Konrad, brutalny i charyzmatyczny lider młodocianej bandy, nie potrafi zaakceptować porażki. Igor i Marcin, bliźniacy, z którymi dorastał w domu dziecka, odebrali mu wszystko - wpływy i pozycję, na jaką pracował przez lata. Teraz, z pomocą Prosiaka, ostatniego kompana, planuje dotkliwą zemstę.
W tym samym czasie Karolina mierzy się z konsekwencjami przeszłości. Nowe środowisko zamiast ulgi przynosi presję, a brak wsparcia sprawia, że coraz bardziej zamyka się w sobie. Jej jedyną nadzieją staje się kontakt przez internet z osobą podającą się za Igora. Karolina nie wie jednak, że to początek gry, której zasad nie zna.
Gdy drogi Konrada i Karoliny przecinają się ponownie, wszystko wymyka się spod kontroli. Plan ustępuje miejsca obsesji, a gniew i strach splatają się w mrocznym tańcu, z którego nikt nie wyjdzie bez strat.

Prawo zła to kontynuacja Prawa braci – brutalna opowieść o władzy, zależności i nieodwracalnych wyborach. Do lektury powieści, której autorem jest Radosław Paszko, zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Prawo zła:
Wrzaski dobiegające z zewnątrz były nie do wytrzymania. Próbował je zagłuszyć, mocno przyciskając dłonie do uszu, ale niewiele to pomogło. Brak pełnego i spokojnego snu mocno dawał mu się we znaki. Był przemęczony i wściekły, a złość była tym większa, że akurat dziś przyśnił mu się poranek, w którym zamiast awantury budził go zapach naleśników z czekoladą. Rozżalony agresywnie przerzucił się na drugą stronę malutkiej kanapy, niefortunnie uderzając głową w stolik. Miał ochotę wykrzyczeć swoją złość światu, ale nie mógł. Wiedział, że jego mama nienawidziła, kiedy podnosił głos, a bardzo nie chciał, by była na niego zła. Zaciskając z całej siły zęby, wytarł napływające do oczu łzy starym śmierdzącym kocem, którym następnie nakrył się aż po czubek głowy. Zdawał sobie sprawę, że już nie zaśnie, dlatego przestał próbować.
Zrzucił z siebie dziurawą kapotę i ostrożnie postawił stopy na podłodze. Unikając zużytych prezerwatyw oraz strzykawek, ostrożnym krokiem udał się do toalety. Jej smród już dawno przestał robić na nim jakiekolwiek wrażenie. Zapach siarkowodoru, amoniaku i pleśni był wyczuwalny nawet pomimo zatykania nosa palcami, dlatego po prostu nie zwracał na niego uwagi. Kłótnia, która przerwała mu najprzyjemniejszy sen ostatnich miesięcy przeniosła się pod malutkie łazienkowe okienko. Stając na desce klozetowej, próbował dostrzec, z kim spotkała się jego mama, choć ton rozmowy mógł wskazywać tylko jedną osobę.
Roman – jej kochanek – ostatnio zjawiał się u nich coraz częściej. To właśnie on odpowiadał za to, że praktycznie każdy poranek wyglądał tak samo. Jednak dziś było inaczej. Był bardziej pobudzony i agresywniejszy niż zwykle, co mogło zwiastować tylko jedno – kłopoty. Pomimo trafnego rozpoznania humoru amanta matki, tego, co wydarzyło się chwilę później, nawet nie brał pod uwagę.
Romek chwycił ją za gardło, popchnął na ścianę kampera, a następnie z całej siły uderzył pięścią w twarz. Niewiele myśląc, wybiegł z pojazdu i w obronie swojej rodzicielki rzucił się na konkubenta.
Gdyby to była scena w reżyserowanej komedii, wszyscy pękaliby ze śmiechu. Ale to nie był film.
Bosy ośmioletni chłopiec, w samych majtkach z motywem Żółwi Ninja, właśnie beznadziejnie starał się zadać choćby jeden cios postawnemu dorosłemu mężczyźnie. Roman, widząc zaciekłość i płonące nienawiścią oczy, po prostu wybuchnął śmiechem. Złapał malucha jedną ręką za głowę i z impetem odepchnął go na bok niczym wadzący śmieć. Ośmiolatek wywracając się na ulicę, zdrapał sobie część skóry pleców. To jednak nie powstrzymało go przed dalszymi próbami. Chłopiec szybko podniósł się na nogi i ruszył w stronę kochanka matki, który szarpał kobietę za włosy. Unikając męskiej ręki i wymierzonego na odlew ciosu, z całej siły uderzył Romana w krocze. Efekt był piorunujący, a zwijający się z bólu mężczyzna przestał zwracać na nich uwagę.
