Panny w cieniu "Wesela". Maria, Zofia i Eliza Pareńskie

Autor: Beata Bednarz, tekst powstał na podstawie książki Moniki Śliwińskiej "Muzy Młodej Polski" (Wydawnictwo Iskry)
Okładka publicystyki dla Panny w cieniu

Któż z nas nie zetknął się z tym pastelem, który jego twórca swego czasu tytułował jako Żeleńska z dzieckiem? Pierwszym z kolekcji portretów stworzonych przez autora Wyzwolenia był pastel z 1902 roku ukazujący osiemnastoletnią Marynę na pustym tle, smutno patrzącą przez ramię. W maju 1905 roku zanotował zaś, że maluje Lizkę. Powstały wtedy dwa portrety najmłodszej z sióstr Pareńskich. podwojnyTen drugi pastel, znany dzisiaj jako Podwójny portret Elizy Pareńskiej, uważany jest za doskonałe studium psychologiczne postaci. Wyspiański jako znakomity obserwator i psycholog uchwycił na tym portrecie zmianę rysów młodziutkiej modelki i zmagania z drzemiącymi w niej demonami. Jednak nie tylko on portretował pełne wdzięku siostry. Witold Wojtkiewicz należał do równie uzdolnionych, introwertycznych i biednych malarzy. Przed 1905 rokiem zajął miejsce Wyspiańskiego w salonie Pareńskich, gdzie pojawiał się często z powodu najstarszej z sióstr - Maryny. W grudniu 1904 roku zwierzał się w liście: Maluję i tworzę, poważnie odżywiam się, beznadziejnie kocham i w wolnych chwilach od tego wszystkiego myślę sobie; co też to ze mną będzie? W następnym roku wykonał portret obiektu swoich cichych westchnień. Uwiecznił Marynę na tle kolorowych kwiatów w donicach. Był to jeden z paru obrazów namalowanych przez niego kobietom z rodziny Pareńskich. Kim były kobiety, które tak urzekały wybitnych artystów i podbijały serca wielu innych mężczyzn?

Salon artystyczny na krakowskim Wielopolu

Zachodzące od 1890 roku przemiany w obyczajowości i sztuce najpełniej ujawniły się w Galicji, w szczególności w Krakowie - miejscu wyjątkowym dzięki swojemu genius loci. W wąskich, zacisznych i malowniczych uliczkach i zakątkach tego miasta skupiły się arystokratyczne pałace, stare kościoły, sędziwe mury uniwersyteckie i pracownie artystów. Twórcą jego młodopolskiej legendy był Tadeusz Boy-Żeleński, który przyrównał Kraków do lewobrzeżnego Paryża. Życiu młodopolskiej cyganerii nieodłącznie towarzyszyły humor, dowcip, zabawa oraz ironiczny dystans wobec norm życia obowiązujących w otaczającym ją świecie. Żyła w swojej przestrzeni. Gromadziła się nie tylko w knajpach i kawiarniach majestatycznego Krakowa i stołecznego Lwowa (np. u Sauera w krakowskim Rynku Głównym czy Schneidra i „Roma” przy Akademickiej we Lwowie), ale także w prywatnych domach. Matka sióstr, które przeszły do legendy, Eliza Pareńska, zasłynęła jako niestrudzona organizatorka życia towarzyskiego pod Wawelem. Alfred Wysocki (ten sam, który walczył o Nobla dla Reymonta) wspominał: Gdy profesorowa Pareńska szła z córkami, późniejszą doktorową Raczyńską i Boyową-Żeleńską, to musiała kłaniać się bez przerwy. „Nikczemna kociecica” - tak nazywała Elizę Pareńską kuzynka Rydlów, Aleksandra Czechówna, której pamiętnik stał się nieocenionym źródłem wiedzy nie tylko dla „weselelogów”. Profesorową okrzyknięto też mianem „krakowskiej pani Kalergis”, gdyż prowadziła jedyny w swoim rodzaju salon, wiecznie tętniący życiem artystycznej bohemy, rozmowami, przyjęciami, szalonymi tańcówkami. Wysocki wspominał po latach z nutką nostalgii oberki tańczone z przyklękaniem, po których danserowie owijali posiniaczone kolana ręcznikami moczonymi w occie.

Wyspiański, który był osobowością o wyjątkowo szerokiej skali zainteresowań i talentów, zwany cudownym dzieckiem Krakowa, znalazł w Elizie Pareńskiej wielką i lojalną przyjaciółkę. W listach do niej adresowanych zwracał się „Droga Pani” i dawał jej kolejne swoje utwory do przeczytania. Hojnie go wspierała, nie tylko w początkach jego twórczości. Agitowała i szturmowała swoich wpływowych znajomych w wielu jego sprawach do końca. W kwestii oceny malarstwa Wyspiańskiego spierała się z Aleksandrą Domańską, ciotką Lucjana Rydla, autorką słynnej Historii żółtej ciżemki, która autora Wesela wręcz nienawidziła. W jednym z listów wyraziła dobitnie swój stosunek do jego twórczości: Wyspiański żeby na głowie stawał, nigdy nie namaluje ani „Grunwaldu”, ani „Czwórki”, ani wreszcie kwiatów Wyczółkowskiego. Coś tam pochlapie, pomaże, rozmaże i każe wierzyć, że to akurat kaczeńce.

