Cała prawda o Casanovie? „Zabić Casanovę" Jerzego Żurka

Data: 2026-04-21 14:33:53 | Ten artykuł przeczytasz w 63 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Czy to prawda, że słynny Casanova miał tysiące miłosnych przygód? Być może... Był, jak popularna opinia głosi, uzależniony od seksu? Niekoniecznie... A miał wybitny talent do popadania w tarapaty? Chyba tak…

Pewne jest natomiast, że Giovanni Giacomo Casanova od października 1765 roku do lipca 1766 roku przebywał w Polsce, głównie w Warszawie, gdzie zdążył narobić sobie długów, popaść w niełaskę u króla i odbyć pojedynek na pistolety z samym podstolim wielkim koronnym Branickim. Czyż nie byłoby szkodą dla ludzkości nie opisać jego podbojów, przygód i nie dać mu pobuszować w naszej wyobraźni? Z pewnością!

„Zabić Casanovę" Jerzego Żurka - grafika promująca książkę

Jerzy Żurek z werwą prowadzi czytelniczki i czytelników przez tę wibrującą uczuciami i humorem opowieść. Razem z Casanovą podróżujemy przez pół Polski, brniemy od jednej afery do drugiej, asystujemy mu w ciągłej walce o niezależność i wolność, a często po prostu o życie. Uczucia i dylematy moralne są tu całkiem współczesne. Jest prawdziwa miłość i zwykły ludzki ból, poetyckie rozważania o sztuce życia i mniej anielskie – o meandrach użycia. Ale mamy też pościgi i strzelaniny, szpiegowskie awantury i… dobrze rokujące sadzonki ziemniaków.

Do lektury książki Zabić Casanovę zaprasza Wydawnictwo Lira. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Zabić Casanovę:

CZĘŚĆ I

NA KRAWĘDZI

„Nie ma na świecie człowieka, który wie wszystko. Ale warto dążyć do tego ideału. Choćby udając pawia, robaka czy lisa."

Giacomo Casanova

LOT

Chmury, ciężkie od szarości i wilgoci, rozstąpiły się nagle, jakby rozsunęła się kurtyna w jakimś niebiańskim teatrze. Przed nimi, jak zjawa, jak cudowny fantom pośród oceanu mokrej mgły, stało na nadrzecznej skarpie miasto. Bił od niego niezwykły blask. Białe ściany domów, pałaców i świątyń oraz dachy ka­mienic pokryte świeżą miedzią w świetle zachodzącego słońca dawały prawdziwie nieziemski refleks. A niżej — jak stalowy grzbiet wodnego potwora — sunęła rzeka.

Wszyscy się ożywili, nawet wymizerowany Piter. On sam uniósł się, nie do końca pewien, czy to nie chorobliwy majak ma przed oczami. Przecież przed chwilą w tunelu ołowianych chmur nic tego nie zapowiadało. Nie — widok nie rozpłynął się w powietrzu, trwał nadal spokojnie i pięknie. Giacomo poczuł, że krew zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach. Wasyl dotknął jego ramienia i stęknął, jakby te słowa uwierały go w gardle.

— Panie Casanova! Warszawa!

To była ta Warszawa, którą mu los zapowiedział? To miejsce, którym mu grożono albo w którym obiecywano odmianę losu? Kres jego podróży?

A jej początek? Niech będzie przeklęty. Na zawsze!

Kilka miesięcy wcześniej. Petersburg. Rok 1764. Początek rządów Katarzyny II

Wszystko tu było inne. Nawet ten dźwięk dobiegający z ogrodu brzmiał chyba jak biblijne trąby jerychońskie, a nie świński kwik. Z ogrodu? Porca Madonna! Skoczył na równe nogi. Bosy i prawie goły dopadł drzwi. Nawet rozłożone obok ciało Ta­mary nie mogło go zatrzymać. Tylko chwilę stracił na myśl, co mógłby teraz z jej półśpiącą zgodą zrobić.

Wszystko tu inne, ale ryje takie same. Mięsiste, żarłocz­ne, chętne, by nie tylko ryć w błotnistej ziemi, ale i pożreć wszystko po drodze. A najpierw rozwalić drewnianą furtkę. Świnia była ogromna — jej różowe, zapaćkane błotem cielsko miało w sobie coś nieprzyzwoicie bezczelnego. Chyba dopie­ro węszyła za prawdziwymi przysmakami, bo jego kopczyk ziemniaków był prawie nienaruszony. Ale kiedy się do niego dobierze, to koniec. Paroma kłapnięciami pyska zmiażdży wszystko na pulpę. Rzucił się odganiać bestię, powstrzymać to cielsko i umorusany ryj. Zimne błoto pod stopami. Narzuta, którą się naprędce okrył, zjeżdżała z pleców. Paskudne bydlę. A pójdziesz ty! Wynocha!

Wreszcie udało mu się złapać zwierzaka za ucho, ścisnąć, pociągnąć i nie wypuszczać z ręki. Ale poślizgnął się nagle, stra­cił równowagę i runął między grządki. Wyhamował na rękach i kolanach w mięsistej kałuży. Umazany, utytłany w błocie mógł być teraz godnym przeciwnikiem świńskiej bestii. Rzuci się na niego, jego będzie chciała pożreć. Mało to się słyszało o takich przypadkach! Ale ona wypięła się tylko i zanurzyła ryj w kopcu kartofli. Jego skarby! Jego nadzieja na lepszą przyszłość! Teraz się dopiero wściekł. Na pewno nie! Wziął zamach i palnął z ca­łej siły w ten kołyszący się zad.

— Merde! Szatańskie merde!

Świnia kwiknęła i pognała wreszcie przed siebie, do furtki, na ulicę, do jakiegoś chlewika, z którego się tu wziął ten dia­belski pomiot.

Zerknął w stronę domu. Tamara chyba jeszcze spała. Na szczęście. Miał nieco czasu, żeby zebrać do narzuty trochę kar­tofli, naprawić kopczyk i obłożyć go słomą. A potem postawić jako tako furtkę i ruszyć pod studnię.

Wiele nie zdziałał, bo dziewczyna od razu zmarszczyła nos.

— Dziwnie pachniesz, Giacomo.

— U nas się mówi: śmierdzisz.

— U nas też się tak mówi.

Roześmiała się, ale nie odsunęła. Co mogło być lepszego od jej rozpalonego ciała?

— Miałaś pilnować tych bestii.

— A ty miałeś mnie kochać, Giacomo.

— A co innego robię? Prawie nie spałem. I zmarzłem na sopel.

— Biedaczek.

— Młoda damo. Ja… Nie jestem już młodzieńcem. Dobrze, że z ciebie takie świeżutkie cudo.

— Dużo ich miałeś? Tych cudów? Bo mówią, że dużo.

— Takich jak ty: żadnego.

— Jeszcze uwierzę…

Chciała go wytrzeć, pociągnęła za skraj narzuty. Wysypały się ziemniaki, potoczyły pod stół i pod łóżko. To nie była pora, żeby je zbierać.

— Wiesz, że każdy taki kartofel, „kartoszek”, jak wy to mó­wicie, będzie kiedyś na wagę złota.

Znalazła ręcznik, a zaraz nakryła ich pierzyną.

— A ja?

— Ciebie też ozłocę. Muszę się tylko dostać do cesarzowej.

Te jej żwawe paluszki działały cuda. Próbowały się dobrać do diabła za skórą?

— Możemy jechać. Nawet zaraz.

— Teraz?

Tamara nasunęła się na niego. Poczuł jej piersi na brzuchu. I język niżej.

— Powiedziałam: zaraz.

* * *

Przyjaciółki Tamary, Natasza i Olga, czekały przy rogatkach. Przebierały go w powozie. Miały w płóciennych sakwach wszystko, co trzeba. Damską perukę, trochę zbyt strojną, jak na jego gust, suknię z bufiastymi rękawami, pantofle na płaskim obcasie — sprytnie, bo i tak przewyższał dziewczyny o głowę. No i srebrzysty płaszcz na to wszystko. Dłonie miały szybkie i zdecydowane. I tylko chichotały chwilami zbyt jawnie jak na jego skołatane nerwy.

Przez straże przejechali z hukiem, powoziły dziewczyny. Po­krzykując i śmiejąc się głośno. Kątem oka zobaczył wartownika. Nie było jasne, czy biedaczysko w ogóle żyje, tak był przerażony fanaberiami carskich dam dworu. Wysadziły go przy parkowej altanie. Tam wracał, z niewielką już ich pomocą, do siebie. W tę stronę było szybciej. Peruka, płaszcz, pantofle — ziuuu! Wkrótce był już z powrotem sobą — Giacomem Casanovą czy jak sam czasem wolał: kawalerem de Seingalt. Ulubieńcem dworów całej Europy, towarzyskim pawiem w złocistym kubraku i śnieżnobia­łych pantalonach. Tylko złoty sygnet, wygrany kiedyś w Dreźnie w karty, wcisnął Tamarze do dłoni. Niech go jej przypomina.

Dziewczyny oceniły efekt wspólnych zabiegów, a na koniec pocałowały go wszystkie w usta. Wyglądało to jak jakiś rytuał. Robiły to już wcześniej? Stroiły tak innych?

Tamara, jakby słyszała, co myśli, uściskała go na pożegna­nie. Na mały palec wcisnęła mu swój pierścionek z krwawym kamieniem.

— Uważaj! Wiesz, co o niej mówią.

* * *

Ruszył mniej pewnie, niż chciał, ale te pantofle ze złotymi sprzączkami zawsze utrudniały mu życie. Z manuskryptem, jedynym wartym uwagi owocem pierwszych petersburskich tygodni, z dziełem pełnym własnych i cudzych pomysłów uzdrowienia świata, krążył niespokojnie po alejkach parku. Aż się doczekał — w kobiecie otoczonej paradną oficerską świtą, korowodem pysznych, błyszczących złotem i srebrem kogutów, rozpoznał imperatorową Katarzynę. Była niższa i tęższa, niż się spodziewał. Ale przecież ozdrowicielka świata, władczyni krain i ludów, których prawie nie da się zliczyć, nie musi przy­pominać anioła. Wystarczy, że nim jest.

Kilkunastoosobowy orszak carycy sunął wolno przed siebie. Cel był widoczny. Pod ścianą zieleni zastawione stoły: mięsiwo, wina, wielkie bochny miejscowego chleba, który już zdążył po­lubić. Szeregi służących w poddańczych pozach, kilku grajków z dziwnymi instrumentami. Buchnęła nagle muzyka, głośna, dzika, tancerze ruszyli w gwałtowny pląs.