Niewiele myśląc, podbiegł do mamy. Próbował podnieść ją z ziemi, ale na próżno. Przez spływającą z brwi krew kobieta nie mogła otworzyć oczu, a chwiejność jej kroków świadczyła tylko o jednym – poranną dawkę narkotyków miała już za sobą. Czuł złość i beznadziejną bezradność, ale powstrzymał łzy. Walcząc z wiotkim ciałem matki, z całych sił starał się utrzymać równowagę. Gdy udało mu się zarzucić ją sobie na bark, jakaś magiczna siła znów posłała go na łopatki. Wściekłość Romana była wręcz namacalna. Przyspieszony, cuchnący alkoholem oddech, nienaturalnie wielkie źrenice oraz ogrza twarz wzbudzały strach. Chciał wstać, ale przerażenie było silniejsze. Przygwożdżony do ziemi mógł tylko obserwować, jak kochanek matki właśnie kopie ją po głowie i brzuchu. Zanim zdążył otworzyć usta, by wezwać pomoc, został brutalnie podniesiony za szyję i rzucony w przyczepę. Ból potylicy bardzo szybko rozchodził się po całej głowie, a rwanie kręgosłupa promieniowało aż do czubków palców. Niepotrzebnie próbował otworzyć oczy. Przez chwilę zastanawiał się, czy gdyby zacisnął powieki, to bolałoby tak samo. Zaraz jednak przestał się zastanawiać. Stracił przytomność po trzecim ciosie.
Ocknął się, gdy jego rana na głowie zapiekła żywym ogniem. Próbował wstać, ale powstrzymała go damska dłoń przyciskająca jego ciało do kanapy.
– Leż spokojnie, skarbie, muszę przemyć rozcięcie.
– Czy on dalej tu jest? – spytał, sepleniąc przez spuchniętą wargę, ale nie usłyszał odpowiedzi.
Po chwili dostrzegł, że pomimo prób opatrzenia jego ran, sama nie zdążyła jeszcze dokładnie pozbyć się krwi z własnej twarzy. Nie musiała odpowiadać. Zapach tanich papierosów dochodzący z zewnątrz jasno wskazywał, że Roman wyszedł tylko zapalić.
Kilka minut później oboje aż podskoczyli. Kochanek matki jak oparzony wbiegł do środka, szaleńczo omiatając wzrokiem wnętrze kampera. Zauważył, że na jego twarzy rysuje się paniczny strach, a czoło ubarwiał perlisty pot.
– Jeśli któreś z was choć piśnie im słowo, to *** jak psa – warknął, chowając się w toalecie, czym wzbudził w nich przepełnioną obawą konsternację.
Dopiero po chwili usłyszeli dźwięk strzelającego spod kół żwiru. Ktoś podjechał pod ich przyczepę.
– Nakryj się i bądź cicho – powiedziała prawie szeptem kobieta i wyszła na zewnątrz.
Pomimo ogromnego strachu, który go ogarniał, nie mógł pozwolić, by ktoś znów skrzywdził jego matkę. Zanim zrzucił z siebie koc, doszedł do niego jej podniesiony ton. To go sparaliżowało.
– Nie ma go tu! – warknęła rodzicielka.
– Widzę, że się dogadujecie – oznajmił zimny głos, po którym nastąpiła salwa męskiego śmiechu.
– Po *** go kryjesz? Widziałaś się w lustrze? Chyba, że sama sobie to zrobiłaś – odezwał się ktoś drugi, młodszy.
– *** cię to obchodzi – odpysknęła kobieta.
– Ostatni raz spytam, bo nie mam czasu. Gdzie on jest? – Każdego z trzech facetów, których usłyszał cechowały chłód i opanowanie.
– W ***! Nie ma go…
Nie zdążyła dokończyć. Nauczył się rozpoznawać dźwięk uderzenia w twarz już dawno temu. Rozpędził się, by jej pomóc, ale gdy był w pół drogi do drzwi, weszli oni.
Było ich czterech, każdy ubrany na czarno. Dwóch rozglądało się w środku, a dwaj pozostali czekali na zewnątrz. Wyglądali jak grabarze. Przed rzuceniem się im do gardła powstrzymał go refleks światła, który odbiła przyczepiona do paska broń. Widząc ją, stanął jak wryty. Odwrócili się w jego stronę, ale nie wzbudzali obrzydzenia, tak, jak Roman. Byli zupełnie inni. Opanowani i uśmiechnięci, ale na pewno nie słabi. Biła od nich niespotykana pewność siebie, która przyciągała niczym magnes. Jednak świadomość podpowiadała, by trzymać się od nich z daleka. Nie musieli starać się wyglądać groźnie, by wzbudzać szacunek. Wprost przeciwnie do kochanka matki.