Do domu Pareńskich sprowadził Wyspiańskiego jego przyjaciel, Lucjan Rydel. Willa tej rodziny okazała się schronieniem dla nędznego artysty, gdyż należała do jednego z pierwszych domów mieszczańskich, którego właściciele i bywalcy kupowali obrazy. Był jego częstym gościem prawdopodobnie od 1895 roku, kiedy to wrócił z Paryża, zmuszony do  przerwania studiów malarskich z powodu kłopotów finansowych. Profesorowa Pareńska okazała się hojnym mecenasem sztuki, wielbicielką jego talentu i zbawiennym duchem aż do przedwczesnej śmierci artysty (w dniu odejścia Wyspiańskiego w krakowskim mieszkaniu Maryny przy ulicy Sienkiewicza spadła ze ściany namalowana przez niego pastelowa Madonna z Dzieciątkiem, co rodzina potraktowała jako symboliczny zwiastun śmierci pani domu). Wyspiański - w opinii tych, którzy go znali - był „wrażliwy jak mimoza”, apodyktyczny, wyniosły, małomówny, zamknięty w sobie. Napisał o sobie: Ja jestem wiecznie jakimś marzeniem, jakimś zachceniem, jakimś pragnieniem bez nadziei dojścia… jakimś poematem wydaje mi się życie moje… ale wciąż drżę, że ten poemat się nagle rozerwie… że przepadnie niedokończony. Czy na Wielopole przychodził dla Elizy Pareńskiej, niewątpliwie atrakcyjnej kobiety? Czy może dla jej pięknych córek, które po latach uwiecznił w swoich dziełach? Maryna, Zofia i (Eliza) Pareńskie - panienki z zamożnego domu, uczone francuskiego, który w prowincjonalnym Krakowie był językiem „mondu”. Wychowywały się w salonie rodziców, przez który przewinęło się wielu uczonych, literatów, aktorów, dziennikarzy, profesorów uniwersytetu i przyjaciół pana domu, Stanisława Pareńskiego, a więc w świecie flirtów, balów i „tualet”. Najczęściej przebywały w towarzystwie córek Heleny Rydlowej i Antoniny Domańskiej, przyjaciółek matki. Przyjęcia odbywały się prawie codziennie, a wieczorki tańcujące obrastały legendą. Nigdy nie były zbytnio izolowane od towarzystwa, a atmosfera domu, prawdziwie otwartego, wpłynęła niewątpliwie na ich kształtującą się osobowość. Maryna i Zosia edukację odbierały początkowo w domu, potem w I Prywatnym Gimnazjum Żeńskim - pierwszej szkole żeńskiej z programem gimnazjum męskiego. Lekcji z historii sztuki udzielał im doktor praw i filozofii, dramaturg i bywalec paryski Lucjan Rydel, którego elokwencja i niespotykane, wręcz legendarne, gadulstwo wywoływały irytację uczennic, do tego stopnia, że doszło między nimi a nauczycielem do małego konfliktu. Rydel próbował go załagodzić, wysyłając do panienek list, który je setnie ubawił.

„Panie w sukniach wizytowych i chłopi w sukmanach”

W trakcie wesela, które odbyło się 20 listopada 1900 roku, w domu Włodzimierza Tetmajera, w bajecznie kolorowej podkrakowskiej wsi, Maryna, Zosia i Lizka miały odpowiednio po szesnaście, czternaście i dwanaście lat. Był to widok jedyny w swoim rodzaju i zupełnie niezwykły, kiedy u Tetmajera zasiedli przy stole panowie we frakach, a między nimi wiejskie kobiety w naszywanych gorsetach i w koralach u szyi; panie w sukniach wizytowych i chłopi w sukmanach - relacjonował w liście do Františka Vondráčka Lucjan Rydel. Tego wieczoru Wyspiański, oparty o futrynę drzwi, obserwował gości, a jego obserwował Boy-Żeleński. Obydwaj spisali wrażenia z tamtego przyjęcia weselnego. Jeden w arcydramacie, a drugi ponad dwadzieścia lat później w Plotce o „Weselu” Wyspiańskiego. Zosia Pareńska i Haneczka Rydlowa początkowo tylko przypatrywały się wirującym parom, później stwierdziły, że chcą także tańczyć, ale nie same - jak radziła Domańska - i nie z „panami” (tych miały pod dostatkiem na Wielopolu), ale z drużbami, co pawimi piórami zamiatają pułap izby. Zosia przykuwała wzrok Rudolfa Starzewskiego, Kazimierzowi Tetmajerowi wpadła w oko Maryna, która była wtedy o zaledwie rok młodsza od panny młodej. Do Wyspiańskiego dochodziły urywki rozmów coraz śmielszych, gdyż wódka, której tego wieczoru nie brakowało, rozwiązywała języki. Adam Grzymała-Siedlecki zanotował słowa, które świadczą o niesamowitym zmyśle obserwacji, jakim był obdarzony Wyspiański: W latach 1916-1918, kiedy Zosia z »Wesela« była już dojrzałą kobietą, od 10-11 lat żoną Boya-Żeleńskiego, on właśnie, Boy, powiedział mi: „Rzecz to nie do wiary, jak teraz dopiero w Zosi zaczynają się ujawniać pewne cechy usposobienia, które Wyspiański dojrzał w niej, podlotku, i podkreślił je w postaci z »Wesela«”. Obydwie panny Pareńskie, jak zapisała w swoim pamiętniku nieoceniona Aleksandra Czechówna, bawiły się na przyjęciu wybornie, tak jak całe nadzwyczajnie dobrane towarzystwo. Zanotowała też, nie bez cienia złośliwości, że Wyspiański w swoim dramacie coś dodał, czyli w domyśle - podkoloryzował, ale wnosząc tylko z tego, co mi te panie same opowiadały, i jak chwaliły galanterię tamtejszych chłopów i wójta Czepca, to już ja sama dochodziłam do przekonania, że zachowanie ich nie musiało tam być bardzo stosowne. Tadeusz Żeleński zaś dwadzieścia lat później napisał w Plotce o „Weselu”, że Wyspiański nie tylko — jak to zwykle czynią pisarze w tworach imaginacji — nie zacierał tu związków z rzeczywistością, ale je jakby podkreślał.

