Co roku, w dniu swoich urodzin, Łucja otrzymuje tajemnicze listy. Zawsze wyglądają podobnie – mają błękitną kopertę, złote zdobienia i tego samego nadawcę. Anonimową przyjaciółkę, która zdaje się wiedzieć o życiu kobiety więcej, niż ona sama, a do tego opisuje rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły.
Przez lata Łucja trzyma tę korespondencję w sekrecie, ale w końcu dzieli się tajemnicą ze swoim narzeczonym, Przemkiem. Właśnie wtedy wszystko zaczyna się psuć.
Pudło z kopertami nieoczekiwanie znika, a ukochany informuje ją, że… nigdy tak naprawdę nie istniało. Łucję nękają niepokojące halucynacje, przez co zaczyna wątpić, czy to, czego przez lata doświadczała, wydarzyło się naprawdę. Tylko terapia może pomóc jej znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania.
Czy błękitne koperty były jedynie wytworem jej wyobraźni?
A może… komuś bardzo zależy, by uwierzyła, że traci rozum?

Do przeczytania powieści Marty Jednachowskiej Błękitne koperty zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Błękitne koperty:
10 MARCA 2025
– Co panią do mnie sprowadza?
Nie odpowiedziałam od razu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dwa fotele, stolik na kawę i pudełko chusteczek, biurko z komputerem stacjonarnym, turkusowe ściany i duża dracena w kącie. Pod ścianą staroświecki gramofon przykryty delikatną warstwą kurzu. Duże okno, przez które pokój wydawał się większy i pogodniejszy. Nic nadzwyczajnego. Gabinet psychoterapeutyczny, który ma stwarzać miłą atmosferę, a w rzeczywistości jest taki, jak każdy inny. Przesadnie przytulny, dający złudne poczucie bezpieczeństwa. Pokój dla świrów, jak by to powiedział mój ojciec, ale ja dawno przestałam interesować się jego zdaniem.
Psychoterapeutka Magdalena Sarniak usiadła na fotelu naprzeciwko mnie. Uśmiechała się do mnie delikatnie. Była w średnim wieku i miała łagodną twarz. Gdybym spotkała ją w innych okolicznościach, pomyślałabym, że robi miłe wrażenie. Teraz wydawała mi się obca i nieprzystępna, a uśmiech tylko dokładał jej sztuczności. Taki zawodowy, wystudiowany uśmiech.
– To skomplikowane… – zawiesiłam głos.
Zabrzmiało głupio i infantylnie. Pewnie większość jej klientów tak właśnie zaczynała mówić o swoim problemie. Wszyscy ludzie zakładają, że są unikatowi, jedyni w swoim rodzaju, wyjątkowi, a ich trudności niepowtarzalne. Tak naprawdę wszyscy walczą z podobnymi problemami, z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Jesteśmy nudni i tak samo zagubieni. Może nie radzimy sobie z naszą zwyczajnością i to jest nasz główny problem?
Kobieta nie pospieszała mnie. Miała na kolanach laptopa, na którym zapisała moje dane i pewnie chciała robić notatki. Nowy MacBook w jasnoturkusowym kolorze. Nawet jej sprzęt wydawał się pasować do tego wyreżyserowanego wnętrza. Zawiesiłam wzrok na stoliku, który nas oddzielał. Leżało na nim pudełko chusteczek i stała doniczka z sukulentem. Gruboszowaty był lekko przywiędły, a to roślina, którą trudno ususzyć. Z trudem powstrzymałam się przed sięgnięciem do torebki i wyciągnięciem z niej butelki z wodą, żeby podlać umierającą roślinę. Opakowanie chusteczek było dość jednoznaczne. Ja nie czułam się bezsilnym płaczkiem i nie chciałam być tak traktowana.
– Moje problemy jakiś czas temu zaczęły mnie przytłaczać – spróbowałam mówić dalej.
Odwróciłam wzrok od pudełka z chusteczkami i przeniosłam go na kobietę. Jeśli chciałam otrzymać pomoc, to musiałam się zmusić do dalszego mówienia.
– Pozornie wszystko w moim życiu jest dobrze. Jestem zdrową, młodą osobą. Z zawodu jestem grafikiem. Pracuję w dobrym wydawnictwie. Zajmuję się ilustrowaniem książek dziecięcych i lubię to, co robię. Mam kochającego narzeczonego, z którym mieszkam – wyliczałam. – Nie mamy problemów finansowych. Powinnam być zadowolona z życia. Pomimo to wszystko zaczęło się walić.