– Cześć, mały – rzucił jeden z nich, nachylając się nad nim. – Nie chcemy być tu dłużej, niż musimy. Powiedz nam, gdzie jest ten, który… – przerwał, łapiąc go za podbródek i obracając głowę – …wam to zrobił – dokończył z grymasem.
Nie wiedział dlaczego, ale był im wdzięczny. Coś wewnętrznie podpowiadało mu, że przyszli z pomocą, ale nie byli to rycerze na białych koniach. Przypominali bardziej szwadron śmierci i demony na szkieletach ogierów. A biorąc pod uwagę to, jaką osobą był Roman, to właśnie takiej pomocy by oczekiwał, gdyby się po nią zgłosił.
– W toalecie – odparł, czując się jak pęknięty balon, z którego nagle wyleciało całe powietrze.
– Zuch chłopak – odpowiedział z uśmiechem mężczyzna, w dalszym ciągu nachylając się nad nim. Po chwili zaprosił do środka swojego kolegę, który wyprowadził chłopca, zamykając za sobą drzwi. Gdy chłopak pobiegł przytulić matkę, ta odepchnęła go od siebie.
– Coś ty narobił… – rzuciła załamana, zaglądając przez okno w poszukiwaniu ukochanego.
Z przebiegu spotkania szwadronu śmierci i Romka wywnioskował, że było ono ostatnim przypomnieniem o zaciągniętym długu i kończącym się terminie spłaty. Słysząc dochodzące z toalety wrzaski, płacz i szlochanie amanta matki, zastanawiał się, co mogli mu robić. Chciał być na ich miejscu lub im pomóc, bo wycie Romana działało na niego kojąco.
Zupełnie inne emocje towarzyszyły jego matce, która błagała, by przestali. Był im wdzięczny, że jej nie posłuchali. Spotkanie w łazience trwało jakieś dwadzieścia minut, po których cała czwórka opuściła teren, odjeżdżając w stronę miasta. Gdy kobieta pobiegła sprawdzić stan zdrowia konkubenta, chłopak jeszcze długo wpatrywał się w niknący za horyzontem pojazd. Dziś życie zmusiło go, by po raz pierwszy wybrać, co jest ważniejsze – trzymać się matki czy przestać być bezsilnym. Jeszcze parę dni temu zrobiłby dla niej wszystko, ale teraz stracił tę pewność. Do tego przegrał walkę o jej uwagę z facetem, który ją bił i poniżał. To bolało bardziej niż zdarte plecy i rozbita głowa. A może to była jego wina? Bo był mały i słaby?
Dzisiejsza lekcja pozostanie już z nim na zawsze. Wiedział, że słabsi zawsze przegrywają, a on nie chciał być słaby. Zafascynowany ludźmi, którzy do nich przyjechali, bardzo długo wpatrywał się w unoszący za nimi kurz. Rozpamiętywał i podziwiał ich postawę, stanowczość oraz pewność siebie. Zrozumiał, że Romek nie jest niezniszczalny, a pokonać go można, będąc silniejszym. Chciał być tak silny jak mężczyźni z czarnego Mercedesa. Czuł, że nie byli dobrzy, ale jeśli zło miało zostać pokonane przez większe zło, to chciał być jak oni. Zauważył też, że w grupie ma się ogromną przewagę, dlatego chciał stworzyć taką samą. Pragnął kiedyś pokonać Romana.
Przez moment zastanawiał się nad tym, czy nie pobiec za autem, by odjechać razem z nimi, ale postanowił zostać. Niestety niedane mu było dłuższe analizowanie swojego losu, bo myśl o ewentualnej przyszłości skończyła się szybciej, niż zdążyła ułożyć. Ponownie brutalnie przekonał się o tym, kto rządzi światem i dlaczego.
– Zabiję tego *** gnoja – usłyszał zza pleców.
Chwilę później poczuł jak grunt osuwa mu się spod nóg. Nieprzyjemny chłód rozchodził się wzdłuż kręgosłupa, a światło słońca zaczęło niebezpiecznie szybko gasnąć. Nie widział swojego upadku twarzą w piach, ale usłyszał upuszczony obok głowy metalowy pręt.
Książkę Prawo zła kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