Reputacja trzech panienek z dobrych domów zawisła więc na włosku przy okazji legendarnej prapremiery sztuki, która odbyła się 16 marca 1901 roku i została zaliczona do najważniejszych wydarzeń w całej historii polskiej kultury. Po premierze zapanowała moda na powiedzonka z arcydramatu Wyspiańskiego. Niektóre z nich do dziś zachowały żywotność. Tę legendę zbudowały zabawne i romantyczne zarazem sytuacje, które rozgrywały się wokół wystawienia sztuki w Teatrze Słowackiego. Na kartce przyniesionej przez Wyspiańskiego z informacjami na afisz wśród osób dramatu znalazły się: Maryna, Zosia, Haneczka, Dolcio, Jaga, pani Domańska. Skandal wisiał w powietrzu. Po perswazjach udało się wymóc na autorze zmianę Dolcia na Dziennikarza, Jagi na Pannę Młodą, a Domańskiej na Radczynię. Po Plantach zaś biegał po premierze zirytowany Lucjan Rydel, krzycząc, że chce obić twarz Wyspiańskiemu. Jedynie Kazimierz Przerwa-Tetmajer  i jego brat Włodzimierz (Gospodarz) dostrzegli ogromne walory dzieła. Ten ostatni napisał do Wyspiańskiego list, w którym stwierdził: Król-Duch zamieszkał w Panu. Profesorowej Pareńskiej groziła natomiast zła sława, ale po przedstawieniu wyraziła zadowolenie z faktu, iż jej córki weszły do literatury dzięki Wyspiańskiemu, i od razu włączyła się w promocję dzieła. Maryna i Zosia - obydwie pełne wdzięku, rozpieszczone, lubiące zachowywać się brawurowo córki zamożnego lekarza, znakomicie grały role muz Młodej Polski. Dorastały w towarzystwie elity intelektualnej Krakowa; były, jak pisze Zofia Nowakówna, wykształcone i oczytane, au courant najnowszych prądów artystycznych, upozowane nieco na dekadentki. „Znużone naturą” zasłaniały w dzień okna […] i siedziały przy świecach. Właściwy tym czasom perwersyjny pociąg do wszystkiego, co miało związek ze śmiercią i z makabrą, manifestowały, namawiając kolejno wszystkich przyjaciół do popełnienia samobójstwa. Obydwie zaręczyły się niemal w tym samym czasie i poślubiły lekarzy. Różniły się temperamentem, charakterem i usposobieniem, ale na zawsze pozostały wychowanymi w dostatku panienkami z zacnego krakowskiego domu. Jakie były dalsze losy najsłynniejszych polskich sióstr?

Maria − „zawsze pełna humoru, temperamentu, cięta w mowie, dowcipna”

Sportretowana w Weselu jako Maryna, z którą finezyjnie flirtuje Poeta (Kazimierz Przerwa-Tetmajer). Najstarsza panna Pareńska była dowcipna, pewna siebie, elokwentna, strojnisia, towarzyska, świadoma swojej urody. Aktor Jerzy Leszczyński zapamiętał ją jako panienkę o smukłej, zgrabnej figurce, bardzo ładnych rysach i pysznych, kasztanowatych włosach, zawsze pełna humoru, temperamentu, cięta w mowie, dowcipna - była duszą towarzystwa. Rękę najstarszej siostry zdobył  zamożny i o ustabilizowanej sytuacji zawodowej Jan Raczyński, który przyjaźnił się z Jackiem Malczewskim, Lucjanem Rydlem, Stanisławem Wyspiańskim i Tadeuszem Żeleńskim. Po ślubie przeprowadzili się do Lwowa, gdzie mieszkali między innymi w kamienicy nieopodal słynnego hotelu George, w miejscu uważanym wówczas za salon miasta. Związek małżeński okazał się udany, a Maryna powiła córkę i syna. W sierpniu 1914 roku opuściła z dziećmi Lwów w obliczu rychłego oblężenia miasta. Mąż Jan Raczyński został wraz ze współpracownikami uniwersyteckimi w mieście (niemal w tym samym czasie wyjechała z Krakowa również Zosia z synem Stanisławem). Cztery lata później na Marynę spadnie nieszczęście. Wiosną 1918 roku dotrze do niej wiadomość o ciężkim stanie męża, a latem o śmierci „ojca lwowskiej szkoły pediatrii”, jak go nazwano na łamach prasy.

Nie zakończy to serii dramatów dotykających rodzinę Pareńskich. W niedużym odstępie czasu będą do sióstr docierać kolejne hiobowe wieści: najpierw o śmierci głowy rodziny, Stanisława Pareńskiego, który był powszechnie znanym i cenionym lekarzem, następnie jego żony, a wkrótce potem, w 1919 roku, ich jedynego syna Jana, pilota porucznika Wojsk Polskich.

W Marynie, pięknej wdowie, zakochał się znany we Lwowie rosyjski pułkownik, Roman Jasieński. Jego biografia mogłaby stanowić fascynującą kanwę fabularną powieści lub filmu. Carski oficer zjednał sobie serce kobiety świetną znajomością literatury polskiej, a poza tym nie chciała być sama. Pobrali się prawdopodobnie w którymś z krakowskich kościołów. Małżeństwo jednak trwało krótko i owiane jest tajemnicą. Nie zachowało się dużo szczegółów na jego temat, tak jakby zarówno Maria, jak i jej rodzina próbowała wymazać z pamięci Romana Jasieńskiego.

Trzecim mężem został znany we Lwowie lekarz i kolekcjoner dzieł sztuki Jan Grek, który mieszkał w tej samej kamienicy, należącej do Raczyńskich. W trakcie wojny, gdy Lwów był oblężony, a życie stawało się nie do zniesienia, bo brakowało wszystkiego, z Grekami mieszkali nie tylko Boy i jej córka, Anna Janko z dziećmi, ale także… sowiecki oficer.

