Rzeka nas łączy. Fragment książki „Okna pełne błękitu"

Data: 2026-07-14 12:53:22 | Ten artykuł przeczytasz w 11 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Książka Beaty Piliszek-Słowińskiej Okna pełne błękitu jest ponadczasową, zadziwiającą opowieścią o oswajaniu samotności i oczekiwaniu na zmianę. W gruncie rzeczy to pełna zadumy historia odkrywania piękna w prostocie i pielęgnowania nadziei w trudnych chwilach.

Metaforyczna opowieść o Ewie, najpierw dziecku, potem młodej dziewczynie, aż w końcu kobiecie, która szukała sensu istnienia oraz źródła szczęścia. Powoli odkrywała wagę słów i ich moc zmieniania świata, aż w końcu zrozumiała, co jest naprawdę ważne. Rodzinne tajemnice, doświadczenia, obawy i wątpliwości nie odebrały jej radości obcowania z przypadkowo spotkanymi, intrygującymi nieznajomymi.

Gdy Ewa opanowała trudną sztukę życia w pojedynkę i tracenia tego, co cenne, wydarzyło się coś niezwykłego...

„Okna pełne błękitu" to opowieść o każdym z nas, (...) pełna poetyckiego piękna refleksja o stawaniu się człowiekiem, czyli kimś niepowtarzalnym, a jednocześnie kimś dzielącym z innymi ludźmi tę samą naturę, podobne potrzeby, aspiracje i pragnienia. To książka o wspólnych nam marzeniach i o wrodzonym pragnieniu szczęścia, które nie pojawia się w naszym życiu samoczynnie.

ks. Marek Dziewiecki

Okna pełne błękitu to historia o życiu jako drodze, której nie da się zaplanować. O przypadkach, które sprowadzają do nas ludzi. O słowach, które mogą podtrzymać nadzieję. O tym, że człowiek nie przestaje potrzebować innych, o stracie, pamięci, dojrzewaniu i poszukiwaniu szczęścia. Beata Piliszek-Słowińska opowiada tę historię z czułością i szczerością. Ta lektura to przepiękne literackie doświadczenie – pisze Danuta Awolusi w recenzji książki Okna pełne błękitu.

Zapraszamy do przeczytania książki Beaty Piliszek-Słowińskiej. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Okna pełne błękitu. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Agnieszka

W oddali rysowała się drobna postać, jakby cień.

− A któż to wędruje brzegiem rzeki? Nie lepiej iść po wydeptanej ścieżce? – zapytał Jacek dziewczynę, która chciała ominąć dom na skale i ruszyć dalej.

− Wydeptane ścieżki bywają śliskie. Wolę chodzić swoją drogą. Dzień dobry! – odpowiedziała z uśmiechem. Było w niej coś niezwykłego, coś, co wbijało się klinem w serce.

− Zapraszam do nas. Obiad jeszcze nie wystygł – zawołała Ewa z góry, zobaczywszy w dziewczynie swoje odbicie: twarz ukryta pod słomkowym kapeluszem, związane włosy opadające w grubym warkoczu prawie do ziemi. Były w podobnym wieku. Niezwykle rzadko zdarzało się, aby młoda dziewczyna podróżowała samotnie, więc Ewa nie mogła stracić okazji do rozmowy.

Krzątała się teraz w kuchni, częstując przybyłą. Szukała pokrewnej duszy, od kiedy pamiętała, a dziewczyna wzbudzała ciekawość jasnością spojrzenia. Była tak jak… jakby jej nie było. Mówiła cicho, więc wszyscy wstrzymywali oddech, aby usłyszeć jej słowa.

− Och, dziękuję. Nie śmiałam prosić. Mam na imię Agnieszka. Wracam do domu po latach. Jeszcze dwa, trzy dni i spotkam się z bliskimi, którzy pewnie na mnie bardzo czekają. Piękny dom na wysokiej skale… Chciałabym oglądać świat z lotu ptaka, jak wy. – Uśmiechnęła się.

− To dom i nie dom, ale rzeczywiście wspaniałe miejsce do obserwowania. Tylko z jednego okna nie widać horyzontu. Mając takie widoki, maluję… Obrazy same wchodzą do wnętrza przez otwarte okna – wyjaśniała śpiesznie Ewa.

− Ja tylko coś chybcikiem szkicuję, a swoje obrazki zostawiam po drodze u dobrych ludzi, albo w gospodzie, gdzie nocuję. Nawet jednej nocy nie spędziłam pod gołym niebem… − Agnieszka przerwała, machnęła nerwowo dłonią, aż w końcu zaniosła się kaszlem. Nie mogła złapać tchu i raz po raz wycierała usta chusteczką. Ewa podała jej wodę, a Anna śpiesznie parzyła ziołową herbatę. Po chwili atak minął, lecz już wiadomo było, że bladość dziewczyny jest zapewne spowodowana chorobą. Agnieszka wydała się mniejsza, jakby jej ubyło. Ewa pomyślała, że jest podobna do księżyca, który po pełni coraz bardziej przybiera kształt sierpa. – Przepraszam, chyba się przeziębiłam. Pokażesz mi swoje obrazy? – zapytała Ewę.

