Krzyk to tylko dźwięk. Fragment książki „Tkacz" Dariusza Bani

Data: 2026-06-08 10:25:37 | Ten artykuł przeczytasz w 29 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Świat Słowian, ich wierzeń i dawnych bogów. Pełen szumu cichego wiatru buszującego między sitowiem. I krzyku niosącego się między starym a nowym. Ognistych iskier krążących w powietrzu niczym zwiastun nadchodzącego zmierzchu. I pieśń, która daje nadzieję…

Nadir doświadcza lęku przed nieznanym i jednocześnie tym, co utracone. Wrogowie najeżdżają jego osadę, mordują mu bliskich oraz porywają jego ukochaną. Chociaż serce krwawi, postanawia odnaleźć Mirę. Droga jego przeznaczania jest jednak kręta.

Młody mężczyzna wkracza na ścieżkę pełną niebezpieczeństw, intryg oraz sekretów. Towarzyszy mu tajemniczy Gniewosz. Poznają świat, który jest Nadirowi obcy, oraz władzę, przed którą czasem trzeba się pokłonić.

 „Tkacz" Dariusza Bani grafika promująca książkę

Tkacz Dariusza Bani to powieść na tle historycznych wydarzeń za panowania Piastów. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Wolf. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Tkacz. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

PRZED BURZĄ

Wilgotne mury lochu ociekały wodą, a w powietrzu unosił się przytłaczający zapach stęchlizny zmieszanej z zastarzałym odorem krwi i moczu. Krople skapujące ze sklepienia rozbijały się o kamienną posadzkę z jednostajnym, niemal hipnotyzującym dźwiękiem. Pośród tego ponurego miejsca, w mdłym świetle pochodni, rozlegały się przytłumione jęki i urywane krzyki. W ciemnych zakamarkach snuły się cienie szczurów. Ich czerwone oczy błyskały w półmroku. Zardzewiałe obręcze, do których zazwyczaj przykuwano więźniów, pokrywała zaschnięta krew, a w zakamarkach kamiennej podłogi zbierały się kałuże cuchnącej wody. Loch śmierdział pleśnią, moczem i krwią.

Bernhard von Plötzkau, margrabia Marchii Północnej, stał oparty o masywny stół z grubo heblowanych desek. Jego spojrzenie utkwione było w pochodni. Mrużył w zamyśleniu oczy, wpatrując się w pełgający płomień. Surowa twarz, poorana zmarszczkami, zdradzała człowieka, który wiele widział i jeszcze więcej przeżył. Był wysoki, barczysty, a jego postawa zdradzała siłę fizyczną i oddawała władzę, którą sprawował. Ciemne włosy, miejscami przyprószone siwizną, opadały nieco na czoło, a krótka, gęsta broda nadawała mu groźnego wyglądu.

Nie nosił dziś niczego nadmiernie ozdobnego. Wdział grubą, wełnianą tunikę w ciemnym kolorze, spiętą szerokim skórzanym pasem. Na ramiona zarzucił płaszcz, którego brzegi zdobił jedynie niewyszukany haft.

Obok niego stał jego młodszy kuzyn, Bernhard zum Berg kolejne z długiej listy imion, które ród Plötzkau przekazywał z ojca na syna od pokoleń, niczym zaklęcie mające chronić przed zapomnieniem. W ich rodzinie imię Bernhard było jak pieczęć – nosili je margrabiowie i rycerze. Dumni synowie i zapomniane bękarty, których groby już dawno porósł mech. Każdy z nich miał jakiś przydomek, choć nie zawsze był trafny i przynoszący chlubę. Ten otrzymał swój nie z powodu gór, których w Marchii brakowało, ale przez sztuczne wzniesienie, na którym stał gródek jego ojca. Kopiec usypany rękami chłopów, by choć trochę wznosić się nad okoliczną równiną.

Młody Bernhard często słyszał, jak szydzą z jego przydomku.

– Patrzcie, oto pan z góry! – kpił niedawno jeden z najemników, gdy prowadził oddział przez bagna. – Góra z gliny i kamieni, co runie przy pierwszym podmuchu!

Był wyraźnie młodszy od swego kuzyna, o szczuplejszej sylwetce i mniej surowym obliczu. Jego twarz miała niemal chłopięcy rys, ale coś w spojrzeniu zdradzało zepsucie. W kącikach ust igrał lekki, niemal rozbawiony uśmiech, gdy kolejne wrzaski rozdzierały ciszę. Jego wzrok błyszczał, jakby czerpał perwersyjną satysfakcję z dźwięków bólu dochodzących z lochów. Jego oczy, błękitne i zimne jak lodowe odłamki, odbijały pełgający blask żagwi. Nie było w nich współczucia. Palce zaciskały się na rękojeści sztyletu przy pasie – nie w napięciu, a raczej w wyczekiwaniu.