Gdy zdecydował się podejść i rozpoczął szybki marsz w ich stronę, z orszaku carycy odłączyło się dwóch rosłych mężczyzn. Szli spokojnie naprzeciwko niego, tak zresztą, jakby ich wcale nie interesował. Ale gdy się zrównali z Casanovą, capnęli go pod pachy, unieśli, odwrócili i trochę popychając, a trochę niosąc, powlekli między zarośla.

Cywil w ciemnym płaszczu wysłuchał z rutynowym znu­dzeniem raportu wyższego z mężczyzn, kazał zrewidować Ca­sanovę i machnął lekceważąco ręką. Niech się wynosi czym prędzej. Manuskrypt podarł na cztery części. Żebym cię tu już więcej nie widział. Wszystko.

Akurat! Tak się tylko bęcwałom zdawało. Bo nagle jedna ze strojnie ubranych dam dworu gwizdnęła na palcach jak zwy­kła ulicznica. A dłoń cesarzowej wychyliła się w jego stronę. Dawać go tu!

* * *

I już wkrótce szedł, ba — płynął w powietrzu. Wykąpany, ogo­lony, przejrzany od gardła aż po odbyt, ubrany w mundur ni to huzara, ni kozaka, spryskany paryskimi perfumami.

Amfilada schodów przecinana była wielkimi biało-złotymi drzwiami, które otwierały się przed nim bezszelestnie. Jedne, drugie, trzecie. Wspinał się po stopniach bez wysiłku. Krok pewny, ale luźny, biodra i ramiona pracują swobodnie. Jest dobrze, rewelacyjnie, bosko. To krok zwycięzcy, tryumfatora, kto wie, czy nie pierwszego kochanka imperium.

U góry schodów pojawili się strażnicy, nieruchomi, jar­marcznie wystrojeni, w wielkich złocisto-granatowych czapach, z pałaszami na ramionach. Przed nimi młodziutki służący z tacką kieliszków. Zwolnił kroku. Wódka? A czemuż by nie? Jedną już przecież wypił w łaźni. I dobrze mu zrobiła. Więc i druga nie zaszkodzi. A ci nieruchomi strażnicy? Są może z wosku? Podskoczył i pacnął się dłonią o kostkę. Jak góralscy tancerze w ogrodach. O mało się nie wywrócił. Merde! A oni i tak ani drgnęli. To trzeci kieliszek, dla odzyskania równowagi. I pewniejszego chwytu za klamkę do sypialni carycy.

I zaraz stał przed tą kobietą władającą połową świata. Patrzyła na niego uważnie, skryta za potężnym biurkiem o nogach ze złota. Katarzyna musiała być kiedyś niebrzydka, co prawda w typie, którego nie lubił, choć czasem doświadczał — kobiet o surowych rysach i białym ciele, teraz jednak można było się tylko tego domyślać. W nalanej, jakby spuchniętej twarzy i w tę­giej sylwetce nie dało się znaleźć niczego pociągającego. Pewnie gdyby mógł podejść bliżej, znalazłby i cień zarostu nad jej górną wargą. Ale nie podchodził. Jedno jej spojrzenie osadziło go w miejscu. Takie spojrzenie mogło zabijać. I pewnie zabijało.

— I co pan powiesz?

Smak wódki zatkał mu na chwilę gardło. O sekundę za długo z tym walczył.

— No?

Jej głos nie był już tak dobrotliwy. Trzeba się spieszyć.

— Blask najjaśniejszej pani…

Przerwała mu gestem. Sam pojął, że nie tędy droga. Różne rzeczy mówią o tej wszechwładnej kobiecie, ale nie to, że jest głupia. Wszystko, co najgorsze — tak, ale nie, że głupia. Zresztą czy jej podłość, wyuzdanie i okrucieństwo byłyby czymś nad­zwyczajnym na tym świecie? O ile to wszystko prawda. On sam, doświadczywszy wiele razy obmowy, był dość ostrożny. No bo czy znalazłaby się kobieta tak szeroka w swej kobiecości, żeby przyjąć w siebie męskość byka? Albo całego, najmniejsze­go choćby liliputa, z głową, rękami i nogami? Czy o nim nie opowiadano podobnych bajduł? Że dziewice napoczyna tylko językiem albo że ma dębową protezę zamiast fujary. Bzdury, wierutne bzdury.

— Jestem poetą i filozofem. Pracuję nad traktatem o sposo­bach rządzenia. Dlatego przybyłem do tego pięknego kraju…

— Dzikusów i ludożerców. Tak pewnie o nas myślicie. Tam u was.

— Do kraju ciekawych ludzi. Rządzonych przez światłą władczynię.

Popatrzyła z rozbawieniem, ale chyba z takim, którego po­winien się zacząć bać.

— A skąd pan wie, panie filozofie, że nie kapryśną, okrutną albo, co gorsze, nieudolną?

— Od pewnego filozofa, bardzo w pani rozmiłowanego.

Trafił. Widział to w jej oczach.

— Zna pan Woltera?

— Mam ten zaszczyt. I wiem, że nie obce są pani nowoczesne poglądy na świat.

— Nowoczesne poglądy? A cóż to za bestie?

— Na przykład idea zjednoczonej Europy.

— CO?

Błysnęło światło pioruna za oknem czy tylko mu się zda­wało? Już nie było kpiącego cienia w jej spojrzeniu. Stal, pięść, mrok. Tak, to była imperatorowa Wszechrosji, żelazna Katarzy­na. Musiał być ostrożny. I mądrzejszy od samego siebie. Prze­cież nie dla tych bzdur o bykach, liliputach i pułkach gwardii złożonych z jej jednonocnych kochanków przyjechał tu, do Petersburga. Miał… ma ambitniejsze plany. Stał jak przed są­dowym trybunałem i zamierającym ze zdenerwowania głosem wygłaszał swoją tyradę o przyszłości świata, o zjednoczeniu Europy pod wodzą najświatlejszych monarchów, o organizacji ludów zjednoczonych, która scali, co rozbite, i połączy, co bez powodu rozłączone.

Mówił to i coraz wyraźniej czuł, że jego cudaczny mundur jest już przyodziewkiem błazna, a paryskie perfumy to nic innego jak odór kurewskiego stanu. I jeszcze ten gęstniejący chichot pod językiem.

Rozbrojenie to problem najważniejszy. Gdy ograniczy się wojsko do niewielkich rozmiarów, nikt na nikogo nie będzie napadał, a pokój, cóż, tyleż jest potrzebny ludziom, co miły… chciał powiedzieć — Bogu, ale poprawił się, ma przecież do czynienia z czytelniczką Woltera: właściwy Naturze.

— Narody mogą razem pracować dla wspólnego dobra. W pokoju. Bez granic. Bez broni.

— Jakże tak bez broni?

— Może nie od razu. Kiedyś…

Tonął. Niech diabli porwą jego idiotyczne pomysły, Woltera i tę tłustą żmiję, która spojrzała na niego znowu jak na wróbla wpuszczonego do jej klatki. Świat zabujał mu przed oczami. Ta piekielna wódka. Rzygnie zaraz i tyle będzie jego sukcesów dzisiaj.

— Ale ja lubię broń. Strzelby, bagnety, szpady. Wszystko, co dźga, kłuje, rozrywa. A armaty to po prostu kocham. I po toś się pan tu do nas fatygował?

— Ja… mam jeszcze kilka propozycji.

— Pięćdziesiąt tysięcy wystarczy na początek?

Głos miała zdumiewająco łagodny. Czego pięćdziesiąt ty­sięcy? Dukatów, franków, kijów na grzbiet? I za co chce go to wąsate babsko nagradzać czy karać?

Caryca wyjęła ręce spod stołu, wąski nożyk zalśnił między jej palcami, w drugiej dłoni trzymała jabłko.

— Dobrze. Niech będzie siedemdziesiąt tysięcy. Siedemdzie­siąt tysięcy żołnierzy mniej w Europie. Ale w zamian za gwa­rancje od twoich mocodawców, że Turcja zostawi nas w spokoju na kilka lat. Pięć, powiedzmy.

— Pięć lat — powtórzył, nie bardzo wiedząc, o czym mówi. Jaka Turcja, jacy mocodawcy?

— Wystarczy. Później my się zatroszczymy o spokój Tur­ków.

Bierze go za kogoś innego albo kpi sobie w żywe oczy.

— To bardzo chwalebne — zaczął ostrożnie, walcząc ze swym chrypiącym nagle głosem, ale zanim pozostałe słowa uwięzły mu w gardle, caryca lekceważąco machnęła dłonią.

— Ani trochę. Użyjemy tych żołnierzy w Azji. Mamy tam jeszcze trochę wrogów.

Wstała nagle, jakby uznawszy tę część rozmowy za zakoń­czoną. Była podobna do mebla stojącego za nią w rogu poko­ju — błyszczącej złoceniami, ciężko się trzymającej na szeroko rozstawionych nogach szafy. Pół świata we władzy szafy.

Nożyk, ciągle błyszczący w jej dłoni, to był nożyk do prze­cinania listów. List od Woltera? Kto wie. Mógł się od kogoś dowiedzieć, co się dzieje, i napisać do niej w obronie swojego przyjaciela. Szafa ruszyła z miejsca, aż zatrzęsły się wszystkie wypukłości, zakamarki i złocenia. Nie wyglądała wcale nie­zgrabnie w tym ruchu, ciężar, który niosła, był sprężysty, nogi silne. Znowu nie wiedział, czego się spodziewać. Dotknęła go ostrzem nożyka w pierś.

— A tak między nami, panie Casanova, nie zdaje się panu i pana przyjaciołom, że natura naprawdę uznaje tylko walkę? Wy, masoni, tego nie widzicie czy nie chcecie widzieć? Liczy się przemoc, krew, gruchotanie kości. Nie mam racji?

Chciał się skłonić z jakimś nieobowiązującym frazesem, jako mason mógł sobie pozwolić na tajemniczość, ale nożyk merdający w jej ręce i chrapliwy głos kazały mu znieruchomieć. Pęcherz, żeby tylko nie odezwał się pęcherz. Dłoń Katarzy­ny, jej palce, paluchy obciążone pierścieniami, dłoń, na której skinienie czekają miliony ludzi — od tych tam, za drzwiami, gotowych go wynieść na rękach albo zakatrupić, aż po korono­wane głowy w całej Europie — spoczęła na jego piersi. Pyknęły guziki, jeden, drugi, ostrze przejechało po skórze. Nie poruszył się. Wiedział, że nie ma prawa.

