Rutynowy pościg za złodziejami samochodów kończy się poważnym wypadkiem z udziałem policjanta. Dla śledczych z wydziału kryminalnego, Filipa Krauzego i Igora Fijałkowskiego, sprawa przestaje być jedynie kolejnym dochodzeniem. Podążając tropem przestępców, trafiają do świata, gdzie lojalność ma najwyższą cenę. Ich przeciwnicy są bezwzględni i eliminują każdego, kto może im zagrozić – nawet we własnych szeregach. Im bliżej prawdy znajdują się śledczy, z tym większym zagrożeniem się mierzą. W tym starciu ciemność nie tylko skrywa zło, ale potrafi je również pochłonąć.

Do przeczytania powieści Huberta Hendera Ciemność zaprasza Bukowy Las. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Ciemność. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Wiadomość od Filipa była krótka, ale oczywista. Igor doskonale rozumiał ten zdawkowy styl komunikacji. Krauze używał tylu słów i zdań, ilu należało użyć. Ani jednego zbędnego. Ruszył starą czerwoną Hondą pod wskazaną lokalizację. Nie był to precyzyjny adres, tylko wskazanie, że ma zatrzymać się za parkingiem za jedną z przygranicznych miejscowości.
Kiedy dotarł na miejsce, zadzwonił, ale kolega nie odebrał. Nie oddzwonił. Musiał czekać. Robiło się ciemno. Co chwilę widział mijające go auta, jedno za drugim. Po parunastu minutach walenia nogą w rytm niesłyszalnej muzyki, usłyszał stukanie w okno. Igor poruszył się, ale nie zdradził, że się wystraszył. Po prostu cisza i ciemność robiły w tym miejscu odpowiedni podkład dla zmęczonych zmysłów – wyciągały to, co w człowieku najczulsze i najdelikatniejsze. Nawet z niego.
Filip kazał mu wysiąść. Przeszli do ukrytego w leśnym zajeździe drugiego auta, którego nigdy wcześniej nie widział. Nie był to Jaguar Krauzego, lecz zdezelowana Toyota. Ruszyli nią ubitą drogą w głąb lasu. Po kilku kilometrach wyłoniły się rozległe pola, a potem znów wjechali do lasu. Igor się nie odzywał. Trwał w tej przepełnionej milczeniem jeździe. Autem bujało na każdym wgłębieniu i wzniesieniu. Słyszał szorowanie podwozia o wystające między ziemistymi pasami trawy kamienie. Miejsce zapomniane przez ludzi. Królestwo dzikich zwierząt. Leśnych mar. Wielkich czarnych drzew, które rzucały pod wpływem bujających się świateł ogromne cienie.
W pewnym momencie Filip przyhamował, zgasił światła, otworzył na oścież wszystkie okna, ale się nie zatrzymywał. Igor wciąż się nie odzywał, bo wiedział, że teraz jego kumpel będzie jechał na słuch. Już kiedyś tak robił. Nie było widać niczego, choć po jakiejś minucie oczy przyzwyczaiły się do niemal całkowitej ciemności. Ujrzeli nieznacznie rozgwieżdżone niebo. Co jakiś czas zza chmur wyłaniał się księżyc. Dojechali ze zgaszonymi światłami przez leśną drogę. Tuż za lasem Filip zatrzymał auto, wyłączył silnik. W środku pojazdu zapanowała idealna cisza.
– To tu? – zapytał ściszonym głosem. Krauze nie odpowiedział.
– Co jest? Możesz mi wreszcie powiedzieć? Zacząłeś się bawić w leśnego ducha? W harcerza?
– Zamknij się wreszcie – wyszeptał przez zaciśnięte zęby bo wszystko spierdolisz. Od jakiegoś czasu ich obserwuję. Poświęciłem zbyt wiele, byś mi to teraz spieprzył. Albo działasz na moich zasadach, albo wracaj do domu i nie zawracaj mi dupy.
– Co się z tobą stało, Filip?
– Moja praca czasami wymaga więcej niż chodzenie po ulicach, czytanie akt czy gapienie się w ekran komputera.
– Wiem, ale zamieniłeś się w pustelnika. Nigdy nie zostawiłeś rodziny. Nigdy nie wyprowadziłeś się z domu dla sprawy. Przeginasz. Za bardzo się odkleiłeś, wiesz o tym?
– Wytropienie ich wymaga poświęcenia. Ale myślę, że warto – odpowiedział cicho.
Igor chwilę patrzył w ciemną twarz Filipa, człowieka, za którego oddałby wszystko, któremu ufał jak nikomu innemu, i próbował wyczytać coś z jego czarnych oczu, czekał, aż powie coś jeszcze, aż zażartuje, zaśmieje się, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Wreszcie nieznacznie potaknął. Wiedział, że Filip jest nieugięty. Albo będzie grał z nim, albo nie powinien mu przeszkadzać. Zrozumiał, że tutaj nie ma żadnych „pomiędzy”.
– Okej, działam z tobą. Czemu się tu zatrzymaliśmy?
– Tam mają swoją dziuplę. To jest jedyna droga dojazdowa. Nikt nas nie może zobaczyć, bo wszystko pójdzie na marne, a oni znajdą inne miejsce. Nie możemy się zdradzić.
– Jaki masz plan?
– Musimy się trzymać w cieniu i ustalić, jak często pojawiają się samochody. Z jaką częstotliwością tu docierają i z jaką znikają w kawałkach. To ważne, bo dzięki temu określimy, czy jest to tylko podrzędna, czy poważniejsza dziupla. Jeśli ta druga, to znaczy, że pojawiają się tu poważniejsi kierowcy i może robią tam ważniejsi ludzie. Od nich trafimy do paserów. Rozumiesz, że jeśli teraz popełnimy błąd, to pójdzie na marne cały trud? Samochodówki, jego, mój.