Krzyki, dochodzące z lochów, nie ustawały. Starszy Bernhard nie drgnął, jakby te dźwięki były mu obojętne – albo po prostu zbyt dobrze znane. Młodszy zaś zdawał się delektować każdą chwilą, jak gdyby była to makabryczna melodia wygrywana specjalnie dla niego.

W komnacie panował półmrok. Kamienne ściany rozświetlane płomieniem pochodni mieniły się, a powietrze było ciężkie od wilgoci i zapachu palonego tłuszczu.

Młodszy Bernhard przekrzywił głowę, wsłuchując się w przeciągły wrzask, który dobiegał z lochów. Jego wargi uniosły się w lekceważącym grymasie.

– Kwiczy jak zarzynana świnia – mruknął i odwrócił się w stronę kraty oddzielającej ich od miejsca przesłuchania. Myślisz, że długo jeszcze pociągnie?

– Krzyk to tylko dźwięk – odpowiedział spokojnie ten starszy. – Ważne jest to, co następuje potem. Ból zmienia człowieka. W odpowiednich rękach staje się on miękki jak wosk. Ból przypomina mu, że życie ma wartość, że może jeszcze nie musi umrzeć, i zaczyna mówić.

Młodszy westchnął cicho, obracając sztylet w dłoni, jakby coś ważył w myślach.

– Ale… – zaczął powoli, wodząc kciukiem po krawędzi ostrza. Jest coś przyjemnego w tym dźwięku, nieprawdaż? W tej bezradności. W tym, jak próbują walczyć, zanim zrozumieją, że nie mają już nic.

Margrabia spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi.

– To dziecinne, Bernhardzie. Ból jest po to, by wydobywać prawdę, nie dla pustej zabawy.

Przyglądał się kuzynowi z mieszaniną dezaprobaty i zastanowienia. Czy to okrucieństwo było oznaką siły czy słabości?

Młodszy uśmiechnął się kątem ust, a jego spojrzenie pociemniało.

– A jeśli można mieć jedno i drugie?

Przez chwilę starszy Bernhard milczał, jakby rozważał, czy w ogóle warto odpowiadać. Potem odwrócił wzrok z powrotem na płomień.

– Będzie krzyczał, wrzeszczał, przeklinał – powiedział cicho. – A potem będzie mówił. Zawsze mówią.

Kolejny wrzask przeciął ciszę. Berg uśmiechnął się szerzej. Oprawca podszedł bliżej i zerknął przez kraty.

– Już ledwo dycha, panie. Jeszcze walczy, ale to tylko kwestia czasu.

Starszy Bernhard skinął głową.

– Widzisz, chłopcze? Ludzie są jak liny. Naciągaj je powoli, z wyczuciem, bo pękną w najmniej spodziewanym momencie. I niczego się nie dowiesz.

Młody uśmiechnął się lekko.

– Czasem warto poczekać, przeciągać. A jak pęknie, no cóż… Von Plötzkau uniósł brew.

– Nie, kuzynie. Lepiej, gdy pękają wtedy, gdy my tego chcemy.

Chłopak skrzywił się lekko, ale w jego oczach błysnął cień zadowolenia.

– Mieliśmy szczęście, że go dorwaliśmy. Gdyby nie ludzie Warcisława, udałoby mu się uciec.

Starszy Bernhard parsknął pogardliwie.

– Dopisał im łut szczęścia, że go złapali. Mało brakowało, by mu się udało zbiec. Drugiemu dogorywający książę zdążył wbić sztylet w gardło. Gdyby nie to, pewnie dzisiaj obaj by się kryli po lasach i chwalili, jak łatwo przyszło im zamordowanie pana, któremu ślubowali wierność.

Młodszy zacisnął usta, ale nie odpowiedział.

Margrabia wpatrywał się w niknące płomienie pochodni, jakby widział tam coś więcej niż tylko ogień.

– Taka już ich natura – rzucił cicho. – Słowianie. Dzicy byli i dzicy pozostają. Chrzest zmył im brud z czoła, ale nie sięgnął duszy.

Bernhard zum Berg, stojący opodal, uśmiechnął się z przekąsem.

– Za to łasi są na srebro. I pożyteczni, gdy się im pokaże kij i marchew.

Margrabia pokiwał głową.

– Trzeba ich złamać. Albo się podporządkują, albo trzeba ich wyplenić do ostatniego. Inaczej zawsze będą szukać sposobu, by podnieść głowy.