— Krew — przytknęła mocniej dłoń — pot. — Przyciągnęła go drugą ręką. — Ślina.

Czknął nagle głośno, jakby najgorszy wróg próbował go teraz pogrążyć.

— Upił się kawaler? Mam pognać na Sybir?

Ten drugi nie zamierzał ustępować, a co? Co mu teraz zo­stało?

— Sybir? Nasz przyjaciel Wolter uważa, że nic takiego nie istnieje.

— Mówią, żeś szpieg, panie Casanova. Ale że niezły kocha­nek. To dość gadania.

Pociągnęła go w stronę szerokiego, puchatego od jedwabi łoża, zagarnęła na siebie. A więc wszystko, co o niej szeptali, mówili, krzyczeli, to prawda. Szafa, rozpustna szafa. Będzie pieprzył rozpustną szafę.

Ale broń odmawiała mu posłuszeństwa. Kobieta leżała przed nim rozpostarta na bufiastej sukni, nie skrywając niczego, a on jak pierwszy lepszy młodzik nie potrafił zabrać się do dzieła. A przecież musiał. Inaczej koniec z nim, koniec.

Gorączkowo próbował przypomnieć sobie coś podniecają­cego. Najsłodsze usta z ruchliwym języczkiem Pauline, spręży­nująca cipka Binettii, wirujący tyłek i gardłowy śmiech dziewki z Hamburga — to wszystko było za mało, żeby odwrócić jego uwagę od nieforemnego brzucha i szczeciny pokrywającej to, w co wdzierać się nie miał czym.

Wezwał jeszcze na pomoc dwie Chinki pieszczące się z nim w łaźni, pewien zapach, którym parowały, ich krzyki rozko­szy. Ale zamiast gołych brzuszków Chinek widział zarośnięte zbocze, zamiast zapachu młodych ciał czuł jej nieświeży od­dech, a zamiast śpiewu miłości słyszał coraz głośniejszy i coraz groźniejszy krzyk.

— Nu? Ty co?

Pociągnęła go na siebie jeszcze raz, próbowała okraczyć nogami, kopiąc przy tym i poszturchując. I te piersi, płaskie, sflaczałe, z suchym wąwozem pośrodku. Nic już nie pomagało. Dyndas pozostawał dalej dyndasem, nie maczugą, i ciągle bliżej był spełnienia potrzeb pęcherza niż cesarzowej Wszechrusi. Do diabła, z prawdziwą szafą miałby mniejszy problem. Nic, klapa, powszechne rozbrojenie zamiast wojny.

— Ja zaraz… — wybełkotał w jakimś nieznanym pierwot­nym języku, wyrwał rękę spod jej ciężkiego zadu, złapał, ścisnął, pomiętosił.

Szybko jakieś przypomnienie! Ta wredna Charpillion nabita z tyłu na jakiegoś chłystka, uśmiechnięta do niego, niewinnie i czule; bezwolna Angielka, którą wygrał na jedną noc w karty od czekającego za drzwiami narzeczonego; garbus z wielką męskością w drezdeńskim kabarecie. Coś, może jakaś nadzieja, cień nadziei, no! Niech tylko ten flakowaty dureń podniesie łeb i ruszy przed siebie. Wymłóci babę, aż ją będą musieli wynosić. A potem nie daruje i szafie, choćby nie wiem, ile miała szuflad.

Wszystko na nic. Cudu nie będzie. Koniec. Z nim i z całym światem. Nie zjedna jej dla europejskiej wspólnoty ani dla rozbrojenia. Przeciwnie! Będą się tu teraz zbroić na potęgę. I jedni, i drudzy, i trzeci. Nowi żołnierze, nowe bronie, nowe wojny. Już ona o to zadba. Wzgardzone kobiety są straszne, a któraż z tych dotychczas wzgardzonych ma choćby cząstkę władzy tego babska. Zgubi, postawi pod bronią cały świat. I to przez co? Przez jego przedwczesne rozbrojenie.

— Mam jeszcze projekt loterii francuskiej. To same zyski…

Podniósł się nie bez trudu, a wtedy leżąca pod nim kobie­ta — już nie cesarzowa, a zniecierpliwiona baba — sięgnęła szerokim, gospodarskim gestem pomiędzy jego nogi. Sekundę później wiedział, że to nie była pieszczota, ale badanie.

Pulchna dłoń stwardniała nagle w cęgi, mordercze kleszcze gotowe miażdżyć, rwać, psom rzucać na pożarcie. Ból zgiął go wpół jednym paraliżującym błyskiem. Niczego nie czuł i nie rozumiał. Już na podłodze dopadł go jej głos.

— Won! Won!

Dwóch potężnych sługów pojawiło się w drzwiach. Nie byli pewni, czy nie skatować go na miejscu. Ale z łoża dobiegł ści­szony nagle głos cesarzowej:

— Spokojnie. Może nam się jeszcze przydać.

* * *

Gdyby nie Tamara, próbowałby uciec od razu. No owszem, wałęsały się koło domu jakieś mętne typy o gębach morderców. Ale od czego były noce, ciemne zaułki, powozy z zasłoniętymi oknami? I jego wenecki rodowód.

Gdyby nie Tamara… Miał ją właśnie pod sobą, tę wspa­niałą dziewczynę o śpiewnym imieniu, którego nie potrafił wypowiedzieć bez śmiechu, i o jasnej, jakby przezroczystej skórze, trzymał ją nagą w objęciach i czuł, jak paznokcie ko­chanki żłobią mu plecy w rytm gwałtownych poruszeń bioder. Nie chciał, żeby się rozbierała, wolałby powoli wyłuskiwać jej podniecające tajemnice z szeleszczących sukien, zrobiła to jed­nak sama z szybkością, która nieco go zdziwiła u uznawanych za oziębłe kobiet północnej rasy. Uznał to za hołd dla swoich uroków. To jego zdobycz, kolejna ofiara wyrafinowanych za­lotów sprawdzonych w sypialniach całej Europy, ale w końcu także przyjazna ludzka istota, ofiarowująca mu ciepło i tkliwość w tym kraju chłodu i podejrzliwości. Był jej za to po ludzku i po męsku wdzięczny.

Coś upadło za drzwiami, raz, drugi. Dziewczyna szarpnęła się niespokojnie, ale on, bliski już spełnienia, niczego nie słyszał i nie czuł, jeszcze chwila i wystrzeli ognisty pocisk do swej szczęśliwej gwiazdy. Był gotów, gdy drzwi pękły z trzaskiem i do pokoju wpadło światło, a z nim chłód i ludzie, gromada ludzi. Tamara umknęła spod niego, jak kocica spadła za łóżko, zostawiając go nagiego, wypiętego w stronę niebezpieczeństwa, tryskającego w skołtunioną pościel. Był jeszcze zwierzęciem — zanim ostrze dotknęło karku, zanim zatrzeszczały zadarte do tyłu włosy i oczy oślepły od przystawionej do twarzy pochodni — na czworakach runął w stronę okna. Szarpnął zasłonę i bez zastanowienia sko­czył. Szyba rozprysła się na tysiąc krwawych cętek, wyleciał na taras i zaraz, czując, że walczy o życie, rzucił się do ucieczki.

Balkonowy krużganek wokół domu, kolczaste krzewy, żwi­rowana alejka, potem brukowana droga, jakieś ciemne kształty zabudowań. Najpierw nie czuł chłodu ani bólu stóp młócących zmarzniętą ziemię z taką samą zawziętością, co przed chwilą jego dziarska męskość gorący brzuch tej dziewczyny o jasnej skórze. Nie słyszał pogoni, niczego nie słyszał prócz łomotu krwi w skroniach i coraz głośniejszego oddechu. Daleko nie ucieknie okryty tylko w strzęp zasłony. Musi się gdzieś ukryć, przeczekać, wywiedzieć, co się stało. Zazdrosny mąż czy ko­chanek? Skąd u Tamary?

Przeskoczył jakieś ogrodzenie, jedno, drugie, potem, zatrzy­mywany i obracany przez zwarzone chłodem gałęzie, przedarł się przez żywopłot. Biegł między rzędami kłujących krzewów, z bolesnym żwirem pod stopami, nie musząc już wybierać kierunku ucieczki, coraz mniej ufny w jej szczęśliwy koniec. Po­derwał się jeszcze raz, kiedy zobaczył dom, światło w oknach, jakieś postacie przy uchylonych balkonowych drzwiach. Już miał na języku: „Jestem Giacomo Casanova, niech was nie zwiedzie strój i okoliczności, kawaler szlachetnego rodu”, gdy, jakby czekając na tę okazję, na tę chwilę powrotu do przytom­ności, powiew mrozu zatkał mu usta kaszlem.

Potoczył się do przodu, poczuł ból pod stopami. Skąd tu rozbite szkło? Bez zastanowienia poleciał do światła, do ciepła, do ludzi. Pomogą mu, muszą mu pomóc. Uciec, a może nawet wyjaśnić wszystko. Nie zrobił przecież niczego złego, u dia­bła! Ocknął się na środku pokoju, dygocąc teraz nie z zimna, a z przerażenia. Co za makabryczny sen we śnie strasznym, koszmar w koszmarze. Odwracały się do niego twarze tych, przed którymi uciekał, odsłaniały jedna po drugiej swą wście­kłość i pogardliwy tryumf gęb mundurowych i przewodzącego im cywila, a wreszcie zza zasłony czesanych włosów spojrzała kochanka o śpiewnym imieniu i jasnej skórze. Jego Tamara! Piekło!

— Jestem szlachcicem, panowie — wychrypiał w złowróżb­nej ciszy. — Nie pozwolę się tak traktować.

Zaskrzypiały najpierw buty cywila, krępy blondyn o wyłu­piastych oczach podszedł bliżej.

— Nie jesteś szlachcicem, panie Casanova — obnażona sza­bla błysnęła w jego ręku — jesteś psem.

Blondas błyskawicznym ruchem zerwał resztki zasłony. Ca­sanova chciał się rzucić na tamtego z gołymi rękami, gołymi nogami, gołą piersią i gardłem gołym, ale zamarł na widok ostrza wycelowanego w podbrzusze.

— Wściekłym psem, któremu trzeba uciąć jaja.