Igor potaknął na znak, że rozumie, o jaką stawkę toczy się gra.
– Ustalmy zasady. Nie wpierdalasz się nigdzie z pięściami. Nie działasz sam. Czy to jasne? – zaakcentował, przeciągając ostatnie słowo.
– Co ustaliłeś do tej pory? – odparował bez odpowiadania na pytanie.
Filip obrócił opatuloną w kaptur głowę i popatrzył przed siebie, w ciemność, którą delikatnie rozświetlały światła oddalonej zabudowy gospodarczej. Było to siedlisko złożone z kilku starych budynków – dwie ogromne poniemieckie stodoły z zabudowanymi dechami wjazdami na pojazdy, długi budynek mieszkalny wraz z doklejoną starą stodołą oraz garażami.
– Pojawiają się tu dwa do trzech aut tygodniowo. Głównie Audice, Mercedesy. Widziałem jedną Toyotę, ale pewnie skroili ją przy okazji. Za każde auto średniej klasy mają kilkadziesiąt tysięcy, za Mercedesy od setki wzwyż. Za takiego, jakiego gonił Korzeń, podejrzewam, że znacznie więcej. Interes się kręci. Z naszych danych wynika, że w rejonie znika od jednego do trzech czy czterech na dobę. Biorąc to pod uwagę, w tej dziupli upłynnia się większość z nich. Ale podejrzewam, że są też inne w rejonie. Nie wykluczam, że mają jeszcze jedną lub dwie awaryjne – wyjaśnił cicho.
– W porządku, ale czemu robisz z tego taką tajemnicę?
– Jeśli ktoś się dowie, że mamy ich na oku, znikną. I znów pójdzie się walić wiele miesięcy pracy.
– Krzysiek ci powiedział?
– To nie ma żadnego znaczenia, skąd wiem. Krzysiek mi powiedział, żebym uważał, bo mają kogoś swojego na komendzie. Dlatego o tym miejscu wiesz tylko ty. Korzeń mi wspomniał o dziupli na północny zachód od Kłodzka, bliżej granicy z Czechami. Wziąłem zwolnienie i siedziałem nad tym całymi dniami. Wiesz, ile czasu zajęło mi szukanie miejsc, w których można ukryć co najmniej dwa lub trzy auta, tak by żaden sąsiad nikogo ani niczego nie zauważył? Analizowałem setki albo tysiące lokalizacji. Skupiłem się na pojedynczych zabudowaniach. Odhaczałem miejsce po miejscu, biorąc pod uwagę kryteria, że musi to być odludzie z dobrym dojazdem. Odpowiednio oddalone od pozostałych domów. Odpowiednio osłonięte ścianami budynków. Z dobrą i szybką ucieczką za granicę.
– Znalazłeś to miejsce, analizując mapy?
– Nie tylko, powiedzmy, że byłem na bieżąco z tym, co się dzieje na mieście. Korzeń nie mówił mi wszystkiego, ale kiedy niedawno wpadliśmy na siebie, powiedział, że niedługo zrobi się gorąco i może dojść do kilku ostrych akcji. Wiedział, że grupa ma zlecenia ma Merce. Podobno z Kłodzka miały znikać tylko te auta. Ktoś się wygadał, że mieli zlecenia na parę nówek. Tak się składa, że mój dawny znajomy znał kogoś, kto kupił grafitowego AMG. Spotkałem się z nim. Zrobiliśmy małą zasadzkę. I wtedy zdarzyło się niespodziewanie to, o czym wiesz.
– Wypadek z Korzeniem?
Filip nieznacznie potaknął i się zamyślił. Widać było, że bije się z myślami i coś go gryzie.
– Najgorzej, że częściowo brałem w tym udział, ale nikt o tym nie wiedział.
– Co?
– Byłem tam, kiedy to się stało. Obserwowałem to miejsce. Pojechałem za nimi, ale ich zgubiłem. Dałem dupy, bo ich nie dogoniłem. Próbowałem się z nim skontaktować, ale nie odpowiadał.
– Korzeń ścigał tego złodzieja – dopowiedział Igor.
– Tak. I dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się wszyscy, jak to się stało.
– Ja pierdolę, co za syf – wysyczał Igor, odwracając głowę, by spojrzeć w boczne okno. Bił się z myślami, analizował.
– Wiem. Wiem, że syf. Ale z uwagi na to, jak daleko to zaszło i ile wszyscy zrobili, nie mogłem atakować od razu. Dlatego musimy być ostrożni, by nakryć ich na gorąco. Mają idealną dziuplę, praktycznie zero domów dookoła. Wtedy, kiedy doszło do wypadku, udało mi się wykluczyć ponad połowę domów, w których mogą być dziuple. Złodziej sam wskazał nam kierunek. Zdradził go zwykły instynkt ucieczki do bezpiecznego miejsca. Przeanalizowałem miejsce wypadku i drogę, którą jechał. I analizowałem, dokąd mógł jechać. Sprawdziłem dziesiątki kierunków, miejscowości. I tak, po wielu dniach, wytypowałem parę miejsc. Potem poświęciłem kilka dni na to, by każde z nich obserwować. Pewnego dnia zobaczyłem, jak przez ten właśnie las przejechało dobre auto. Następnego dnia kolejne. Rozumiesz?
Książkę Ciemność kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