Zamilkli na chwilę. W końcu młodszy z kuzynów odezwał się z namysłem:

– Jak dzikie konie…

– Tak – przytaknął margrabia. – Dumne, nieujarzmione, kłopotliwe. Ale raz złamane, będą ci wierne do śmierci. Muszą jednak czuć nad sobą siłę.

– I tak dochodzimy do sedna. – Bernhard zum Berg spojrzał na niego badawczo. – Kto zyskał na śmierci Warcisława?

Starszy uśmiechnął się lekko, bez cienia wesołości.

– Nie oni, to pewne. Ale ktoś na tym skorzystał. Trzeba się dowiedzieć kto, nim sprawy wymkną się spod kontroli.

– Czyli nie był to przypadek? Margrabia wzruszył ramionami.

– Przypadek? Rzadko bywa przypadkiem coś, co pachnie zdradą.

Zum Berg skrzywił się.

– A jeśli to gra Bolesława?

– Nie twierdzę, że to jego ręka dzierżyła nóż. Ale mógł dać komuś powód, by go użył. Warcisław próbował wszystkich przechytrzyć. Nam składał hołdy, wśród swoich udawał wolnego księcia, mamił obietnicami Bolesława. Taki nie przetrwa długo.

– Więc Bolesław szukał kogoś bardziej odpowiedniego do swoich planów?

– Możliwe. Lotar nie chce wojny na północy. Potrzebuje sojuszników, nie kłopotów. A Bolesław to wilk w owczej skórze. Klękał w Merseburgu, ale jego ludzie już przekraczają nasze granice.

– I kontaktuje się z Pomorzanami?

– Tak mówią. Jeśli wysyłał posłańców nie tylko do nich, ale i chciał za morze, to może Warcisław był mu już zawadą. Jemu z Duńczykami nigdy nie było po drodze.

– A Racibor?

– Ma krew wilka, nie lisa. Nie będzie się kłaniał ani nam, ani Duńczykom.

Zapadło krótkie milczenie.

– A co z Arkoną? – zapytał młodszy. – Póki ta świątynia stoi…

– Pomorze nie będzie nasze – dokończył margrabia. – Każdy myśli, jak ją zniszczyć i złupić. A mimo to królowie i książęta ślą tam dary. Jedną ręką budują kościoły, drugą opłacają pogańskich kapłanów.

– Gdy Arkona padnie, będzie to znak końca ich świata.

– I początek naszego. Ale to nie nastąpi z dnia na dzień.

– Więc kto to zrobi?

– Ten, kto uzna, że nie ma już nic do stracenia. Albo wszystko do zyskania.

Margrabia poprawił skórzaną rękawicę.

– Chaos to nie tylko zagrożenie. To również okazja. Pomorzanie się boją, Lotar ma inne zmartwienia, a w Gnieźnie, myślę, już dzielą łupy.

– Myślisz o Bolesławie.

– Myślę o każdym, kto gra na więcej niż jednym froncie. Warcisław próbował. Zobacz, jak skończył. Ale innych to nie odstrasza.

Zum Berg skinął głową.

– Jeśli Racibor przejmie stery, wszystko może się zmienić.

– Tak. Eryk na północy nie będzie zadowolony. Myśli, że śmierć Warcisława da mu wolną rękę. Ale Racibor to nie pionek.

– To znaczy…

– To znaczy, że drogi Eryka i Bolesława muszą się przeciąć. Musi dojść do spięcia. I wtedy my musimy być gotowi.

– Myślisz, że ten ktoś, ten, kto pociąga za sznurki, to ktoś z zewnątrz?

Margrabia roześmiał się krótko, bez cienia radości.

– Zawsze ktoś z zewnątrz. Chyba nie wierzysz, że to pomysł jakichś zawszonych dzikusów z puszczy.

W tym momencie do lochu wszedł strażnik.

– Margrabio – powiedział, kłaniając się. – Już można…

Strażnik zawrócił do lochu, a Bernhard i jego krewny podążyli za nim. W chłodnej i wilgotnej komnacie, w której Bernhard zwykł przesłuchiwać więźniów, na drewnianej ławie, rozciągnięty do granic możliwości leżał Wieleta. Jego dłonie i stopy były przywiązane do kołowrotów, a jego ciało rozciągnięte do granic wytrzymałości. Był ledwo żywy, blady i wyczerpany. Na jego nagim torsie widniały ślady tortur. Skóra była poparzona i posiniaczona, z licznych głębokich ran sączyła się krew. Już na pierwszy rzut oka widać było, że część stawów mu powyrywano. Jego opuchniętą twarz pokrywały siniaki, a ze sczerniałych warg wydobywał się rwany charkot. Każdy oddech był dla niego widocznym wysiłkiem. Te stawy… Chodził to on już nie będzie – pomyślał Bernhard, spoglądając na Wieletę z obojętnością. Ciekawe, czy coś z niego da się wyciągnąć.