Zrobiłam kolejną przerwę, ale psychoterapeutka nadal się nie odzywała. Zanotowała coś w komputerze i ponownie utkwiła we mnie wzrok. Uśmiechała się lekko. Miała młodą twarz. Stanowczo za młodą jak na swój wiek. Zmarszczki na szyi zdradzały, że miała około czterdziestu, może pięćdziesięciu lat. Nagle przyszło mi na myśl, że pewnie nie takich świrów jak ja gościł ten pokryty żółtym kocem fotel, na którym siedziałam. Pewnie na nich wszystkich patrzyła tak samo. Z lekkim uśmiechem, pozornie życzliwie, ale jednak oceniająco.
– Mój psychiatra stwierdził u mnie zaburzenia lękowe z napadami paniki i halucynacjami. Od roku jestem na lekach przeciwdepresyjnych. Biorę sertralinę, w dawce pięćdziesięciu miligramów na dobę. Dodatkowo od pewnego czasu uczęszczam na psychoterapię. Jest pani moją drugą terapeutką. Z poprzednią spotykałam się przez kilka tygodni. Niestety, na razie nie widzę żadnych efektów leczenia farmakologicznego i psychoterapeutycznego – wydusiłam z siebie na jednym oddechu. Mówienie suchych faktów przyszło mi łatwiej. Były rzeczowe i pozbawione emocji. Mogłam je wyrecytować bez angażowania się.
– Zwolnijmy i zacznijmy od początku… – przerwała mi psychoterapeutka. Głos Magdaleny Sarniak brzmiał ciepło. Pomyślałam, że idealnie pasuje do wystroju gabinetu. – Chcę panią dobrze zrozumieć. Mówiła pani o zaburzeniach lękowych. Jakie ma pani objawy? Co dokładnie pani przez to rozumie?
– Czasami czuję się, jakbym miała umrzeć. Moje serce kołacze, jest mi gorąco, nie mogę złapać głębokiego oddechu, pocą mi się dłonie. Oddycham płytko i szybko. Rzadko udaje mi się wziąć większy haust powietrza, tak jakbym była pod wodą i tylko na chwilę wynurzała się na powierzchnię. Czasami chce mi się wymiotować albo muszę szybko pobiec do toalety.
– W jakich sytuacjach tak się dzieje?
– Trudno mi dokładnie powiedzieć. To są bardzo różne sytuacje. Bywa, że są to stresujące wydarzenia w pracy. Czasami w czasie codziennych obowiązków. Zdarza się, że w środku nocy wyrywam się ze snu z takimi objawami. Budzę się zlana potem, z szybkim biciem serca, jakbym przebiegła maraton albo wyśniła najstraszniejszy koszmar, ale go nie pamiętam. Czuję lęk, kiedy za długo jestem sama w domu albo wręcz przeciwnie, kiedy jestem otoczona przez obcych ludzi. W tłumie narasta we mnie niepokój, dlatego zaczęłam omijać zatłoczone miejsca. Nie chcę się ośmieszyć, jeśli nagle nie będę mogła złapać tchu. Kiedy otacza mnie tłum obcych, to czuję, jakby każda osoba chciała się na mnie rzucić, zaatakować mnie i zrobić mi krzywdę – mówiłam powoli i wyraźnie. Chciałam, żeby tamta mogła mnie zrozumieć. – Odczuwam też lęk związany z moimi omamami…
Kobieta milczała. Pomyślałam, że nie usłyszała tego, co powiedziałam.
– Dużo jest trudnych sytuacji, w których boję się, że stracę nad sobą kontrolę. Próbuję unikać rzeczy, które mogą mnie przerosnąć. To robi się trudne. Nie można omijać większości codziennych sytuacji. Przez to czuję się coraz bardziej przytłoczona – dokończyłam ciszej.
– Co to są za halucynacje?
Jednak usłyszała.
– Czasami wydaje mi się, że dzieją się rzeczy, które nie mają miejsca – powiedziałam oględnie.
– Jakie? – dopytywała.
– Różne – odpowiedziałam pospiesznie.
Nie chciałam, żeby na pierwszym spotkaniu wzięła mnie za kompletną wariatkę. Wolałam rozmawiać tutaj, w tym udającym przytulność pokoju, niż w pomieszczeniu bez klamek na zamkniętym oddziale psychiatrycznym.
[...]
Książkę Błękitne koperty kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