* * *

Powlekli go ze sobą, w kapturze na głowie, skutego niczym jakiegoś mordercę, wrzucili do celi jak worek śmieci. Gdzieś poza miastem chyba, bo żadne dźwięki nie dochodziły tu zza murów. Cela była nieduża, wysoka, z okienkiem u sufitu. Prycza i kilka kroków. Do wiadra w kącie. Nikt go nie odwiedzał. Nikt się do niego nie odzywał. Miska z kapustą raz dziennie musiała mu wystarczyć za towarzystwo. Miał tu czekać na jakieś tajne wyroki. A może po prostu na kata?

Rozległo się bicie dzwonów i krzyk ptactwa spłoszonego nagłym hałasem. Dwunasta. Świat powrócił boleśnie realny — wyszczerbiony kubek, palce porosłe brudem, liszaje wilgoci na ścianach i podłodze, zetlała kupka słomy w kącie, zasłana strzępem zasłony, którym okrył się w czasie ucieczki — to był teraz jego świat.

Jak długo go tu trzymają?

* * *

Który już dzień słyszy dzwony i przeraźliwy wroni wrzask? Nie pamięta, nie wie. Ten kudłaty mnich, pojawiający się w drzwiach celi jak zjawa, mógłby mu to pewnie powiedzieć, ale milczy jak zaklęty. Tydzień? Dwa tygodnie? Był nieprzy­tomny z zimna i głodu, stracił poczucie czasu. Wepchnęli go tu prawie nagiego i zaryglowali drzwi. Tyle pamiętał. Poznał każdy załomek swego ciała, każdy kawałek skóry, kiedy kulił się, szukając w sobie ratunku przed mrozem spełzającym w nocy ze ścian. Nikt do niego nie zaglądał, prócz ponurego mni­cha, który przynosił mu czasem — raz o świcie, raz o zmroku, jakby według rytuału jakiegoś tajemniczego i morderczego postu — kawałek chleba, śmierdzącą zupę czy kubek wody. Zapomnieli o nim, myślał chwilami ze strachem, zostawią go tu aż do śmierci. Aż tu któregoś razu zamiast wody czy zupy była ta ich śmierdząca wódka. Wypił, zanim to pojął.

No — wypuszczą go teraz na pewno! Wypuszczą i przepro­szą. Wypłacą odszkodowanie. Żadne pieniądze nie odwrócą tego, co przeżył, więc nie będzie skromny. Caryca jest zresztą hojna, wszyscy to mówią, niech tylko sprawa do niej dotrze, a dotrze, już on się o to postara, lepiej niż za pierwszym razem.

Ale jeśli…

Kubek potoczył się po podłodze. A jeżeli to zapowiedź cze­goś zupełnie innego? Czegoś najstraszniejszego w świecie?! Słyszał, że przed tym daje się tu skazańcom wódkę. Przed eg­zekucją! Schwycił mnicha za rękaw habitu, tam w środku były jakieś ciepłe gałgany. To odkrycie nagle go rozwścieczyło.

Miał przed sobą jednego z tych, którzy zgotowali mu taki parszywy los, łotra, oprawcę, kata. Podniósł się na kolana.— Jakiego ty masz Boga w sercu — wychrypiał. — Czemu, łotrze, nic nie mówisz? Co ze mną zrobicie?

Mnich łagodnie położył dłoń na jego głowie, potem otworzył usta i wydał z siebie cichy skowyt. Zamiast języka miał ciemny, jakby porośnięty pleśnią kikut.

* * *

Śledczych było dwóch. Młodszy i starszy, tyle zauważył naj­pierw. I zakrywający całą podłogę czerwony dywan. Oszołomił go przepych gabinetu, do którego go wprowadzono. To już nie była surowa cela ani śmierdzący korytarz.

Ten dywan jak ogromna kałuża zakrzepłej krwi. Zadrżał na to porównanie, ale natychmiast pomyślał, że przecież wła­śnie o to im chodzi. Szyderstwem było wzywać go tu, wieźć przez całe miasto do tej eleganckiej sali, brudnego, głodnego, w podartym ubraniu. Zawsze dbał o strój i choć wiedział, że to nienajmądrzejszy powód, znienawidził tych dwóch siedzących za stołem oficerów — najpierw za butwiejące od wilgoci łachy, w których kazali mu tu przyjść. Ręce miał skute na plecach, więc nawet ogarnąć się nie mógł.

— Jestem poetą i filozofem — zaczął, przekrzykując swój własny, skarlały nagle głos.

Jednak swoje osiągnęli, bał się, naprawdę się bał. Jeszcze raz.

— Jestem… Żądam widzenia z konsulem Wenecji.

— Zamknij gębę, nikt cię na razie o nic nie pyta.

Młodszy oficer, o brutalnej, poznaczonej śladami ospy twa­rzy, wychylił się z krzesła.

— Zrozumiano?

Starszy, durnowaty na pierwszy rzut oka i poczciwy, uciszył go ruchem dłoni.

— Panowie, spokojnie. Wszystko możemy omówić spokoj­nie. Przede wszystkim pozwoli pan, że się przedstawimy. Jestem pułkownik Astafow, a to kapitan Kuc. No a pan?

— Ja?

— Może i pan nam się przedstawi.

Czuł, że to ukartowana gra, kpiny z niego maskowane po­zorną grzecznością, ale też spokojna twarz Astafowa obudziła w nim jakąś niejasną nadzieję.

— To jakaś potworna pomyłka. Poskarżę się najjaśniejszej imperatorowej.

Kuc, gdyby mógł, zabiłby go od razu, Astafow uśmiechnął się tylko.

— Nie wiem, czy będzie okazja. Na razie jest pan oskarżony o obrazę czci najjaśniejszej imperatorowej, bo tak się u nas kwalifikuje gwałt na damie dworu.

— To kłamstwo. Absurdalne kłamstwo. Ja nigdy nie posu­nąłbym się do gwałtu. Kocham kobiety i mam powody sądzić, że z wzajemnością.

— Są jeszcze inne zarzuty. — Astafow udawał, że zagląda do papierów leżących na biurku. — Włamanie, opór wobec przedstawicieli władzy.

— To ja zostałem napadnięty.

— Przygotowywanie zamachów politycznych.

Musi się opanować, musi. Chcą go przecież wyprowadzić z równowagi tą porcją absurdu. Spokojnie, jak najspokojniej.

— Nieprawda.

Spod maski dobroci błysnęło nagle wilcze oko. Astafow zerknął badawczo, jakby zastanawiał się przez chwilę, jaką taktykę przyjąć, wrócił jednak do poprzedniej poczciwości.

— A czy ja mówię, że prawda? Po to tu jesteśmy, żeby wszyst­kie sprawy wyjaśnić. Ale samym „nie, nie, nie” też do niczego nie dojdziemy. Tak?

— Tak.

— No widzi pan. Jednym „da” może pan nas bardziej prze­konać niż tysiącem „niet”.

Pułkownik Astafow podniósł się żwawo jak na swoją tuszę.

— Zostawiam teraz panów samych. Nie jest pan, niestety, jedynym naszym kłopotem, panie Casanova.

Kapitan Kuc nie odzywał się przez jakiś czas. Jakby czekał, aż cień zwierzchnika zniknie stąd na dobre. Potem rozparł się wygodnie w fotelu, podłubał paznokciem w zębach, odsunął na bok papiery.

— Pokaż no tego swojego gwałciciela. Zeznają, to jest opo­wiadają o nim cuda.

Przy drzwiach pojawiło się dwóch rosłych żołnierzy. Będą bić?

— To niegodne. Na honor.

Kuc zaśmiał się szyderczo.

— Wyjmuj. Na honor.

Jakby teraz dopiero zauważył, że Casanova jest skuty, przy­wołał żołnierzy krótkim gestem, jak się przywołuje dobrze wytresowane psy. Jeden złapał Casanovę wpół, drugi zaczął mu ściągać spodnie. Nie znał słów pasujących do tej sytuacji, musiał więc użyć ich własnych. Bluznął przekleństwami, któ­rych nie rozumiał, a którymi łajali go zwykle strażnicy. Kapitan Kuc poderwał się z krzesła.

— Ty, uważaj.

Podszedł bliżej, chuchnął na Casanovę nieświeżym odde­chem.

— A o mamusi to możemy razem porozmawiać, ale o twojej.

— Jej imperatorska mość…

— Milczeć!

— …dowie się o wszystkim!

Oficer, uspokojony, że nie chodzi o obrazę majestatu, uśmiechnął się drwiąco.

— Nie wyobrażaj sobie za dużo. Nie jesteś znowu żadną znakomitością. A może jesteś?

Sołdat gmerający mu przy spodniach szarpnął ostatecznie: co miało spaść, spadło, co się miało pokazać, pokazało. Kapitan zasępił się nieco.

— Może i jesteś. Puśćcie go.

Żołnierze odskoczyli niezgrabnie, potykając się o dywan, i zostawili go tak ze spuszczonymi gaciami i skutymi rękami. Kuc odzyskał pewność siebie, wrócił za biurko.

— A wiesz ty, co my możemy zrobić z taką znakomitością? I z takim czymś?

Wyszarpnął z biurka szufladę.

— Widzisz to?

To wariat, pomyślał Casanova z rozpaczą. Jestem w rękach wariata.

— Szuflada. Zwykła na pozór szuflada. My tu nie mamy wielkiego pola do popisu. Góry, jak to mawiają, niskie, morze płytkie, żonki takie sobie, a forsy zawsze mało. Ale wystar­czy się rozejrzeć i zawsze można coś ulepszyć. Choćby taką szufladę. Niby zwyczajną. Ale widzisz, można do niej włożyć coś zupełnie niezwyczajnego.

Zatrzasnął nagle szufladę. Casanova zgiął się wpół jak spa­raliżowany prawdziwym bólem. Łotry śmierdzące, co tu chcą z nim zrobić?

— Rozumiesz teraz? Lepiej, żebyś zrozumiał.

Zabiję go, pomyślał Casanova, niech mi tylko uwolnią ręce. Zaduszę drania, rozwalę mu łeb krzesłem. Knur wykastrowany, dziobaty dureń, glista niewarta roztarcia obcasem.

— Co mam zrobić? — powiedział cicho.

Kuc z zadowoleniem klapnął na krzesło.

— Tak już lepiej. Ale od pytań to jesteśmy my.

Śledczy przypatrzył się z satysfakcją upokorzeniu Casanovy i nagle warknął na żołnierzy.

— Co wy, kurwa, myślicie, że służycie w burdelu? Dopro­wadzić mi go do porządku. Już.