Nie zwracali uwagi na odór krwi i ekskrementów. Ich twarze nie wyrażały żadnych emocji – ani współczucia, ani obrzydzenia.

W głowie margrabiego kłębiły się myśli. Zastanawiał się, kto mógłby stać za śmiercią Warcisława. Czy to byli Duńczycy, czy może ktoś z jego własnego otoczenia? Kto? Kto?

Bernhard, obserwując Wieletę z daleka, spojrzał z dezaprobatą na oprawcę, który nieruchomo stał nad leżącym więźniem. Jeszcze trochę, a nic nie powie. Przesadził. Gorliwość bywa też wadą – pomyślał, kręcąc głową z zaniepokojeniem.

Berg zbliżył się powoli i pochylił nad ofiarą.

– Marnie wyglądasz – powiedział tonem, w którym nie było ani krzty współczucia. – Ale zaufaj mi, jeśli nie zaczniesz mówić, będzie znacznie gorzej.

Torturowany podniósł na niego otępiałe z bólu spojrzenie. Oczy miał zapuchnięte, niemal czarne od sińców. Oddychał płytko, a każde słowo zdawało się kosztować go ogromny wysiłek.

– Nie… wiem… nic – wychrypiał.

Margrabia Bernhard westchnął, jakby był rozczarowany.

– Nie wiesz? – powtórzył powoli. – To ciekawe, bo ja wiem, że nie działaliście sami.

Młodszy Bernhard uśmiechnął się, odwrócił na moment i podniósł żelazne szczypce. Przyglądał się im przez chwilę z uwagą, po czym przykucnął przy więźniu.

– Podobno zdrada to dla was chleb powszedni – rzucił.

– Nie… wiem… nic – więzień zadrżał.

Berg nachylił się nad torturowanym i mówił spokojnie, niemal łagodnie:

– Posłuchaj mnie uważnie. Masz dwie drogi.

Z udawanym zamyśleniem kiwał przed twarzą mężczyzny narzędziem, na którym widać było zaschnięte ślady krwi.

– Możesz umrzeć szybko. Jedno cięcie, jedno pchnięcie i będzie po wszystkim. – W jego głosie nie było emocji, tylko rzeczowa konstatacja faktu. – Albo możesz cierpieć.

Więzień oddychał płytko, nie był w stanie już nawet pokręcić głową.

– Już cierpię… – zacharczał, a krew pociekła mu po brodzie.

Młodszy Bernhard uśmiechnął się, ale w jego błękitnych oczach nie było ani cienia ciepła.

– Nie, jeszcze nie. Ale możesz się przekonać, jak długo człowiek potrafi błagać o śmierć.

Mężczyzna się szarpnął. Przez moment wydawało się, że powie coś jeszcze, ale tylko zacisnął oczy.

Starszy Bernhard westchnął z rozczarowaniem.

– Widać, że ma ochotę na dłuższą rozmowę.

Margrabia zmrużył oczy, jakby analizował stan więźnia, niczym kupiec oceniający zniszczony towar.

– Może nie zdajesz sobie z tego sprawy – powiedział niemal łagodnie – ale naprawdę nie masz już wiele do stracenia.

Wieleta wyszczerzył czerwone od krwi zęby.

Młodszy Bernhard westchnął teatralnie i spojrzał na strażnika.

– Może trzeba mu to uświadomić.

Oprawca bez słowa uniósł długi nóż i powoli przeciągnął jego ostrzem po rozpiętej piersi więźnia, dodając kolejną głęboką, mocno krwawiącą rysę. Drugą ręką przybliżył do rany kopcącą żagiew i powoli zaczął wciskać w ranę. Po celi rozszedł się wstrętny, dławiący smród palonego mięsa.

Więzień zawył.

– Kto? – Pytanie zawisło w śmierdzącym spalonym ciałem lochu.

– Na wyspie… w puszczy… – wychrypiał torturowany. Może to był kowal…

Starszy Bernhard uniósł brew.

– Może? To za mało. Więzień zacisnął powieki.

– Nie wiem… nie widziałem go. Słyszałem o nim…

Młodszy rycerz spojrzał na unoszący się znad przypalonej rany dym i pokręcił głową.

– To rozczarowujące.

Berg podszedł bliżej i pochylił się nad mężczyzną.

– Powiedz mi – powiedział cicho – czy ci, którzy cię wynajęli, też by tak cierpieli? Czy oni też by cię tak bronili? Czy pozwoliliby, żebyś znosił te katusze bez sensu, w imię czego? Męczyliby się tak jak ty, by ciebie ochronić? Na pewno nie!

