam przyznać mu rację: z jeszcze większą gwiazdą niesioną pod pachą byłoby mu trudno dalej zwiedzać jarmark.
Gdy zaczął padać śnieg, delikatny i puszysty jak z reklamy płynu do zmiękczania tkanin, byliśmy niemal w połowie drogi do końca stoisk. Jarmark z każdą chwilą wypełniał się większą ilością odwiedzających, śmiechem, rozmowami i zagłuszającymi to wszystko świątecznymi piosenkami puszczanymi z głośników. Ja i Łukasz szliśmy obok siebie w ciszy, która
odpowiadała nam obojgu. Uznałam to za przełom i uśmiechnęłam się w duchu. Bo ja się zwykle boję ciszy, która krępuje i z którą nie wiadomo, co zrobić.
– W ramach podziękowania za rolę tragarza, zapraszam cię na coś ciepłego. – Stanęłam przy budce z różnymi rodzajami grzańców. Łukasz, chcąc nie chcąc, też się zatrzymał, upuszczając przy tym gwiazdę.
– Tak się zastanawiam… – zaczął niepewnie. – Do czego to doszło, żebym to ja musiał pocieszać ciebie? I przekonywać cię, że to wszystko może się udać? Bo wiesz, nie znamy się zbyt dobrze, ale nie wyglądasz na osobę, którą tak łatwo wyprowadzić z równowagi, zwykle wszyscy wokół ciebie się uśmiechają, ty śmiejesz się razem z nimi…
– Pozory – powiedziałam i uśmiechnęłam się krzywo.
Moje ADHD nie było moim ulubionym tematem. Nie żebym się go wstydziła, bo w sumie już nauczyłam się z nim jako tako współpracować, ale w dalszym ciągu było mi za siebie nieco wstyd, gdy te jego negatywne strony wychodziły na pierwszy plan. Jak na przykład dziś podczas tej nieszczęsnej próby.
Upiłam łyk grzańca, który rozlał się przyjemnym, a jednocześnie palącym ciepłem po moim przełyku. Potrzebowałam tej sekundy na zebranie się do odpowiedzi. A nie chciałam spławiać Łukasza jakimiś banałami.
– Czasami czuję, jakbym miała rozdwojenie jaźni, wiesz? Albo co najmniej dwie osobowości.
Niestety nie zawsze umiem nad tym zapanować. No i to, że moje ciało nie nadąża za mózgiem, to już wiesz. Plany i pomysły mam wielkie, ale nie zastanawiam się, czy wystarczy mi na to sił i czasu. – Wzruszyłam ramionami.
Łukasz milczał, więc przez chwilę poczułam się głupio ze świadomością, że może powinnam powstrzymać ten słowotok. Uciekłam wzrokiem w bok.
– To brzmi… męcząco – powiedział w końcu Łukasz, a jego głos był jak plasterek.
– Takie bywa. – Uśmiechnęłam się słabo. – Ale ma też dobre strony: potrafię zamienić moje motto – „jakoś to będzie” – w naprawdę fajne rzeczy. Pod warunkiem, że znajdzie się ktoś, kto nie ucieknie, kiedy zacznę gadać o trzech pomysłach naraz.
– W takim razie masz szczęście – odpowiedział spokojnie. – Ja nie należę do tych, co uciekają. Co najwyżej poprawiam przecinki.
– O widzisz, a ja rzadko kiedy w ogóle je stawiam. Nie mam na nie czasu. – Rozbawiona wzruszyłam ramionami.
– Idealne połączenie. Mogę robić to za ciebie.