Łapy, brudne, śmierdzące machorką i karabinowym sma­rem, wyciągnęły się w jego stronę. Kuc nie czekał, aż skończą.

— Nazwisko?

Ten rytuał znał już dobrze, wolał go od innych, przynajmniej mógł mówić prawdę.

— Giacomo Casanova.

— Dalej!

— Urodzony w Wenecji, drugiego kwietnia tysiąc siedem­set dwudziestego piątego roku, z ojca Kajetana Józefa Jakuba i matki Żanetty Farusi.

— Dalej!

— Jestem poetą i filozofem.

— Tak? Poeta i filozof, a tyle ma na sumieniu. O ile, oczy­wiście, w ogóle ma coś takiego jak sumienie.

Ty go nie masz na pewno, pomyślał bez satysfakcji.

— Ja z tą damą znam się od pewnego czasu.

— Jaka znowu damą?

— Tą, u której mnie porwano.

— Nazwisko?

— Tamara Andriejewna.

Kuc walnął otwartą dłonią w biurko.

— Twoje nazwisko, durniu.

— Casanova. Giacomo.

Co prawda znał ten rytuał, weneccy śledczy też stosowali go z upodobaniem. Ale grudka piekącego wstydu i tak zaczęła podchodzić pod gardło.

— Kto cię tu przysłał?

— Nikt. Podróżuję dla przyjemności i dla nauki.

— Łżesz. Jesteś pruskim i francuskim szpiegiem.

Nie odezwał się, złamał chyba reguły tej nierównej gry, bo Kuc podniósł na niego swoje krowie, niepasujące do ponurej gęby oczy.

— Odpowiadać!

— Nie jestem niczyim szpiegiem. Jestem poetą i filozofem. Zajmuję się też matematyką i astronomią, a także rozlicznymi praktycznymi interesami.

— Zatrzymano cię wcześniej, jak się kręciłeś po pałacowym parku. Jaki to praktyczny interes cię tam sprowadzał?

Jak przed chwilą zlodowaciał, tak teraz błyskawicznie odta­jał. Więc o to im chodzi? Zbyt zawzięcie zabiegał o audiencję u carycy? Ale po tylu tygodniach niepowodzeń każdy by się wściekł i spróbował wszystkiego. Przy pomocy Tamary, jego słodkiej Tamary.

Teraz chyba tak łatwo nie pójdzie. Sterta papierzysk czekała na swoją kolej. Kuc udawał, że do nich zagląda.

— Co my tu jeszcze mamy? A tak: planowanie ucieczki z więzienia i oczywiście próba ucieczki.

— Nie wiem, o czym pan mówi.

— Nie myślałeś o ucieczce?

— Pan by nie myślał?

— Ja? Boże, broń! — Kuc zaśmiał się głośno, zaraz jednak spoważniał. Nowy odcień chytrości pojawił się na jego twa­rzy. — My, widzi pan, panie Casanova, czy jak tam się pan naprawdę nazywa, traktujemy człowieka całościowo, nie od­dzielamy jego myśli od czynów. Nieprawomyślne myśli tak samo więc zasługują na karę, co ich zbrodnicze konsekwencje. Rozumiemy się?

— Nie.

— Szkoda. Będę musiał powtórzyć. Myśl o ucieczce, do której się pan w istocie przyznał…

— Nie przyznaję się do niczego.

Postąpił krok do przodu, czujni żołnierze skoczyli w jego stronę, ale Kuc powstrzymał ich ruchem ręki.

— Myśl o ucieczce jest de facto próbą ucieczki. A to już poważna rzecz.

— Żądam widzenia z konsulem mojego kraju.

Chciał to powiedzieć dobitnie. Zabrzmiało prawie żałośnie. Kuc już nie krył wściekłości.

— Nie powtarzaj się. Konsula mu dajcie. Może, żeby ci przy­pomniał, że jak szczur zwiałeś z weneckiego więzienia? I że do tej pory cię ścigają? — Kapitan Kuc opanował się szybko. — A zresztą, przypuśćmy, że ma go pan przed sobą.

Giacomo odwrócił wzrok. Błazen. Nie wart nawet spojrzenia.

— Co, takie to niemożliwe? A jeśli któregoś dnia pański dumny, ale ostatecznie dość mały kraj stanie się z Bożą i ludz­ką pomocą naszym krajem. Tak trudno to sobie wyobrazić? Rosja to wielka sprawa. Wielkie ambicje, jeszcze większe pla­ny. Wtedy… kto wie? Może zasłużę na tytuł konsula. Twojego konsula.

— Nie godzi się żartować w ten sposób.

— Przyznasz, że musiałbym wówczas spojrzeć na ciebie mniej pobłażliwie.

Milczeć, nie odpowiadać. Ale słowa same wylatywały z ust.

— I tak postępować w cywilizowanym świecie.

Kuc wstał niespiesznie, przeszedł się kilka kroków, otaksował go jeszcze raz wzrokiem.

— Ano właśnie, ten wasz cywilizowany świat. Poczciwe rzymskie komunały. Człowiek, pojedynczy człowiek, to jest nic, zero, śmieć. Palec, którym możesz najwyżej podłubać w nosie. A z pięciu takich palców, widzisz, co masz?

Przystawił Casanovie zwiniętą dłoń do twarzy.

— Piącha, ot co! Ludzką masę trzeba ugniatać w takie pię­ści. Miliony pięści. To dopiero będzie prawdziwa cywilizacja. Nasza, ruska. Przez siłę, bratku, nie przez rzymskie brednie. A jak ty właściwie uciekłeś?

Nie miał już siły udawać, był bliski załamania. Jak wtedy, w Wenecji, gdy nie mógł wytrzymać samotności. Ale wówczas uciekł, a teraz?

— Panowie, czego ode mnie chcecie?

Twarz Kuca była teraz nieprzenikniona. Ale ręka ucapiła nagle Casanovę za gardło.

— Głuchy jesteś? Masz opowiedzieć, jak uciekłeś z wię­zienia.

Nie mógł ani milczeć, ani mówić, zacharczał więc tylko ledwo słyszalnie:

— Z Pałacu Dożów? Przez dach.

* * *

— Co tu się dzieje?

Pułkownik Astafow stał w drzwiach i patrzył na nich surowo.

— Co pan wyprawia, kapitanie? Proszę natychmiast puścić więźnia.

— Tak jest.

Kuc sflaczał cały, spełzła z niego w okamgnieniu pycha zwy­cięzcy. Jest jak szakal wobec lwa, pomyślał Casanova, opierając się o ścianę, żeby nie upaść.

— Sprzątnąć mi tu zaraz ten bałagan.

Żołnierz rzucił się do sprzątania, podnoszenia, poprawiania. Kuc poprosił o pozwolenie odejścia, na co pułkownik machnął tylko ręką — idźcie. Gdy już zamknęły się drzwi za tamtym, gdy drewniany zydel stał znowu w kącie, papiery wróciły na biurko, a wartownik na swoje miejsce, pułkownik Astafow zasiadł godnie w fotelu.

— Nic się panu nie stało, miejmy nadzieję.

Trzeba by być głuchym, a nade wszystko głupim, żeby nie usłyszeć, o jakie słowo chodziło tamtemu. Choć huczała mu jeszcze krew w skroniach, a nienawiść zatykała gardło, nie chciał być ani jednym, ani drugim.

— Nie.

— Widzi pan, z kim muszę pracować. Tacy jak on stają się w końcu niebezpieczni dla sprawy, o którą tak walczą. Zwykle kochamy władzę albo się jej boimy. A on chce, żeby nas kochali ze strachu. Taka krzyżówka słonia z muchą, ordynarnie mówiąc. No ale my ordynarnie mówić nie będziemy. Dlaczego pan nie siada?

Casanova zerknął niepewnie, zydel stał w kącie, z dala od niego. Astafow skinął na żołnierza.

— Chce pan złożyć zażalenie?

Znowu zobaczył wilczy błysk w oczach tamtego. Opadł z ulgą na zydel.

— Panowie! Nie było żadnego gwałtu. Ja z tą damą po­znałem się dużo wcześniej i pochlebiam sobie, że nigdy nie uciekam się do takich metod.

Pułkownik posunął w jego stronę kartkę.

— Dobrze, ale teraz mówimy nie o pańskich, ale o naszych metodach. Czy do nich nie ma pan zastrzeżeń? Skoro nie, proszę podpisać to oświadczenie.

Litery rozjeżdżały mu się przed oczami w mrówcze, splą­tane ze sobą szeregi. „Oświadczam… dobre traktowanie… zobowiązuję się… tajemnice śledztwa… przysięgam na Boga Wszechmocnego”. Położył papier z powrotem na biurku. Nie siadał, wiedział, że uprzejmości zaraz się skończą.

— Niczego nie podpiszę. I żądam widzenia z konsulem mo­jego kraju.

Pułkownik nie udawał już jowialności, ta część gry była skończona.

— Czeka za drzwiami — powiedział z lekką irytacją i pchnął dokument w jego stronę.

— Nu, teraz podpiszesz?

* * *

Wyobrażał sobie weneckiego dostojnika jako staruszka zmu­mifikowanego w dyplomatycznej służbie i nie zawiódł się. Wkrótce miał przed sobą mocno starszego pana, z trudem ukrywającego chęć zakończenia tej rozmowy, ledwie się tylko zaczęła.

— Doszły mnie słuchy, że źle tu pana karmią.

— A mnie doszły słuchy, że konsul mojego kraju nie chce mi pomóc.

— Co znaczy „nie chce”? Osobiście współczuję. Ale niewiele możemy zrobić dla pana, drogi panie Casanova. Pańska pozycja w naszym kraju była zresztą, powiedzmy, dość szczególnego rodzaju. Zdaje się, że jest pan nadal poszukiwany.

O nie. Tylko nie to. Zbyt wiele razy to już słyszał.

— Byłem więziony bezprawnie. Niczego mi nie udowod­niono.

Zaczęli w dialekcie weneckim, teraz konsul, jakby go świerz­bił własny język albo żeby go łatwiej mogli zrozumieć ci, co słuchali pod drzwiami, przeszedł na francuski.

— Teraz nie da się tego, niestety, powiedzieć. Przynajmniej pan wie, o co jest oskarżony. W tym kraju więźniowie poczytują to sobie za wyróżnienie. Trzeba się było zastanowić, zanim pan zaczął niebezpieczne amory.

Casanova czuł, że wyrosła przed nim kolejna ściana. Niech mu dadzą spokój, odprowadzą do celi, twarda prycza będzie przyjaźniejsza niż ten dostojny rodak.