− Samo sedno, istota rzeczy? Nie do wiary! – zawołała Agnieszka, od razu rozpoznawszy.

− Jeszcze nie wiem. Ma być to istota rzeczy, ale marszand często nadaje moim obrazom zupełnie inne nazwy. Przerabiam go kolejny raz – relacjonowała swoje twórcze męki Ewa.

− Chcesz ukazać to, co ponad rzeczami, a nie w samej rzeczy. Rozumiem. To trudne, jak malowanie duchów. Ja odwzorowuję: dziecko budujące zamki z piasku, kobietę piorącą na tarze, karczmarza za kontuarem. Tak jest łatwiej. Muszę przeżyć, by wrócić do domu nad brzegiem tej samej rzeki, tylko u źródeł. Mogę cię jutro naszkicować, jeśli chcesz. Zajmie mi to chwilę – zaproponowała Agnieszka.

− Rzeka nas łączy. Teraz rozumiem, dlaczego nie chcesz stracić jej z oczu i wędrujesz brzegiem. Nikt mnie nigdy nie malował, więc chętnie – zgodziła się Ewa.

− Kilka lat temu szybko płynęłam w dół rzeki na spotkanie marzeń, a teraz tak trudno wracać pod prąd. Moje siostry też chciały się uczyć, lecz rodzice żyli skromnie, i tylko mnie jednej mogli dać wykształcenie. Wyjeżdżając, obiecałam, że po powrocie przekażę im całą wiedzę. Mam też dwóch starszych braci. – Na twarzy Agnieszki nie widać było radości, jakiej można by się spodziewać po osobie spełnionej.

− Ale chyba udało ci się zrealizować plany? – zapytała Ewa. Mówienie o marzeniach krępowało ją, od kiedy dorosła, wolała je nazywać pragnieniami lub po prostu planami, bo to sprawiało, że wydawały się poważniejsze.

− Udało się, zostałam nauczycielką, tak jak marzyłam. Śniłam, że wyrwę się do lepszego świata, a to prawie niemożliwe w przypadku dziewczyny takiej jak ja. Teraz… – Agnieszka czuła, że nadchodzi kolejny atak, znów charakterystycznie poruszała palcami, jakby potrącała struny instrumentu mającego zstąpić aparat mowy. Potem już nie wracały do tematu, zresztą zmęczenie dawało znać o sobie.

Anna i Jacek czekali, aż dziewczęta zejdą na dół, i zagadywali Agnieszkę, lecz ta była zbyt utrudzona wędrówką. Przez chwilę obserwowali jej tajemnicze piękno, bladą twarz i długie rzęsy. Wreszcie Anna zaprowadziła ją do łóżka.

− Niezwykła skromność, bystry umysł. Co za dziewczyna! – westchnął Jacek cicho, aby jej nie zbudzić.

− Od razu rozpoznała istotę rzeczy. Silna i… taka delikatna. Jakby przezroczysta… − stwierdziła Ewa. Rzeczywiście jej wątłe kształty niknęły w zbyt obszernej sukni.

− Wygląda na chorą – podsumowała Anna.

Jacek smutno pokiwał głową, po czym oparł ją na zaplecionych dłoniach, jakby nagle wydała mu się zbyt ciężka, a po chwili dodał:

− Przypomina mi moją siostrę, która odeszła w kwiecie wieku. Jedynym lekarstwem na tę chorobę jest własna siła, wszystko inne zawodzi. I wola walki. Trzeba bardzo chcieć wyzdrowieć. Mnie się udało, mojej siostrze nie. Obawiam się, że do rodzinnego gniazda Agnieszka zaniesie nie tylko wiedzę, lecz także chorobę…

− Gdzie właściwie odeszła siostra? Czy Agnieszka jest świadoma, że będzie musiała walczyć z poważną chorobą? – dopytywała Ewa.

Jacek wyszedł w pośpiechu, a Anna szperała w skrzyni.

− Jest resztka cudownego proszku. Dać jej czy zachować na czarną godzinę? – zapytała.

− Musi zwyciężyć, więc daj! Chyba bagatelizuje chorobę. Oby szybko zrozumiała, jak ważny bój przed nią. – Ewa się nie wahała.

Niektóre tematy wydają się interesujące, tylko gdy się o nich milczy. Gdy się mówi, brzmią jakoś smętnie lub zwyczajnie. Nikt nie miał odwagi opowiadać Ewie o drodze, z której nie można zawrócić, a w którą udała się siostra Jacka… Dziewczyna nalegała.

− Trzeba przejść przez bramę – zaczął wyjaśniać.

− Przez wąskie gardło – sprostowała Anna. – Idzie się do krainy, gdzie nie zachodzi słońce, jest zawsze ciepło i kłopoty nie istnieją.