Więzień otworzył oczy i po raz pierwszy widać było w nich coś więcej niż tylko ból, przez który teraz przebijał całkowity brak nadziei.

Zum Berg uniósł żelazne szczypce. W zadumie oglądał je, jakby ważył w dłoni ciężar decyzji, którą miał podjąć.

– Może potrzebujesz małej zachęty? – zapytał cicho, niemal łagodnie.

Jeniec potrząsnął głową, a jego oczy już nie wyrażały niczego poza cierpieniem.

– Nie… proszę… – wyszeptał, ale jego głos był już tylko słabym echem w zimnym powietrzu lochu.

Młodszy Bernhard uśmiechnął się, a w jego oczach pojawił się błysk, który margrabia już nie raz widywał.

– Nie bój się. To tylko chwila.

Zacisnął szczypce na poparzonej skórze więźnia i szarpnął, wyrywając krwawy strzęp mięsa. Mężczyzna zawył z bólu, a dźwięk ten odbił się echem od kamiennych ścian.

Margrabia uniósł brew.

– Widzę, że z powodzeniem możesz go zastąpić? – zapytał, wskazując na stojącego nieruchomo oprawcę, a w jego głosie pobrzmiewała kpina.

Młodszy Bernhard z trzaskiem rzucił szczypce na stół, nie spuszczając wzroku z kuzyna.

– Czasem trzeba samemu pobrudzić sobie ręce, żeby ludzie cię szanowali. A jak nie szanują, to niech się boją. – Odwrócił się do więźnia, którego ciałem szarpały niekontrolowane dreszcze, i dodał: – Oderint, dum metuant. Niech nienawidzą, byleby się bali. Czy nie tego mnie uczono? Czy ty sam nie powtarzałeś mi tego wielokroć?

Margrabia zamarł na moment, zaskoczony nie tylko okrucieństwem młodego Bernharda, ale też tym, jak cytat z Kaliguli wypłynął z jego ust. Wiedział, że chłopak nigdy się nie garnął do nauki klasycznej, wybierając raczej biegłość w walce niż łacińskie traktaty. A jednak ta sentencja widocznie zapadła mu w pamięć. Powtarzał mu ją nieraz jego nauczyciel, zakonnik, który nie zawsze był zakonnikiem. Mówiono, że zanim włożył habit, służył jako najemnik w Italii, a może nawet jako dworzanin cesarski, lecz nigdy o tym nie wspominał. Jedynie czasem, w chwilach zadumy, pozwalał sobie na uwagę, która nie pasowała do pokory mnicha. Miał w twarzy i spojrzeniu coś, co przywodziło na myśl wszystko, tylko nie zakonne zacisze. To on podsunął Bernhardowi myśl, że strach potrafi być narzędziem skuteczniejszym niż miecz. Może sam nauczył się tego w miejscach, gdzie prawo i litość były słabością, a życie należało do tych, którzy nie mieli skrupułów.

– Uczono cię, że strach może być narzędziem – odparł w końcu, mierząc kuzyna wzrokiem. – Ale nie mówili chyba, żebyś stał się narzędziem strachu.

Młody uśmiechnął się ponownie, ale tym razem w jego oczach nie było już błysku – tylko zimne okrucieństwo.

– A czy to nie to samo? – zapytał, a jego głos był tak spokojny, że aż niepokojący.

Z ironicznym uśmiechem patrzył w oczy margrabiego.

Ponownie uniósł szczypce, ale z ociąganiem opuścił je.

– Chcesz coś mi jednak powiedzieć? – zwrócił się do jeńca. Wieleta potrząsnął głową.

Berg wskazał na żarzące się łuczywo.

– Użyj jeszcze raz tego – powiedział z trzaskiem, rzucając szczypce na kamienną posadzkę.

Oprawca, posłuszny rozkazowi, przyłożył rozżarzoną żagiew do okaleczonego mężczyzny. Skóra syknęła i zaczęła się dymić, a w powietrzu uniósł się swąd palonego ciała. Więzień wyprężył się na ławie, a z jego ust wyrwał się stłumiony jęk. Oprawca, nie okazując żadnych emocji, przyłożył łuczywo raz jeszcze i przypalał skórę ofiary miejsce przy miejscu, wciskając ją pod pachy. Wstrętny smród palonej skóry wypełniał im nozdrza. Wieleta wył. Jego ciało drżało, z zagryzionych warg płynęła strużka krwi. Wyprężył się nagle, szarpnął gwałtownie, i ciało zwiotczało. Krew sączyła mu się z ran i ust. Bernhard i jego krewny patrzyli na niego przez chwilę w milczeniu. Obaj wiedzieli, że nie wyciągną z tego człowieka już nic więcej. Że pewnie już się nie ocknie. Kowal na wyspie… To było wszystko, co wiedzieli. Albo aż tyle. Bo o kowalu na wyspie słyszeli już wcześniej.