— Ta kobieta, ta dama — poprawił się szybko — jest moją miłosną parą. O ile rozumie pan, co mam na myśli.

— Staram się. — Konsul uśmiechnął się kpiąco. — Ale ona twierdzi teraz co innego. Że pan ją do wszystkiego przymusił.

— Bzdura, wierutna bzdura.

— Ta kobieta, ta dama, należy w dodatku do dworek carycy, które powinny być jak westalki, zanim imperatorowa nie wyda ich za mąż.

Ciężki śmiech, jak kaszel, odebrał mu na chwilę oddech. Tamaro, wybacz.

— Nie wiedziałem, że kocham się z westalką. O ile wie pan, co mam na myśli.

Stary człowiek podniósł się wolno z fotela, sięgnął po laskę i kapelusz.

— Wątpię, czy ten argument wystarczy. I nie radzę go uży­wać. Pani Tamara ma naprawdę niezłe koligacje. Oraz kilku braci, którzy raczej nie podzielą pańskiej opinii.

— Nie pomoże mi pan?

Konsul zawahał się tylko przez moment. Tu, w czterech ścianach celi, wobec wynędzniałego więźnia w butwiejącym od wilgoci ubraniu, nie musiał zasłaniać prawdy pokrętnym językiem swojego zawodu.

— A co my możemy? Małe narody nie mają nic do gadania, kiedy te duże plują im do zupy. Pan wie, że jeden ich okręt wojenny może zatopić naszą ukochaną Wenecję. A do tego dopuścić nie można. W żadnym wypadku.

— Miło być tym „żadnym wypadkiem”.

Starzec już sposobił się do wyjścia, rozejrzał się za kapelu­szem.

— Moja rada: przyznaj się, człowieku, do wszystkiego. Oni to lubią. Później zobaczymy.

— I tyle, człowieku?

— Koszyk ostryg?

— Coś na grzbiet. I do pisania. Buty. Porządny stół.

Konsul prawie się ucieszył. To się da załatwić, pewnie. Pa­trzył teraz na Casanovę jak na jakieś zoologiczne dziwadło.

— A jak pan właściwie wtedy uciekł? Przecież Pałac Dożów to prawdziwa twierdza.

— Sam już nie wiem. Może mi się to tylko śniło. Tak jak to teraz.

— Oby.

— To wszystko, co ma mi do powiedzenia poseł mojej uko­chanej ojczyzny?

Giacomo włożył w to pytanie cały ból swojego położenia, ale głos załamał mu się nagle. Tamten był już przy drzwiach, spojrzał na Casanovę życzliwiej.

— Naszej małej ojczyzny — dodał, stukając, żeby go wypusz­czono. — A zresztą, nie wszystko. Niech pan pokłada ufność w Bogu.

* * *

Ufność w Bogu? Dawno już ją utracił. Nie da się przeżyć, licząc tylko na przychylność Opatrzności i jedynie ludzie bez wy­obraźni, a może i bez sumienia, uznają tę prawdę za bluźnier­stwo. Pierwszy raz zrozumiał to w Więzieniu pod Ołowianym Dachem.

Któregoś wieczora stał na poddaszu, gdzie wypuszczano go na krótki spacer, i spoglądał uważnie w górę, ku okienku wycelowanym w kawałek nieba. Mimo wieczora błękit wyda­wał się jeszcze nieskalany. Zbyt mało go było, by rozświetlić półmrok więziennego strychu, wystarczająco dużo jednak, by podsycić w nim chęć do życia. Giacomo wpatrywał się w ten skrawek wolności, myśląc usilnie, jak znaleźć do niej drogę.

Nagle gruba, drewniana belka dźwigająca konstrukcję dachu wyraźnie drgnęła, wygięła się i zaraz odprężyła, trzeszcząc i stękając. Gdy jednocześnie sam zachwiał się na nogach, pojął, że to nie atak obłędu, ale trzęsienie ziemi. Został wysłuchany. Uwolni się, runą przeklęte mury, których jest więźniem. I niech się zawali ten gmach podłości, niech jak trafiony w biegu czło­wiek padnie na Plac Świętego Marka i rozsypie się w sterty gruzu i fontanny kurzu. On sam, w najgorszym razie zginie. Lepsze to niż takie życie bez życia. Ci, którzy otwierali właśnie drzwi jego celi, tej rozpalonej od słońca klatki, do której miałby niedługo wrócić, zamarli pod ścianą ze strachu, mamrocząc jakieś modlitwy. Durnie, do kogo się ośmielają modlić. I o co? O jego dalszą niewolę?

Gdy wstrząs się powtórzył, gdy jęknął ołowiany dach, skrzyp­nęły krokwie i zakołysała się podłoga, krzyknął ze wszystkich sił, jakby tym krzykiem zwiększyć mógł siłę uderzenia.

— Jeszcze raz, jeszcze raz, wielki Boże! Ale mocniej!

Strażnicy uciekli, przerażeni nagłym szaleństwem świa­ta, jednak grzmot zaraz ustał, krzyk umilkł i zamiast płatów metalu, kamiennych brył i drewnianych belek sypnęła się na głowę Casanovy strużka kurzu.

To już był koniec wstrząsów. Nie został wysłuchany. Jeszcze rok mieli go więzić w tych wrogich murach, zanim uciekł, by dziesięć lat później spowiadać się z tego czynu przed kapitanem Kucem. Ale od tamtego czasu wiedział, że może liczyć tylko na siebie.

„Dowiedziałem się później, że ów wstrząs w Wenecji był echem trzęsienia ziemi, które zniszczyło wówczas Lizbonę”.

* * *

Dostał przybory do pisania, stół, drugi koc na grzbiet. Tylko z ostrygami nie wyszło, pewnie zeżarli je strażnicy. Niech im staną w gardle! Rzucił się do pisania, jakby od tego zależało całe jego dalsze życie.

„Niewiele zdołał wymyślić człowiek dla pognębienia dru­giego człowieka. Wilgotne piwniczne lochy albo rozpalone poddasza służą od wieków temu samemu celowi — pozba­wieniu człowieka jego człowieczeństwa. Piszę to ze znajomo­ścią rzeczy, bom doświadczył i jednego, i drugiego. Osadzony dziesięć lat temu przez Inkwizycję w weneckim Pałacu Dożów, zwanym także trafnie Więzieniem pod Ołowianym Dachem, zamknięty pod nieznanymi mi dotąd zarzutami — bo za takie nie mogę uznać posiadania ksiąg: Kluczyk Salomona, Zecorben, Pecatrix, które głupi mają za magiczne, mądrzy zaś za zabaw­ne — zmuszony byłem uciekać z morderczo gorącego strychu przed perspektywą spędzenia w tym piekle, jakże w tej sytuacji nędznej, resztki mego życia”.

Nie tak. Powinien chyba zacząć od aresztowania, od tego okropnego poranka, gdy zbiry Wielkiego Inkwizytora plądro­wały mieszkanie, a on, starannie i bez pośpiechu, mył się, golił, czesał, a potem włożył koszulę z koronkami, białe pończochy, najlepszy jedwabny frak, pelerynę i ogromny kapelusz z białym piórem, jakby czekał go ślub, nie więzienie. Wiele miesięcy później, po wydrążeniu otworu w suficie celi, wyłamaniu oło­wianych płyt dachu, wspinaczce i akrobacjach nad przepaścią Wielkiego Kanału, sforsowaniu wielu zamków i drzwi, pokale­czony przy wyłamywaniu ostatnich, stanął u podnóża pałaco­wych schodów i zaczął wkładać na swe znękane ciało cały czas niesione w tobołku: jedwabny frak, koronkową koszulę, białe pończochy i kapelusz z białym piórem. Tak ubrany przekroczył jedyne drzwi dzielące go jeszcze od wolności. Nie jak więzień, ale jak młody żonkoś.

Wstał nieco zniechęcony. Dziesięć lat temu. To cała wiecz­ność. Co ta historia ma wspólnego z nim dzisiejszym? Chyba tylko hemoroidy, których się wówczas nabawił po piętnastu dniach przymusowej wstrzemięźliwości.

Miał wreszcie przyjaciela — kartkę, z którą mógł rozmawiać, wadzić się, fantazjować. Jeśli chcieli go pognębić, a polecenie Kuca miało być złośliwym żartem, obliczonym na wyprowa­dzenie go z równowagi — to chybili. Opisywał swoją ucieczkę z coraz większą satysfakcją i na różne sposoby. I choć jedno realne więzienie tylko zamieniał w wyobraźni na drugie, to istniało przecież w tej podróży w czasie i przestrzeni coś ożyw­czego, pozwalającego odzyskać wiarę we własne siły.

Nie spieszył się, wracał do początku, uzupełniał szczegóły, pogrubiał sufit i przydawał ciężaru ołowianym płytom dachu, mnożył napięcia i możliwości klęski, a kiedy był już blisko pałacowych drzwi — ostatniej przeszkody do przebycia — za­czynał wszystko od nowa, jeszcze i jeszcze raz, wiedząc i tak, że na końcu tej historii czeka go największa nagroda — wolność.

Odwiedzały go tam w celi na poddaszu najrozmaitsze perso­ny, generalskie szarże, obwieszone orderami jak kukły na kar­nawałowej paradzie. W milczeniu gapili się niczym na zwierzę w klatce albo na skazańca. Tu nie było nikogo. Tylko on i ka­wałek papieru. I tak całymi dniami, nie opuszczając chłodnej carskiej celi, skradał się po płytach Ołowianego Dachu i ba­lansował nad przepaścią Canale Grande, próbując wepchnąć w wyłamane okienko zbawczą drabinę.

Odłożył pióro zmęczony, ale i zawiedziony tym, co mu się udało napisać. Któryż to już raz próbuje to opowiedzieć? Może o ten jeden raz za dużo? Skreślił ostatnie zdanie. Cóż to za nic nieznaczące ogólniki. „Dowiedziałem się później”… Przecież za tym „dowiedziałem się” kryją się najpiękniejsze piersi, jakie spotkał w życiu, a za „później” — wspaniałe lon­dyńskie miesiące, które spędził z piękną Portugalką Pauliną.