− Najpierw trzeba dobrze wybrać drogę. Niektóre uliczki bywają ślepe i prowadzą donikąd – dodał Jacek. – Zresztą niewiele wiadomo o tej krainie, bo nikt, kogo znam, stamtąd nie wrócił…

− Chciałabym tam iść – powiedziała Ewa w zamyśleniu.

Anna i Jacek popatrzyli na siebie.

− Nie spiesz się, w tę drogę i tak się wybierzesz, gdy nadejdzie pora – odparł Jacek.

Agnieszka wstała rano wypoczęta. Po śniadaniu naszkicowała Ewę stojącą z pędzlem przy sztalugach. Króliki u jej stóp były jak żywe, choć czarno-białe. Anna stała za jej plecami i nie mogła pohamować westchnień zachwytu.

− Genialne, nie znam nikogo, kto tworzyłby z taką łatwością – powiedziała do Agnieszki.

Ewa spojrzała na nią przelotnie z ustami w podkówkę, czasami nawet nic nieznaczące zdania ją urażały. Od zawsze chciała mieć grubszą skórę, a miała zbyt cienką i odbierała świat zbyt intensywnie. Miała pretensje do siebie, że czuje ukłucie żalu, gdy słyszy pochwały kierowane do kogoś innego. Przecież nie powinno jej to dotykać.

− Ja tylko rysuję to, co widzę. Nic więcej. Wystarczy popatrzeć, pomyśleć, ułożyć odpowiednio dłoń, poruszyć mięśniami i skopiować. To proste, choć na pewno wymaga pewnej wprawy. Zawsze coś gryzmoliłam na skrawku papieru, czasami na piasku lub w mące rozsypanej na stolnicy – odpowiedziała Agnieszka.

Nie było w niej ambicji twórczych, tylko zwyczajna radość z wyuczonej umiejętności. Dziś uśmiechała się więcej. Wyraźnie była w swoim żywiole. Ewa bardzo chciała ją zatrzymać, lecz wiedziała, że dziewczyna musi, a raczej chce, wracać do domu. Ta chęć bardzo je do siebie zbliżała, ale i rozdzielała jednocześnie, bo choć ich domy znajdowały się nad tą samą rzeką, to jednak daleko od siebie.

− Co teraz? – zapytała Ewa.

− Muszę zadbać o rodzeństwo i znaleźć pracę w pobliżu. Proszę bardzo. – Podała gotowy szkic.

Ewa i Anna patrzyły zauroczone precyzją rysunku Agnieszki. Nietuzinkowa prostota – to najpewniej najważniejsza cecha dziewczyny. Miała odwagę bycia sobą w swojej niedoskonałości, zwyczajności, nie chciała być nikim więcej. Nikogo nie udawała, stąd jej niewymuszona naturalność. Niestety, kolejny atak kaszlu przerwał rozmowę.

− Zamarzyłam o lepszym życiu, więc ruszyłam w nieznane. Pamiętam, jak płynąc z nurtem, podziwiałam wasz dom na skale. Został mi w pamięci – kontynuowała. – Nie było łatwo. Nadzieja na spełnienie marzeń była najlepszą nauczycielką cierpliwości w trudnych chwilach. Jeśli czegoś się naprawdę pragnie, to trzeba pewne rzeczy odrzucić i wiele innych poświęcić. Nie da się iść wieloma drogami jednocześnie, jeśli się tego spróbuje, padnie się ze zmęczenia. Więc trzeba wybrać jedną. A potem wystarczy krok po kroku kierować się w stronę wybranego celu i pamiętać, że wola oraz wytrwałość są ważniejsze niż stopy, którymi odciska się ślady na piasku.

− Wszyscy zmierzamy do celu. Chcesz powiedzieć, że marzenia mają moc zmieniania życia?

− Mają… Ale na początku musimy SIĘ zmierzyć z celem, aby potem do niego zmierzać. Musimy ocenić, czy jest on realny, wykonalny, właściwy i tak dalej, a później podążamy do niego możliwie najkrótszą drogą − głośno myślała przybyła.

Wczesnym przedpołudniem odprowadzili Agnieszkę przed bramę. Patrzyli, jak chowa się za skałą. A może po prostu zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu jak zjawa? Potem przez wiele dni roztrząsali, jak to możliwe, że w tak filigranowym ciele tkwiła tak wielka siła, siła marzeń… Byli dobrej myśli − uważali, że jej wola życia pokona chorobę. Pozostała tylko wątpliwość, czy marzenia, pragnienia czasami nie prowadzą do zguby.

Książkę Okna pełne błękitu kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

[tabelka=6423522]

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Okna pełne błękitu
Beata Piliszek-Słowińska 0
Okładka książki - Okna pełne błękitu

Książka "Okna pełne błękitu" jest ponadczasową, zadziwiającą opowieścią o oswajaniu samotności i oczekiwaniu na zmianę. W gruncie rzeczy to pełna zadumy...

Recenzje miesiąca Pokaż wszystkie recenzje