Po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej w czerwcu 1941 roku Grekowie postanowili zostać we Lwowie, analogicznie jak Tadeusz Żeleński, który nie miał sił na jeszcze jedną ewakuację, zwłaszcza że zdążył się zaaklimatyzować w mieście. Odradzał mu to Leon Chwistek, tłumacząc, że czekanie na przyjście Niemców jest niebezpieczne. Nie pomylił się. Decyzja Boya i Greków okazała się dla nich katastrofalna. Jan Grek i Boy zostali aresztowani wieczorem 3 lipca 1941 roku w kamienicy przy ulicy Romanowicza 7. Boy znalazł się wśród zatrzymanych przypadkowo, gdyż Niemcy przyszli po Jana Greka. Nazwiska Tadeusza Żeleńskiego nie mieli na swojej liście. Wkrótce potem Niemcy zabrali także profesorową Grekową. Maryna i Jan Grekowie oraz Tadeusz Żeleński zostali zamordowani przez Niemców na lwowskich Wzgórzach Wuleckich wczesnym rankiem 4 lipca 1941 roku. Według świadków trzy kobiety, które znalazły się wtedy na Wzgórzach, zginęły na końcu. Najprawdopodobniej były to Anna Ruffowa, Maria Grekowa i Jadwiga Ostrowska. W ciągu następnych kilku dni mieszkanie Greków zostało doszczętnie splądrowane i okradzione: wyniesiono obrazy, meble i książki.

Monika Śliwińska w znakomitej książce Muzy Młodej Polski poświęconej losom trzech sióstr zwraca uwagę, że w trakcie śledztwa prowadzonego w latach siedemdziesiątych przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce córka Maryny, Anna (wówczas już Michałowska), zeznała, iż w mieszkaniu matki znajdowała się piękna porcelana, dywany, srebra oraz kilkadziesiąt obrazów Wyspiańskiego i Wojtkiewicza. Akcja rabowania trwała, według relacji kucharki Greków, która kręciła się wówczas w pobliżu ich domu, kilka dni. Podejrzewa się, że w kradzieży brał udział ktoś, kto wiedział, że Jan Grek i Tadeusz Ostrowski (tylko z dwóch mieszkań kamienicy przy Romanowicza zrabowano cenne przedmioty) znani byli jako kolekcjonerzy dzieł sztuki. Tropy wskazują na pewnego Holendra, niejakiego Petera Mentena… który zrabowany majtek gromadził w Krakowie. W ten sposób, symbolicznie, jakby Historia chciała sobie zakpić, obrazy Wyspiańskiego i innych polskich malarzy, które Maryna przywiozła do Lwowa, wróciły pod Wawel. Menten nigdy nie odpowiedział za współudział w zamordowaniu i kradzieży majątku profesorów lwowskich. Do Zofii Boyowej potwierdzona wiadomość o aresztowaniu jej męża, siostry i szwagra dotarła w połowie lipca, natomiast o ich zamordowaniu dowiedziała się dopiero w 1942 roku.

„U Boyowej, szlachetnej i wielkodusznej”

Zofii Żeleńskiej poświęcił strofę w poemacie Popiół i wiatr Antoni Słonimski (1942):

[…] Przy oknie wisi rzewny portret pani Zosi.
Tak ją widział, z tym lokiem na czole, Wyspiański,
I taką ją w „Weselu” drużba w taniec prosi
I porywa jak piórko lekką i panieńską
Panią Zofię Boyową de domo Pareńską. […]

Zosię zapamiętali bywalcy salonu jej rodziców na Wielopolu jako panienkę delikatną, subtelną, marzycielską, zamyśloną, skromną w ubiorze. Krótko mówiąc - jako pełne uroku dziewczę, które jednak w czasie najlepszej zabawy potrafiło zapadać w milczenie i nieokreśloną zadumę. W rozmowach odpowiadała zuchwale i odważnie, ale jednocześnie cechowały ją zniewalający wdzięk, lekkość i powab. Była obiektem westchnień wielu mężczyzn, żeby wspomnieć o najbardziej znanych: Artura Górskiego (twórcy terminu „Młoda Polska”), Adama Rydla (młodszego brata Lucjana), Edwarda Żeleńskiego (młodszy brat Tadeusza). Wszyscy byli dobrymi kandydatami na męża. Jednak żaden z nich nie poślubi Zosi Pareńskiej. Profesorowa zeswatała swoją córkę z bratem Edwarda Żeleńskiego, Tadeuszem, który rozwijał właśnie swoją karierę naukową jako lekarz pod opieką Stanisława Pareńskiego. Ploteczki krakowskie różnie świergotały o intencjach matki, ale faktem niepodważalnym jest, że do ożenku doszło nie bez jej starań. Miłość do tej samej kobiety nie popsuła relacji między braćmi Żeleńskimi. Zosia wybrała Tadeusza, ale w jego bracie znalazła przyjaciela i powiernika.W 1910 roku Edward Żeleński, który był między innymi wielkim miłośnikiem sztuki i literatury, a także archiwistą Zielonego Balonika, popełnił samobójstwo z nie do końca jasnych przyczyn.

zofiaŚlub osiemnastoletniej Zosi z Pareńskich z doktorem nauk medycznych Tadeuszem Żeleńskim odbył się w 1904 roku w krakowskim kościele św. Mikołaja przy ulicy Wesołej. Państwo młodzi w podróż poślubną wybrali się do Zakopanego, a następnie pojechali do Tenczynka. To właśnie w podkrakowskiej willi należącej do familii Pareńskich Wyspiański narysował melancholijny portret smutnej, albo raczej zamyślonej, siedzącej na murku z rozpuszczonymi włosami i będącej w ciąży Zosi. Pojawiały się już wówczas opinie o niezgodności charakterów młodych małżonków, że związek, choć zrodzony z namiętności, już na starcie nie należał do udanych, więc portret Wyspiańskiego można śmiało traktować jako komentarz do tego, jakie rozterki przeżywała Zosia. W arcydramacie włożył w jej usta słowa sugerujące romantyczną i marzycielską naturę, co nie było dalekie od wniosków tych, którzy ją dobrze znali:

Ja, gdybym była losów panią
na przykład taką, wiesz: Fortuną
tobym odarła złote runo
żeby dać wszystko ludziom tanio
żeby się tak nie umęczali
w takiem gonieniu ciężkiem, długiem.