Był wtedy głupcem. Pozwolił jej wyjechać, zamiast zatrzymać przy sobie i kochać na śmierć i życie. Mogło się wszystko w jego życiu potoczyć inaczej. Miałby teraz rodzinę, dom, gromadkę dzieci, biegającą po zagonach kartofli, które mógłby spokojnie uprawiać, stadko dzieciaków równie jak te kartofle dorodnych. Na pewno nie byłoby go tutaj, na tym krańcu świata, nędznym i ponurym, gdzie wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Nawet — pacnął dłonią w stół, aż zaskwier­czała świeca — pchły.

* * *

Kilka dni po rozmowie z konsulem Casanova został dopro­wadzony do Astafowa. Pułkownik nie odzywał się do niego dłuższą chwilę, nie proponował też krzesła. W jego zachowa­niu było coś nowego, jakiś rodzaj zdecydowania, które może daje świadomość, że wyrok już zapadł. Zaczną bić? Wszak jęki katowanych słyszał codziennie przez ścianę. Dlaczego mieliby oszczędzać jego. Jego, którego wyrzekł się nawet własny kraj. Niech biją. Umrze bez słowa skargi. Nie chce już żyć na tym świecie.

— Był pan kiedyś w Polsce?

— Nie — odpowiedział machinalnie, jeszcze zanim zrozu­miał pytanie, poprawił więc zaraz: — Nigdy. Nigdy nie byłem w Polsce.

— Ale wybiera się pan tam w najbliższym czasie.

Krew uderzyła mu do głowy, nagła nadzieja oblała go falą gorąca.

— Tak. Przyznaję, miałem taki zamiar.

— Miałem? To już pan nie ma?

Nie zobaczył spodziewanej drwiny w twarzy pułkownika. Rozmawiają o swych planach jak dwaj wolni ludzie. Chyba. Czego chcą?

— Mam. Jeśli mogę mieć?

Lekki uśmiech na twarzy Astafowa, umoczone w atramencie pióro, nieobecność wartownika przy drzwiach — to też było coś nowego.

— Co pan wie o tym kraju?

Mógłby powiedzieć: „Miałem w Paryżu kochankę Polkę, Martę, piękną, czułą, podobną do Pauline, gdybyś wiedział, jak otwierała się przede mną miłośnie i jak krzyczała z roz­koszy w swym dziwnym szeleszczącym języku, zrozumiałbyś, że wiem o jej kraju więcej niż inni. Więcej też niż ci mogę powiedzieć”.

— Niewiele. Jest nowy król.

— To już nie „nic”.

Astafow wstał, nie z szacunku jednak do polskiego władcy.

— Stanisław August herbu Ciołek. Ciołek. Tak go nazywają wrogowie. I przyjaciele, o których ostatnio zapomina. Co jesz­cze? Co o nim mówią w świecie?

Chciałby powiedzieć, co w świecie gadają bez umiarkowania o tym królu. Że był kochankiem carycy, no jeszcze nie carycy, a wielkiej księżnej, i że to ona wyniosła go na polski tron, ale wolał nie ryzykować.

— Ambitny. Rządzi dobrze.

Instynkt zawiódł go tym razem. Wilcze były już nie tylko oczy, ale i cała twarz Astafowa.

— Bzdury pan gadasz, panie Casanova. Król rządzi źle, a ra­czej nie rządzi w ogóle. Wszędzie anarchia, napady na naszych obywateli, kupców, dyplomatów. Zagrożone są interesy Wielkiej Rosji. I honor. Rozumie pan?

Powinien opowiedzieć: „A cóż mnie obchodzi wasz ho­nor, skoro wy depczecie po moim, o ileż mi bliższym. Cóż mi do waszych interesów, skoro moje przez was przedstawiają się gorzej niż źle. Jak mam potępiać buntowników, skoro nie wiem, przeciw czemu i komu się zbuntowali, jak oburzać się na napady i anarchię, skoro mnie samego napadnięto w kraju wzywającym do walki z anarchią?”. Dla tego wilka naprzeciw­ko powinien być jednak lisem, podkulić błyskawicznie ogon i zmykać, zacierając ślady.

— Teraz rozumiem. Ale ostatecznie bogactwo świata nie jest niewyczerpane, myślę, że znajdę tam to, co wszędzie. Piękne kobiety, przyjaciół, przychylnego monarchę. — Przerwał na moment potrzebny do przełknięcia śliny. — Pieniądze.

Astafow usiadł znowu. Spojrzał na Casanovę badawczo, jak szuler na szulera.

— Pieniądze?

— Prawdę mówiąc, dużo pieniędzy. Sprawa, której służę, a która ma wielkie znaczenie, powiem bez fałszywej skrom­ności, dla całego świata, potrzebuje kapitału.

— A cóż ty, mason jesteś czy jak?

— Nie o to chodzi.

— A o co?

Mógł mówić, a to już nieźle. Skoro zaś mógł, to powinien mówić, mówić jak najwięcej.

— Bez wielkiej przesady, chodzi o przyszłość ludzkości. Jej imię: pataty, po niemiecku: kartofle. Proszę się łaskawie nie śmiać. To owoce rośliny, która nie wymaga wiele. Wystarczy ją wsadzić do byle jakiej ziemi, a wyrośnie sama, wyżywi mi­liony ludzi i gospodarskich zwierząt. W takim kraju jak pański zlikwiduje raz na zawsze głód.

— Co pan mi tu za bzdury opowiada. — Pułkownik rozej­rzał się czujnie po pustym gabinecie. — U nas, w Rosji, nie ma głodu.

— A krochmal do bielenia tkanin, mąka do wypieków, za­bawki dla dzieci…

— Dość tych bredni. Co to my kartofla nie znamy?

— Za mało, za słabo.

— Hola, panie Casanova, nie to nas teraz interesuje.

To nie. A to? Lis w Casanovie uśmiechnął się tylko.

— Pozwolę też sobie zwrócić pańską uwagę, że z bulw tej rośliny można bez trudu pędzić doskonałą wódkę.

Wilk schował zęby. Ale błysk w oku pozostał.

— Mamy własną, lepszą.

Giacomo zaryzykował nawet krok do przodu.

— Będzie o połowę taniej. Gwarantuję.

— No dobrze, dobrze, przypuśćmy. To jaki w tym wszystkim jest pański interes?

Wysłucha go, teraz już musi go wysłuchać. Taki pułkownik ma władzę, wpływy, potrafi kogo trzeba przekonać. Jeszcze się przyda kopczyk patatów w ogrodzie Tamary, jeszcze cia­łem się staną opowieści o fortunie czekającej w tym kraju na odważnych.

— Moja firma, a raczej przedsięwzięcie, na czele którego sto­ję, może się zająć dostarczaniem wyborowej rozsady z naszych wieloletnich upraw w północnej Francji, gdzie, zwrócę pana uwagę, klimat niewiele jest łagodniejszy niż tutaj.

Musiał się spieszyć, dłoń pułkownika Astafowa uniosła się nad biurko i zastygła rozcapierzona jak do zadania ciosu.

— Mam też opracowany w najdrobniejszych szczegółach projekt loterii publicznej, która przyniosłaby spory dochód skarbowi i uciechę ludziom. Przez ponad rok zarządzałem taką loterią w Paryżu.

— Dosyć!

Dłoń spadła z hukiem, aż strużka papierów spłynęła na podłogę.

— Pieniądze damy. Wyjedzie pan do Warszawy. Trochę tylko pana poduczymy, wyposażymy i w drogę. Tak?

Powinien powiedzieć i powiedział.

— Tak.

Zawahał się jeszcze, może tak łatwo nie warto się zgadzać.

— Ale chciałbym wyjaśnić wszystko osobiście jej impera­torskiej mości.

Astafow jakby się przez chwilę chciał podnieść z krzesła i wyprężyć z uszanowaniem, ale zrezygnował w pół ruchu, opadł niezgrabnie z powrotem.

— To zbyteczne. Właśnie jej imperatorska mość, miłościwie nam panująca caryca Katarzyna, poleciła pana naszej uwadze. Osobiście.

Musiał spytać i spytał.

— Co… mam zrobić?

— Dostanie się pan na dwór i postara o zaufanie króla. Nie wątpię, że się to panu uda. Choćby za pomocą kartofli.

— I co dalej?

— Nic. — Astafow zamilkł na chwilę jak wytrawny gracz, który gotuje się do zadania ostatecznego ciosu. — Oczywiście, dopóki nie dostaniesz dalszych instrukcji.

— Od kogo?

— O to się nie martw. Znajdziemy cię, kiedy będzie trzeba.

Chcą mu płacić strachem, skąpcy. Nie jest idiotą, nie pozwoli się tak traktować.

— Ale… — Złapał się za serce, jakby teraz dopiero zrozumiał sens propozycji tamtego. — Na honor Wenecjanina! Mam być szpiegiem!

Astafow uśmiechnął się dobrotliwie.

— Dajmy spokój z honorem. Obaj wiemy, ile to warte.

— Ile?

— Co „ile”?

— Ile dostanę?

— Za co?

— Właściwie ciągle nie wiem za co.

Tamten nie przestawał się uśmiechać.

— Widzisz, tak i ja nie wiem ile.

Pułkownik, jakby rozmowę uważał za zakończoną, otworzył szufladę i zaczął w niej układać papiery z biurka. Łotry, chcą go oszukać, nawet nie ukrywają tego. Kochaj ich ze strachu, pracuj ze strachu, nakarm się strachem. Niedoczekanie. On tego gówna jeść nie będzie. Niech się sami najedzą, potwory. Ten cymbał, z jego chytrym uśmieszkiem, nielepszy od Kuca. Nawet szufladę mają wspólną. Przełknął głośno ślinę.

— A jeśli ja… nie mogę się zgodzić?

Szuflada zatrzasnęła się z hukiem. Raczej zobaczył, niż usły­szał złowieszcze:

— Co?

* * *

No! Myśleli, że wszystko o nim wiedzą, ale tego nie wiedzieli. Że w młodości praktykował w cyrku. W opowieściach o Ołowia­nym Dachu też o tym nie wspominał. Miał wtedy osiemnaście lat i ciało jak młody bóg. Mięśnie, ścięgna, szczupłe ramiona. A umysł akrobaty. Wiedział, gdzie postawić nogę, żeby nie runąć na arenę z wysokości, jak i za co się chwycić, żeby się podciągnąć . Jak oszukać przez chwilę wszystkie prawa natury. Rozejrzał się uważnie. Nie był bez szans. To zwężenie u sufitu…

I jeszcze jednego nie wiedzieli. Że te jego pantofle, które wrzucili mu do celi przed spotkaniem z konsulem, nie były tak całkiem zwyczajne. W obcasie lewego skryte było małe szew­skie szydło. W sam raz do wydłubywania zaprawy wokół krat.