*

Komnata w posiadłości rodu Hvide była chłodna, pomimo płonącego w kamiennym palenisku ognia. Dym snuł się w powietrzu, mieszając z zapachem starego drewna i skóry. Ściany zdobił poczerniały oręż, a przy wejściu wisiała wyleniała, zżarta przez mole wilcza skóra. Na dębowej ławie stał puchar z niedopitym piwem, a obok, w wydrążonej drewnianej misie leżały resztki wędzonej ryby, której skórka sczerniała od dymu. Ciężki skórzany zwój z nierówno nakreślonymi liniami i symbolami, bardziej szkic niż mapa, był rozłożony na stole.

Gdy Sune, strzepując z płaszcza wodę, wszedł do komnaty, długi cień padł na ścianę. Był to mężczyzna młody, wysoki i silny, o nerwowych ruchach. Deszcz i wiatr splątały mu długie, jasne włosy i przykleiły je do czoła. Spojrzał na mężczyznę przy stole. Jego ojciec, choć starszy, chudy i żylasty, przypominał wilka. Twarz naznaczona zmarszczkami i bliznami świadczyła o tym, że przeżył więcej niż inni.

Gdy Sune usiadł naprzeciw niego, Ebbe spojrzał na syna chłodno, z obojętnością człowieka, który ocenia broń – narzędzie wymagające zahartowania. Droga była długa i wyczerpująca, ale Sune wiedział, że gdy ojciec wzywa, nie należy kazać mu czekać.

Ebbe mierzył go zimno wzrokiem.

– Wiesz, czemu cię wezwałem? – zapytał w końcu, kręcąc palcem po rozwiniętym zwoju.

– Jeśli to kolejna nauka o cierpliwości… – zaczął Sune, ale ojciec przerwał mu ruchem dłoni.

– Nie. To nauka o okazjach.

Sune przyglądał się ojcu uważnie. Ebbe Skjalmsen był wojownikiem, a przede wszystkim kimś, kto nigdy nie przepuścił szansy na zysk. Bitwy nie były dla niego tylko sprawą honoru – były sposobem na zdobycie władzy i bogactwa oraz na umocnienie pozycji rodu. Od kiedy pamiętał, tylko to starego obchodziło.

Ebbe podniósł puchar do ust, ale zanim zdążył wypić, drzwi komnaty otworzyły się gwałtownie. Do środka wszedł Harald, jeden z jego najstarszych wojowników. Miał zmierzwione włosy i jeszcze ociekał wodą – musiał przybyć wprost z przystani.

– Ranowie krążą na wodach! – powiedział bez zbędnych wstępów. – Chaty rybaków na wybrzeżu już płoną. Widziano trzy łodzie. Może to tylko zwiadowcy, ale jeśli ich nie przepędzimy, wrócą z większą siłą.

Ebbe zaklął pod nosem i odstawił puchar.

– Ilu ludzi mamy gotowych?

– Dwie łodzie mogą ruszyć natychmiast, każda z pełną obsadą. Kolejne dwie dołączą do rana.

Sune, który dotąd słuchał w milczeniu, w końcu się odezwał:

– Dwie nasze na ich trzy? To nam wystarczy.

Miał gniew w głosie i chęć działania w oczach, ale ojciec tylko spojrzał na niego chłodno.

– Nie tym będziesz się zajmować.

– Ale…

– Zrobisz to, co ci każę! Sune zacisnął pięści.

– Dlaczego?!

– Bo mam dla ciebie inne zadanie. – Ebbe wskazał na zwój leżący na stole. – Wyruszysz na południe.

– Gdy Ranowie nękają nasze wody, każesz mi jechać?! Ojciec zmierzył go spojrzeniem.

– Muszę dzielić siły. Ty jedziesz do Marchii, ja zajmę się sprawami tu. Nie ma miejsca na twoje wahanie, synu. Od kiedy masz coś mi do powiedzenia?! – W oczach starego zalśniło coś niebezpiecznie.

Sune przygryzł wargę, ale nie odezwał się już. Harald skinął głową i wyszedł, by zebrać ludzi.

Skjalmsen uniósł się z miejsca i podszedł do okna. Spojrzał w dal, w stronę morza, zamyślony.

– Ranowie… – wymruczał cicho, jakby do siebie. – Znowu będą wojować.

Ebbe odwrócił się do syna, a jego twarz była poważna.