 W Zosi był zakochany na zabój redaktor naczelny „Czasu”, Rudolf Starzewski, co zauważył jego przyjaciel, bystry obserwator, Wyspiański. W Weselu stworzył więc wizerunek flirtującego z nią Dziennikarza, ukazując przede wszystkim jego złożoną, pełną pęknięć osobowość. Po latach, kiedy małżeństwo Zosi przeżywało burzliwe chwile, Dolcio zdobył ukochaną kobietę. Ich romans przypadł na ciężkie lata wojenne i tragedie w rodzinie Pareńskich. Po wojnie Dziennikarz z niepokojem obserwował i odczuwał, że Zosia oddala się coraz bardziej od niego, zwłaszcza po zamieszkaniu u Boyów Witkacego. Rozstanie z muzą bronowickiej chaty przyczyni się, jak mniemano, do samobójczej śmierci Starzewskiego.

Kryzys w małżeństwie Zosi pogłębiały romanse kochliwego Tadeusza Żeleńskiego. Na jego podboje miłosne, jak to wtedy ujmowano, zwracała swoje argusowe oko opinia krakowska, co musiało być dla zdradzanej żony podwójnie bolesne. Wśród obiektów licznych perypetii miłosnych doktora medycyny, cynika i kpiarza Tadeusza Żeleńskiego znalazły się między innymi aktorka Jadwiga Mrozowska oraz późniejsza pisarka i publicystka Irena Krzywicka, z którą łączył go najdłuższy i najmocniejszy związek. O Krzywickiej krążyło wiele złośliwych opinii, między innymi taka, że do literatury weszła „podboyem”. Mimo licznych burz i dramatycznych przeżyć nie doszło do definitywnego rozstania Zosi i Tadeusza; obydwoje starali się utrzymać małżeństwo w harmonii i niejako na nowych zasadach: współpracy, wolności i mówieniu sobie nawzajem otwarcie prawdy. Po wybuchu pierwszej wojny światowej zakiełkowała myśl, aby wszystkie przekłady Tadeusza Żeleńskiego, dotychczasowe i te, które miały się pojawić, zgromadzić pod wspólnym szyldem Biblioteki Boya. Praca nad tym projektem będzie scalać nadszarpnięte małżeństwo. Zosia zostanie dobrym duchem pomysłu: będzie przepisywać teksty na maszynie, redagować i częściowo finansować. Oprócz kłopotów małżeńskich dokuczały jej dolegliwości zdrowotne, które leczyła w stolicy polskich Tatr, a także problemy związane z synem, Stanisławem, którego krnąbrność trudno było jego rodzicom okiełznać. W Zakopanem, coraz bardziej modnym kurorcie i kulturalnym ośrodku, pozna Stanisława Ignacego Witkiewicza, który po czteroletniej nieobecności wrócił właśnie do kraju. Znajomość przerodzi się w płomienny romans. Były wspólne wyjazdy w góry,  rozmowy o gwiazdach i „papojki”, czyli… alkoholowo-narkotykowe orgie. W 1919 roku zamieszkał u Boyów w Krakowie, na ulicy Krupniczej. Zakochana Zosia zdejmuje w domu obrazy Wyspiańskiego, a zawiesza Witkacego, co oburzy wieloletnią kucharkę Boyów i postanowi w ramach protestu odejść, mówiąc: Ja nie będę w takim domu, gdzie się Wyspiańskiego usuwa, a Witkiewicza zawiesza.

Według Karola Estreichera Witkacy i Boy nie przepadali za sobą, ale przez dłuższy okres musieli się nawzajem znosić. Zosia ubóstwiała Witkacego, którego oryginalność, arogancja i bezkompromisowość sprawiały, że był bożyszczem damskich serc. Po przeprowadzce Żeleńskich do Warszawy, gdzie zamieszkali przy ulicy Smolnej (do niedawna siedziby zasłużonego wydawnictwa Iskry, które musiało się przeprowadzić do nowego lokum), w pokoju syna powiesiła duży obraz Witkacego Kalinowe dwory. Natomiast w najładniejszym pokoju, który zajął Tadeusz, znajdował się portret Zosi namalowany przez Wyspiańskiego w Tenczynku. Żeleński lubił ten obraz, tak jak jej wizerunek narysowany słowem w obrosłym mitami arcydramacie. Zresztą Boyowie nawet po przeszło trzydziestu latach bawili się i wzruszali Weselem wystawionym na deskach Teatru Narodowego. W warszawskim domu Boyów odwiedzali między innymi Jerzy Giedroyc, który przekonał się, że Zosia była kobietą  rzeczywiście czarującą, bardzo nieprzeciętną i bardzo inteligentną”, a także Andrzej Kuśniewicz, który zachował o niej podobne zdanie. Gościem na Smolnej, gdzie Zosia próbowała z powodzeniem odtworzyć dawną niezwykłą atmosferę spotkań artystycznej bohemy na Wielopolu (salon Zosi różnił się od krakowskiego tym, że nie było alkoholu), bywał też Witkacy, ale nawiązany w Zakopanem romans powoli dobiegał kresu, gdyż artysta zamierzał się ożenić. Jego wybranką została Jadwiga Unrug, siostrzenica Wojciecha Kossaka. Zosia i Witkacy pozostali jednak bliskimi sobie ludźmi. Dramatopisarz często dawał Zosi do lektury swoje rękopisy, licząc się z jej opiniami.