Przez kilka dni umartwiał ciało, ćwiczył przysiady, wyma­chy, skłony. Żeby się dostać do okna, musiał jak rozkraczony pająk wspierać nogi na dwóch ścianach naraz. Najważniejszy był pierwszy skok. Kilka razy się nie udało. Spadł. Ale nawet spadać potrafił. Na ugięte nogi. Czasu nie miał za wiele. Straż­nicy mogli w końcu zauważyć ślady stóp na ścianach. I smugi tej zeskrobanej zaprawy.

W końcu zdecydował. Któregoś ciemnego jeszcze ranka schował za pazuchę pantofle, zapasową koszulę, dwie pieczone brukwie i kilka kromek chleba. Kocem się owinął w pasie. I po dwóch szybkich krokach — skoczył. Udało się, stopy się nie ześliznęły. Unosił się pod sufit, aż dłonie ucapiły kratę okna. Teraz musiał sięgnąć za plecy. Noga od krzesła. Powinna wystarczyć.

Omdlewały już ręce, a krata trzymała się krzepko. Ale w końcu i noga od krzesła pękła, i róg kraty zadarł się w górę. Najpierw trochę, potem tyle, ile potrzebował. Reszta była już łatwiejsza. Zapasową koszulą owinął rękę, kilka razy uderzył w szybę, ciosami, jakich nauczyli go skośnoocy instruktorzy. Kawałki szkła poleciały w dół. Przez chwilę nasłuchiwał, czy ktoś tego brzęku nie usłyszał. Ale nie — nic.

Wysunął się na dach. Było mroźno, aż szczękały zęby i bo­lały bose stopy. I ciemno, że swoich rąk nie widział. To miała być ta wymarzona wolność? Strach jeszcze większy niż w celi. Kurczowo trzymał się krokwi, a nawet dachówek. Ale szedł przed siebie. I tu przydało się jego cyrkowe doświadczenie. Balans ciała, ugięte nogi, głowa ruchoma jak u ptaków. A po­tem, kiedy wymacał rynnę, wszystko było już prostsze. Zjechał w ciemności, ale na dole pojawiły się jakieś światełka. Kształty wielu budynków, plac pośrodku. Cień muru naokoło. Wielki klasztor. Wielkie więzienie? A raczej jedno i drugie. Zrozumiał to szybko. Więc co? Co dalej? Złapią go tutaj, zasieką na miejscu czy powloką do czarciej jamy — do Petersburga? Nikt się tam w górze za nim nie wstawi, nikt nie doceni wdzięku, z jakim trzęsie się z zimna i ślizga na giemzowych pantoflach.

A i tu, na szczęście, nie było widzów. Żadnego człowieka. Cisza, pusto. Wymarli wszyscy czy co? Nie jego zmartwienie. Może po prostu było wcześniej, niż myślał.

Znajome dźwięki i zapach. Stajnia. Trzeba uważać. Wiedział, jaki rejwach mogą zrobić spłoszone konie. Zajrzał tylko. I kiedy zobaczył przy samych drzwiach kłąb uprzęży wiszący na haku, już wiedział, że został wysłuchany, że opatrzność mu sprzyja, a może nawet wszyscy święci wzięli się wreszcie do roboty.

Związał rzemienie, przytroczył do końca kamień. Szybko, bo dłonie już martwiały na mrozie. Ale nie zawiodły go i po drugiej stronie, kiedy musiał opuszczać się po murze. Niewiele widział, bo tylko biel śniegu rozjaśniała kamienny jeszcze mrok, ale wiedział, od czego uciekać. Od tych murów przeklętych, od tego co — coraz dalej i dalej — miał za plecami. Od stra­chu przepełniającego każdy milimetr ciała. Od smrodliwego wiadra, padliny w misce, milczenia ludzi i ścian. Na zachód, tylko na zachód!

Próbował biec, padał, wstawał, coraz bardziej podobny do śniegowej kuli. Wkrótce miał pod nogami zlodzony trakt. Grunt się jednak podnosił, jakby droga wiodła na jakieś wzgó­rze. A i słońce już się za nim pojawiło. Wschodziło coraz wyżej i wyżej. Zaraz zobaczy, co przed nim. Jak ten świat wy­gląda. Bez kazamatów i krat. Prawdziwy boski blask oświetli wszystko.

Na szczycie wzgórza nie miał już siły na nic. Tylko na to jedno spojrzenie.

Zmartwiałby, gdyby jeszcze czuł się żywy. Aż po horyzont, daleki, ledwo przeczuwany, rozpościerała się śnieżna pustynia. Kilometry, cały kosmos płaskiej, śnieżnej bieli. Morderczej bieli, czekającej na niebacznego wędrowca. I więcej nic.

Zamknął oczy czy same się zatrzasnęły? Ale i oddychać nie było czym. A kolana same się pod nim ugięły. Koniec, prawdziwy koniec. Coś jednak słyszy za sobą, coś widzi. Jakaś zamglona postać. Jeździec z długim rzemieniem w ręku. Wy­bawienie! I zaraz ten rzemień boleśnie owinięty wokół jego przegubów. Koń tańczący na zadzie, zawracają. Co? Toż do wolności ma biec, nie dawać się wlec po śniegu. Na wschód, jakże na wschód? Z powrotem!

Oprzytomniał dopiero pod bramą klasztoru. Wiedzieli o jego zamiarach. Czekali, aż sobie pobiega, szatany. Raczej umrze, niż pozwoli z siebie kpić. Już umarł? Bo nawet nie ma siły wstać. Ale ten skośnooki żołdak, który go tu przywlókł, postawił go na nogi. I nawet zbijać z niego zaczął zmrożoną skorupę. Niech się odpierdoli, piekielny pomiot! Sam sobie poradzi. Skoro już jest w piekle.

Pułkownik Astafow, niedbale oparty o szlaban, trzymał w dłoni zapalone cygaro. Szef, szef wszystkich szatanów. I sługa diabelskich wiedźm.

— Jest u nas takie powiedzenie: nie uciekaj, bo umrzesz zmęczony. Mówiłem panu, panie Casanova.

Wetknie mu to cygaro w usta czy w oko?

— Nie mówił pan.

— To teraz mówię.

Podsunął mu cygaro do ust. Chce? Nie chciał, niczego już nie chciał. Ale wziął.

— Co mam zrobić?

— Też nie mówiłem? Dojechać cało do Warszawy.

* * *

Nie chcieli go słuchać, ale się uparł. Ma tu jeszcze coś do zała­twienia. Woźnice bali się wyraźnie, nie wiedzieć zresztą kogo, bo i Astafowa, i Kuca już przy powozie nie było, a ci jacyś inni mieli się dosiąść dopiero na rogatkach miasta. Nie było komu decydować, to zdecydował sposób stary jak świat, a tu, w Rosji, praktykowany z jeszcze większą namiętnością niż w krajach, które lepiej znał. Jeden srebrny dukat wystarczył. Przy okazji przesypał monety do jednego woreczka, drugi miał mu się teraz przydać pusty.

Okna domu były zabite deskami, drzwi zamknięte na głucho. Co tu się stało? Tamara, kochana, co oni ci zrobili? Płot był miejscami wyłamany, ale kawałki tych desek leżały w ogrodzie. Ułożone w piramidkę chroniły coś pod sobą. Nagle go olśni­ło — przecież te deski przykrywają jego kopiec, jego kartoflany skarb. To nie mógł być przypadek. Tamara! Pamięta o nim. Odrzucił kilka wierzchnich desek. Odgarnął ziemię i warstwę słomy. Hosanna! Pod spodem wyczuł soczyste krągłości i zaraz zaczął ładować kartofle do woreczka po dukatach. Tylko cze­kać, aż będą tyleż samo warte co te srebrniki i złocisze. O coś zaczepił palcem — wbity w miąższ bulwy tkwił jego drezdeński sygnet. Ten, który podarował przy pożegnaniu Tamarze.

Święci Pańscy — to był znak od niej. Żyje, myśli o nim, troszczy się o jego sprawy. Przecież i ten kopczyk chroniony deskami to znak jej miłości. A sygnet? Schował go szybko — ktoś zachodził od strony ulicy. Ponury drab o twarzy pooranej bliznami i o łapach drwala. W jednej z tych łap trzymał jutowy worek.

— Ty kto?

— Wasyl. Pański służący. Nie mówili?

To tak. Nie ma się czego bać. Przynajmniej nie teraz.

— Wasyl?

Nie musiał nic dodawać, tamten najpewniej nie raz spotykał się z takim tonem.

— Matka była Ukrainką.

A ojciec pewnie niedźwiedziem, chciał mruknąć, ale zmil­czał. Niedźwiedzi ani ich potomków lepiej nie drażnić. Szcze­gólnie że Wasyl w lot zrozumiał swoje zadanie. Woreczek Ca­sanovy zapełnił się szybko, teraz ładowali kartofle do drugiego worka. W mig było po wszystkim. Wyrównali ziemię, położyli kilka desek. Nie zdążył nawet policzyć swojego dorobku, nie było teraz na to czasu. Od strony ulicy ktoś gwizdał na palcach. Pewnie woźnica. Trzeba było jechać.

Jedną bulwę schował w dłoni. Kiedy już odprawił Wa­syla, wetknął w nią swój pierścionek z rubinem, ten, który mu włożyła przy rozstaniu Tamara na mały palec, i schował wszystko w resztkach kopczyka. Już ona będzie wiedziała, co to znaczy! Znak miłości. Od niego, jej Giacoma.

Mały woreczek wolał mieć przy sobie. Większy wylądował w kufrze, obok paryskich pantofli ze złotymi sprzączkami, eleganckiego kubraka, kompletu jedwabnych koszul i owinię­tych starannie przyborów do pisania i rękopisów. A kufer na dachu powozu.

Woźnica zaczął zawracać. Giacomo wychylił się, żeby spoj­rzeć ostatni raz na to miejsce, gdzie spotkało go tyle pięknych i strasznych przeżyć. Tamara, jego Mara. Zdmuchnął z dłoni pocałunek. Jeśli już ma być sentymentalny, to kiedy, jak nie teraz.

Książkę Zabić Casanovę kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zabić Casanovę
Jerzy Żurek0
Okładka książki - Zabić Casanovę

Czy to prawda, że słynny Casanova miał tysiące miłosnych przygód? Być może... Był, jak popularna opinia głosi, uzależniony od seksu? Niekoniecznie... A...

Wydawnictwo
Autor