– Ranowie to przekleństwo naszych wybrzeży – powiedział. – Ich wojownicy, okrutni i bezlitośni, przypływają na czarnych żaglach, siejąc ogień i śmierć. Pojawienie się ich łodzi to zwiastun kłopotów, Sune. To znaczy, że znowu będą płonąć wsie, a nasi ludzie będą ginąć lub trafiać w niewolę.

– Myślisz, że przypłynie ich więcej? Ebbe wzruszył ramionami.

– Tego nigdy nie wiadomo. Są nieprzewidywalni. Ale jedno jest pewne: jeśli pojawili się w pobliżu, to znaczy, że szukają łupów. A my mamy coś, czego mogą chcieć. Marchia Północna. – Ebbe wrócił do poprzedniego tematu, jakby nie wydarzyło się nic szczególnego. – Bernhard von Plötzkau. Słyszałeś to nazwisko? Możny, bogaty w ziemie… Margrabia…

Młody wzruszył ramionami.

– A co mnie Sasi obchodzą i ich ziemie. Ebbe zachichotał sucho.

– Nie jego ziemie nas interesują, synu, ale jego wojny. A wojna? – Przeciągnął palcem po krawędzi pucharu. – Wojna to srebrny deszcz, złote żniwa i niewolnicy.

Sune ożywił się, słysząc ostatnie słowo. Niewolnicy trafiali na targi, do domostw, na galery. To nie była wojna o sprawiedliwość, tylko o łupy. To rozumiał.

– Von Plötzkau… – powtórzył Ebbe z namysłem, obracając puchar w dłoni. – Walczyłem u boku jego ojca, Helfericha, gdy stary Knut jeszcze żył. To były czasy, gdy saskie rody coraz śmielej spoglądały na nasze ziemie, a młodzi rycerze szukali okazji do wojny i łupów. Helferich nie był byle wojakiem. Należał do drużyny jednego z książąt saskich. Pamiętam, jak przybył na Zelandię, gdy trwały walki o tron i przez pewien czas służył temu, kto dobrze płacił. Piliśmy razem w Starigardzie, zanim jeszcze cały ten wielki handel uciekł przed słowiańskim ogniem pod bezpieczne mury Szlezwiku. To było po zwycięstwie nad piratami z Gotlandii – ciężka bitwa, ale opłaciła się tym, którzy potrafili wyciągnąć z niej zysk. Helferich był twardy i ostrożny, nie ufał nikomu, kto nie miał za sobą siły. Może Bernhard odziedziczył po nim coś więcej niż nazwisko… Nie sądziłem, że los jeszcze nas połączy, ale teraz jego syn ma władzę, a ja mam kogo mu posłać.

Sune uniósł brew, słuchając po raz kolejny ględzenia starego o danych zwycięstwach. Niech stary pierdziel już kończy, bo nie będę tu siedział do nocy – pomyślał, jednak rozsądek nakazywał mu pozostawić te myśli dla siebie.

– Mnie? – zapytał za to, widząc, jak twarz ojca ciemnieje z gniewu.

– Tak. Mało cię obchodzą ich intrygi i gierki, i dobrze. Von Plötzkau potrzebuje ludzi, którzy nie będą zadawać pytań, tylko podniosą miecz, gdy im każe. Prowadzi wojnę z poganami na wschodzie, a wojna oznacza zdobycze. Jeśli się wykażesz, nie wrócisz do domu z pustymi rękami.

Sune poczuł niesmak.

– Więc mam walczyć dla Sasów?

– Masz walczyć dla siebie – poprawił go Ebbe. – Von Plötzkau ma cesarskie pieczęcie, lecz jak każdy margrabia swój interes stawia na pierwszym miejscu. Pomożesz mu tłumić te buntownicze ścierwa na wschodzie, a on odpłaci ci łupami i ludźmi, których będzie można sprzedać. Wendowie są uparci i krnąbrni, ale za dobrych niewolników można dostać dobrą cenę. Kupcy z południa ochoczo płacą, a potem sprzedają ich kalifom, którzy chętnie biorą ich do służby lub armii, w Kordobie i innych miastach.

Sune przytaknął, ale wciąż miał wątpliwości.

– A jeśli margrabia mnie nie zechce? Ebbe wzruszył ramionami.