Po rozstaniu z Witkacym, gdy miała już czterdzieści cztery lata, ale była wciąż piękna, nawiązała romans z Wacławem Czarskim, księgarzem i redaktorem na rynku wydawniczym. Przyjaźniła się z Janiną (Inką) Turowską, w której był zakochany Witkacy. Inka poślubiła jego przyjaciela, Jana Leszczyńskiego. Po wybuchu drugiej wojny światowej nie zaprzestała pracy nad Biblioteką Boya. Wspólnie z mężem starała się żyć jak dawniej, ale wichry Historii wiały niemiłosiernie i już 4 września musieli uciekać z Warszawy, gdyż Tadeusz Żeleński mógł być na niemieckiej liście proskrypcyjnej. Znaleźli się razem w pociągu ewakuacyjnym, ale na jednej ze stacji Zosia i Boy spotkali się po raz ostatni. Trudne do odtworzenia okazały sie szczegóły ich pożegnania. Jakkolwiek Matka moja twierdziła, iż miała okazję zobaczyć jeszcze Ojca w pociągu na jednej ze stacji; nigdy jednak nie udało się nam uzyskać od Matki bliższych informacji; nie lubiła i wręcz nie chciała rozmawiać na ten temat - jak mówił po latach ich syn. Zbyt bolesne i osobiste były wspomnienia, aby chciała do nich wracać i opowiadać.

Po utknięciu we Włodzimierzu Wołyńskim postanowiła wrócić do Warszawy, co jej się w końcu udało nie bez przeszkód. Boy dotarł do Lwowa prawdopodobnie 9 września. Zatrzymał się u Maryny i Jana Greków. Musiał wrócić do praktyki lekarskiej po ponad dwudziestoletniej przerwie.

Losy jednej z muz Wyspiańskiego, Zofii, w trakcie czarnej nocy okupacji Warszawy są bardzo interesujące, a nawet fascynujące i mało do tej pory znane. Monice Śliwińskiej w książce Muzy Młodej Polski, opublikowanej nakładem wydawnictwa Iskry udało się je pieczołowicie zrekonstruować. Jak się dowiadujemy, ukrywała Żydów, nie bacząc nawet na osobiste animozje, które mogły być zrozumiałe w jej przypadku jako zdradzanej żony. W maju 1940 roku na ulicy Smolnej zamieszkała bowiem z nią… kochanka jej męża, Irena Krzywicka, z synem. Nawet dziś ta decyzja Zofii wywołuje konsternację i podziw - jak pisze autorka Muz Młodej Polski. Krzywicka w Wyznaniach gorszycielki wspominała, że szukając ratunku i kwaterunku, zadzwoniła do Zofii: Oboje znaleźliśmy się u Boyowej, szlachetnej i wielkodusznej. W tym samym roku zamieszkała z nią Waleria Sroczyńska, bratanica Boya. Jej córka była łączniczką Armii Krajowej, więc dom Żeleńskich na Krakowskim Przedmieściu służył za punkt kontaktowy. Po aresztowaniu we Lwowie Boya oraz Maryny i Jana Greków Zosia miała przeczucie, że dzieje się coś złego z jej bliskimi. Gdy nie żyli już od dwóch dni, napisała w liście do przyjaciółki: Bardzo też jestem niespokojna o Tadeusza, siostrę i szwagra, zwłaszcza ze mówiono nam o dużych zniszczeniach we Lwowie. Poza tem jesteśmy w świetnych usposobieniach, gdyby nie te niepokoje byłoby wszystko jak najlepiej.

O śmierci męża dowiedziała się dopiero w następnym roku, a o losach siostry i szwagra - jeszcze później. To ona poinformowała Krzywicką o tym, że Tadeusz Żeleński nie żyje. Po samobójstwie Witkacego Zofia wraz z jego przyjacielem, Janem Leszczyńskim, zajęła się ratowaniem spuścizny po oryginalnym dramatopisarzu i malarzu.  Po wybuchu sierpniowego zrywu opuściła mieszkanie na Krakowskim Przedmieściu, nim Niemcy zdążyli je spalić. Ogień strawił wiele cennych rękopisów, listów pisanych do Pareńskich przez Wyspiańskiego, Wojtkiewicza, Przybyszewskiego, Tetmajera, Reymonta, Asnyka, Pawlikowskiego, a także książek, obrazów, pamiątek rodzinnych… W mieszkaniu został też ukochany pies Gapa, który kiedyś przynosił w pysku gazety swojemu panu. W 1944 roku Zofia i jej syn wraz z narzeczoną, Janina Sokołowską, dotarli do Krakowa. Zajęła się nimi wdowa po Stanisławie Żeleńskim, która mieszkała przy al. Krasińskiego 23. Zwana w rodzinie Izią, była prawdopodobnie była pierwszą Polką, która przed wojną przeleciała samolotem nad Alpami.

W Krakowie do Zofii dotarło w całej pełni i grozie, że została sama, że odeszli prawie wszyscy jej bliscy. Z domu jej rodziców (trzydzieści lat po śmierci ojca, wielce zasłużonego dla miasta lekarza-społecznika) ostały się ruiny. Gdy w czasie okupacji udała się z okazji Wszystkich Świętych na Cmentarz Rakowicki, nie przypuszczała, że jej mąż, siostra i szwagier będą mieć tylko symboliczne nagrobki. Nie mogła wtedy wiedzieć, że Niemcy w październiku 1943 roku zatarli ślady po swojej zbrodni ludobójstwa, paląc stos z ponad dwóch tysięcy ciał wykopanych z mogił na Wzgórzach Wuleckich i okolic.

Duch Wesela nigdy Zofii nie opuścił, do końca życia stale powracał do niej. Przebywała w Krakowie, kiedy w 1945 roku do Teatru Słowackiego przyjechała sztuka z Lublina i rozbrzmiewały na jego deskach słowa, które przypisał jej „czwarty wieszcz”. Wiekopomne okazały się niektóre wygłaszane przez nią w arcydramacie narodowym kwestie, m.in. te o zawiedzionych nadziejach i braku szczęścia w życiu:  

Że to tak losy szczęściem gardzą
że tak nie sypią szczęściem w oczy
.

Po wojnie Zofia Boyowa znalazła się w Łodzi. Dzięki staraniom Związku Zawodowego Literatów Polskich dostała lokum w jednej z kamienic oddanych ludziom pióra. Ci, którzy ją poznali w Łodzi, zapamiętali ją jako zmęczoną życiem starszą panią, ale nadal piękną, obdarzoną subtelną urodą. Mocna więź łączyła ją z synem jedynakiem, na co wskazuje korespondencja przytoczona przez Monikę Śliwińską. W listach dojrzałego już mężczyznę nazywała "Maleństwem". W Łodzi jednak nie mieszkała długo. Wróciła do Warszawy i widok zburzonej stolicy musiał być dla niej, tak jak dla wielu innych jej mieszkańców, wstrząsającym przeżyciem. Z dawnego mieszkania Żeleńskich zachowało się tylko parę obrazów Witkacego, które przechował - a może odzyskał - profesor Stanisław Lorentz. Zofia zajęła się wydawaniem przekładów i utworów Boya. Z tej strony dała się poznać jako twarda i nieustępliwa negocjatorka oraz bardzo skryta, strzegąca swojej prywatności osoba. Nigdy się nie zwierzała i trudno było wdowę po Tadeuszu Żeleńskim namówić do wspomnień. Bardzo dbała o pamięć nim i jego spuściznę. Do końca życia była wobec męża lojalna. Boy znalazł w jej sercu i wspomnieniach trwałe miejsce. Muza nadzwyczajnych artystów i żona cenionego pisarza zmarła 13 maja 1956 roku w wieku siedemdziesięciu lat. Na jej życzenie syn pochował ją z jedyną zachowaną pamiątką po Tadeuszu Żeleńskim. Był to nóż do papieru, z którym nigdy się nie rozstawała…

lizaEliza - najbardziej delikatna, wrażliwa i nieszczęśliwa z sióstr

Lizka, jak ją zwano pieszczotliwie, była bardzo słabowitym, wrażliwym i delikatnym dzieckiem. Cicha, skromna, małomówna - wspominał aktor Jerzy Leszczyński. Często dopadały ją różne choroby i dolegliwości. Panowała opinia, że spośród znanych sióstr była najpiękniejsza i najczęściej portretowana, ale trudno to udowodnić, gdyż nie zachowały się jej wizerunki. Przetrwały wyłącznie reprodukcje, a na każdej z nich można zobaczyć różne oblicza Lizki. Jak zapisał w swoich Pamiętnikach Michał Pawlikowski, malował ją między innymi Wyspiański. Dorastała, podobnie jak siostry, w salonie rodziców, a więc w oparach dymu i przy lejącym się obficie alkoholu. Uważnie obserwowała styl bycia gości na Wielopolu i zbierała doświadczenia. Cechowała ją ponadto chorobliwa nieśmiałość, którą rodzice starali się przełamywać, dając dziewczynce dużo swobody. W większym towarzystwie paraliżował ją lęk, który usiłowała tłumić, sięgając już w ósmym roku życia (!) po alkohol, a w wieku szesnastu lat po morfinę, jak przyznała potem lekarzom. Wskutek przeżywanego od najwcześniejszych lat napięcia psychicznego nabawiła się zaburzeń lękowych, które nie opuściły ją już do końca życia. Początkowo uczyła się dobrze, ale w pierwszej połowie 1904 roku zaszła u niej tajemnicza zmiana pod wpływem nie do końca znanych wydarzeń, o czym świadczyły coraz gorsze oceny semestralne.

Gdy skończyła dwadzieścia lat, poznała na Wielopolu młodopolskiego poetę Edwarda Leszczyńskiego i stała się jego muzą. Szukając twórczej podniety, „Leszcz”, jak go zwano, eksperymentował z narkotykami. Pobrali się w tym samym kościele, gdzie wyszły za mąż dwie starsze siostry. Lizka, którą tytułował potem jako Ariadnę, była już nałogową morfinistką, ale ona po używki sięgała z innych powodów. Potrzebowała odprężenia oraz znieczulenia psychicznego i fizycznego. Jednak im większe dawki substancji odurzających brała, tym krótsze było ich euforyczne działanie. Stawała się coraz bardziej rozdrażniona i apatyczna, a ponieważ krakowska bohema poglądy i obyczaje miała liberalne, a dekadentyzm, czyli charakterystyczna postawa wobec filisterskiej moralności, był wtedy modny, nie krępowała się przed sięgnięciem po coś innego.

Małżeństwo Lizy i Edwarda stanowiło przede wszystkim związek dwóch pokrewnych dusz. Łączyły ich te same zainteresowania (obydwoje byli zafascynowani spirytyzmem i okultyzmem), ale to nie przekładało się na relacje uczuciowe. Każde z nich oderwane było od rzeczywistości oraz żyło w świecie swoich fantazji i złudzeń. Delikatny i próbujący żyć baśniowo mąż nie mógł podporą dla równie kruchej i chwiejnej emocjonalnie Lizki. Z upływem czasu stawała się coraz bardziej wylękła i bierna, a co gorsza - jej uzależnienie od morfiny przybrało złowieszcze rozmiary, niszcząc wątły od najwcześniejszych lat organizm. Jednym ze skutków nałogów była utrata dziecka.