– To znajdziesz innego pana. Na wschodzie jest wielu, którzy potrzebują ludzi z ostrym mieczem, ale bez wątpliwości i przesądów. A jeśli będziesz mądry, wyrobisz sobie pozycję. Nie jesteśmy bogatym rodem, Sune. Hvide nie mają jeszcze tylu ziem co Thrugotowie, którzy zagarnęli pastwiska wokół Viborga, ani wpływów Galenów ze Skanii. Nawet Bodilsenowie, co handlują z Gotlandią, mają więcej srebra niż my. Łupy same nas nie wzbogacą – ciągnął Ebbe, wbijając w syna surowe spojrzenie. – Polityka jeszcze cię nie interesuje, i na razie to dobrze. Miecz da ci bogactwo, a bogactwo zdobędzie lojalność. Słuchaj, synu, słowa starszych mają wagę. Jeśli je zignorujesz, łatwo zbłądzisz. Jeśli nasz ród ma przestać być tym, po którym depczą, musisz być twardy i sprytny. Nie wystarczy machać mieczem. Patrz, kto z kim dzieli łupy, kto kryje się za plecami margrabiego, a kto podsuwa pomysły kapłanom. To oni, duchowni, zdobywają prawdziwą władzę. Ich wpływy rosną, a ci, którzy potrafią dobrze posługiwać się słowem, potrafią też sprawić, że losy całych królestw zmieniają się na ich korzyść. Świat sam nic nie daje, trzeba samemu brać. A my weźmiemy, zanim inni zrobią to samo. Pamiętaj, ludźmi rządzi głód: chleba, ziemi lub złota. Jak zobaczysz, że ktoś zaciska pięści, gdy mówi o władzy, to twój człowiek. Jak ktoś odwraca wzrok, gdy wspomnisz króla, to zdrajca. A jak nie wiesz, co robić, uderz pierwszy. Lepiej być okrutnym niż martwym. I nie wierz nikomu. Nawet mnie.

Sune spojrzał na niego uważnie.

– Nie mam wyboru, prawda? Ojciec uśmiechnął się kpiąco.

– Odmawiają tylko ci, którzy go mają.

Ebbe rzucił na ławę ciężką sakiewkę. Srebro zadźwięczało w ciszy komnaty.

– To na początek. A to… – Podszedł do masywnej, okutej żelazem skrzyni stojącej w rogu komnaty. Otworzył ją ostrożnie, ukazując wnętrze wyłożone miękkim suknem. W środku spoczywały różne kosztowności: ozdobne fibule, misternie zdobione pasy oraz kilka srebrnych pucharów. Spośród nich wyciągnął ciężki, srebrny łańcuch. Na centralnym ogniwie widniał wygrawerowany symbol – stylizowany krzyż.

– To otrzymałem od ojca Bernharda wiele lat temu jako znak naszego przymierza. To było, gdy nie miałem niczego i jak ty chciałem tylko walczyć – powiedział, podając łańcuch synowi. Bernhard może nie pamiętać tamtych czasów, ale ten symbol jest znakiem ich rodu. Może to otworzy przed tobą jego drzwi.

Sune wziął łańcuch, czując ciężar i chłód metalu. Przebiegł palcami po grawerunku, zastanawiając się nad historią kryjącą się za tym przedmiotem.

– A jeśli to nie wystarczy? – zapytał.

– Wtedy będziesz musiał polegać na własnym sprycie i sile odparł Ebbe z powagą. – Ten łańcuch to nie ozdoba, lecz znak dawnych przymierzy. Używaj go z rozwagą.

Po tych słowach Ebbe zamknął skrzynię, a Sune schował łańcuch do sakwy. Powoli docierała do niego waga zadania, które przed nim postawiono.

Czy ten symbol, chociaż piękny, wystarczy, by przekonać Bernharda? Myśl o tym, że jego los zależy od tego małego przedmiotu, wypełniła go wątpliwościami.

– Kiedy mam wyruszyć? – zapytał tylko, nie dzieląc się swoimi myślami z ojcem.

Ebbe podniósł się i podszedł do paleniska, patrząc w dogasający ogień.

– Jutro o świcie.

Sune skinął głową i podniósł się, gotów odejść. Gdy już miał wyjść, ojciec odezwał się jeszcze raz, ale cicho, prawie do siebie.

– Nie wracaj z pustymi rękami, bo świat nie szanuje tych, co wracają z niczym. – Ebbe patrzył, jak ogień zamiera na zwęglonych polanach. – A jeśli wrócisz, niech ludzie patrzą na ciebie inaczej, niż spoglądali, gdy wyjeżdżałeś.

Sune nie odpowiedział. Po prostu wyszedł, zamykając za sobą ciężkie drewniane drzwi.

Ebbe został sam, wpatrzony w ostatnie płomienie. Wojna wisiała w powietrzu, a jeśli jego syn miał ją przetrwać, musiał się nauczyć, że honor jest luksusem, na który mogą sobie pozwolić tylko bogaci.

A oni jeszcze do nich nie należeli.

Książkę Tkacz kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Tkacz
Dariusz Bania1
Okładka książki - Tkacz

Świat Słowian, ich wierzeń i dawnych bogów. Pełen szumu cichego wiatru buszującego między sitowiem. I krzyku niosącego się między starym a nowym. Ognistych...