Mimo wielu dramatycznych przeżyć potrafiła z dumą i odważnie kroczyć przez życie. Kiedy po raz drugi zaszła w ciążę, nie zgodziła się na jej przerwanie wbrew opiniom lekarzy. W lipcu 1912 roku urodziła w Tenczynku swoje upragnione dziecko. Ze względu na silne dolegliwości psychiczne i uzależnienie od narkotyków cztery lata później wyjedzie na leczenie do kliniki w Davos. W wieku dwudziestu ośmiu lat Lizka sięgała już nie tylko po morfinę, ale także inne środki odurzające, w tym kokainę i alkohol. Kuracja odwykowa potrwała miesiąc i raczej nie przyniosła spektakularnej poprawy.

Niemal w tym samym czasie rodzinę Pareńskich nawiedziła tragedia, gdyż ciężko zachorowała i wkrótce zmarła matka, z którą Lizka jako jedyna z rodzeństwa mieszkała nadal na Wielopolu. Parę lat później wraz dziesięcioletnim synkiem Witkiem opuści rodzinny dom nie bez żalu i tym samym zakończy się pewna epoka nie tylko w jej życiu. Salon Pareńskich, który przeszedł na trwałe do historii Krakowa, pozostanie już tylko we wspomnieniach, a Lizka stopniowo zacznie tracić kontrolę nad sobą i życiem. Do jej licznych dramatycznych doświadczeń dojdą stany depresyjne.

Ponowny wyjazd w 1929 roku na kurację, tym razem do Instytutu Kliniczno-Terapeutycznego w Arlesheim, zaowocował częściową poprawą zdrowia i projektami nowego życia. W czasie trzymiesięcznego pobytu na leczeniu bardzo tęskniła za synem, do którego pisała wzruszające listy. Po powrocie do Krakowa wydarzyło się jednak coś, co zniweczyło snute w Szwajcarii plany, między innym związane ze spieniężeniem majątku. Samobójcza śmierć najmłodszej z muz Wyspiańskiego odbiła się szerokim echem i na trwałe wrosła w legendę Młodej Polski. Przede wszystkim jednak odcisnęła trwałe piętno na synu, Witoldzie Leszczyńskim, dla którego strata matki pozostanie na długi okres bolesną traumą. Nawet gdy był już dorosłym mężczyzną, bardzo przeżywał jej brak, do tego stopnia, że napisał do warszawskiego Muzeum Narodowego, iż chce zabrać Portret Elizy Pareńskiej do domu, by móc, jak to ujął w liście doń skierowanym, przez pewien czas przebywać w atmosferze portretu mojej matki. Po śmierci Elizy Pareńskiej kuzyn Witolda, Jan Leszczyński i jego siostra, opowiadali, jak usłyszeli ponoć w nocy odgłos kroków na korytarzu starego dworu w Tarnowcu - była to noc, kiedy Lizka przyszła do swojego syna...

„Dobrej, rozumnej, miłej towarzyszce pracy…”

Siostry Pareńskie. Śliczne, wykształcone, inteligentne. Trzy niezwykłe losy. Najdłużej z nich żyła Zofia. Poślubiła doktora medycyny, znakomitego pisarza i genialnego tłumacza, który zadedykował jej cykl przekładów z literatury francuskiej: Dobrej, rozumnej, miłej towarzyszce pracy… Godzi się przypomnieć, że topografię Młodej Polski, w której klimacie dorastały Zofia i jej dwie siostry, określiła, jak podkreśla znawca epoki, Artur Hutnikiewicz, „złota legenda” stworzona właśnie przez Tadeusza Żeleńskiego, lokalizując cały niemal polski modernizm w murach Krakowa. Mniej znany jest życiorys Maryny, która w Weselu mówi: jak kto weźmie mnie za żonę, będzie sobie ciepło chwalić (wychodziła za mąż trzykrotnie). Najmłodsza z sióstr pozostała najbardziej tajemniczą, efemeryczną istotą, choć Monice Śliwińskiej udało się odtworzyć wiele faktów z jej tragicznej biografii. Jakaż szkoda, że nikt nie namówił wyjątkowej siostry do spisania wspomnień!

A jednak coś pozostało. Ostał się choćby położony w gaju starych drzew wiejski, biały dworek w Bronowicach, ta „chata rozśpiewana”, w której Stanisław Wyspiański ujrzał dramat narodowy. I cały czas możemy do niej zajrzeć, by w wyobraźni usłyszeć, jak tnie dziarsko kapela, i zobaczyć tańcujące w jej rytmie Marynę i Zosię. Choć jesienią z okien izby weselnej widać chochoły, to jednak od czasu słynnego przyjęcia, tak się cały Kraków „rozweselił”, że, kiedy zawołać na dorożkarza, odpowiada słowami Chochoła: Kto mnie wołał, czego chciał? Bronowice nadal promieniują nie tylko na Kraków, ale i na całą Polskę. Seans widm i melodia słomianej pałuby od czasu do czasu rozgrywają się na naszych oczach w polskim życiu - wielkie marzenia i wielkie obowiązki nierzadko sprowadzają się bowiem w rzeczywistości do pustych słów. A to Polska właśnie!    

 

 

 

Tekst powstał na podstawie książki:

Monika Śliwińska, Muzy Młodej Polski, Iskry, Warszawa 2014.

 

Pozostałe źródła:

Stanisław Wyspiański, Wesele, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Kraków 1973.

Tadeusz Boy Żeleński, Plotka o „Weselu” Wyspiańskiego, Warszawa 1922: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/plotka-o-weselu-wyspianskiego.

Artur Hutnikiewicz, Młoda Polska, WN PWN, Warszawa 1997.

Barbara Wachowicz, Siedziby wielkich Polaków. Od Konopnickiej do Iwaszkiewicza, Świat Książki, Warszawa 2013

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy