Spokojna tafla jeziora Omulew od dziesięcioleci skrywa sekret, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego.
Gdy młody pasjonat historii postanawia rozwikłać zagadkę sięgającą ostatnich miesięcy II wojny światowej, nie przypuszcza, że wkracza na teren, gdzie przeszłość wciąż potrafi zabijać. W mazurskich lasach pełnych bunkrów i zapomnianych schronów każda wskazówka prowadzi do kolejnych pytań. Kim byli ludzie strzegący tajemnicy ukrytej nad jeziorem Omulew? Co wydarzyło się w zamkniętej strefie wojskowej? I dlaczego ktoś nadal nie chce, by prawda wyszła na jaw?

Wilcze sekrety Przemysława Kaweckiego to pełen napięcia thriller historyczny, w którym piękno mazurskich jezior skrywa mroczną przeszłość, a każdy kolejny trop przybliża bohatera do prawdy, za którą przed laty płacono najwyższą cenę. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Esprit. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Wilcze sekrety:
Prolog
Ciało płetwonurka unosiło się na powierzchni jeziora. Poruszane delikatnymi falami powoli dryfowało w kierunku największej wyspy na długim, przypominającym rzekę jeziorze Omulew. Ciemna toń akwenu pomarszczona przez zachodni wiatr nie pozwalała dostrzec zbyt wielu szczegółów. Wędkarz, który jeszcze kilkadziesiąt minut temu cieszył się, że złowił ogromnego szczupaka, teraz siedział przerażony w swojej łódce i mimowolnie wpatrywał się w plecy trupa. Siedząca obok wędkarza żona ze łzami w oczach szeptała jakieś niezrozumiałe modlitwy.
Policja wezwana na miejsce zdarzenia spóźniała się, bo wszystkie patrole wyjechały na oględziny spalonej daczy, znajdującej się w przytulonej do jeziora miejscowości Wikno. Wiatr roznosił po całej okolicy zapach spalenizny i coraz już wątlejsze stróżki ciemnego, gryzącego dymu. Przy dogasających zgliszczach kręciły się dwa zastępy strażaków, policjanci i prokurator. Krzątali się tam również elegancko ubrani mężczyźni, których zarówno strój, jak i zachowanie przywodziły na myśl służby ochraniające położone niedaleko ośrodki wypoczynkowe należące do rządu i wojska. Na piaszczystej drodze prowadzącej do posesji w samych szlafrokach stali generał, jego żona i wnuczka.
Trwali w bezruchu. Opuścili budynek w ostatnim momencie, zabierając tylko to, co mieli na sobie. Z terenówki na niemieckich rejestracjach zaparkowanej nieopodal radiowozów całą sytuację obserwował samotny mężczyzna. Był spokojny i opanowany. A jednak jego spojrzenie przypominało zachmurzone, ołowiane niebo. W ogólnym zamęcie: ryku syren, dziesiątkach pytań i spojrzeń nikt nie zauważył trzech starszych mężczyzn, którzy oderwali się od tłumu gapiów. Jeden z nich wrócił do łódki. Pozostali wsiedli na stare, zdezelowane rowery i pojechali w stronę lasu – największego strażnika mazurskich tajemnic.
Rozdział I
Sierpień 1944
Ciężarówka jechała powoli, raz po raz podskakując na kamieniach, którymi wybrukowana była droga. Po lewej stronie nad bagniskiem unosiła się poranna mgła, której nie zdążyły rozgonić promienie wschodzącego słońca. Pośród wszechogarniającej bieli rozświetlonej światłem budzącego się dnia majaczyły konary powalonych drzew. W oddali jakaś zabłąkana sarna podniosła głowę, czujnie nasłuchując warkotu samochodu. Po drugiej stronie drogi wznosiło się łagodne wzgórze porośnięte starymi, wielkimi dębami. Ich korzenie rozłożyły się na ziemi niczym potężne węże strzegące tajemnicy góry, która od wielkiej wojny poryta była okopami. Dzisiaj również działali tu wojskowi, ale prace przeniesiono na obszar nieuchwytny dla niewprawnego oka. Nikt nie wiedział, po co każdego dnia dwie zakryte plandekami ciężarówki wjeżdżają do zamkniętej strefy lasu rozpoczynającej się tuż za leśniczówką Terten. Jedni mówili, że żołnierze montują jakiś specjalny rodzaj broni, inni – że z samochodów słychać rosyjskie głosy, prośby o pomoc. Żadna z tych teorii dotychczas nie znalazła potwierdzenia i to, co naprawdę działo się w lesie na południowym skraju jeziora Omulew, wciąż pozostawało zagadką.
Koła pierwszej ciężarówki zadudniły na moście przerzuconym nad rzeką Koniuszanką, która kilkadziesiąt metrów dalej wpadała do jeziora. Samochód zaczął wspinać się kamienistą drogą, by nagle skręcić w wąską, choć dobrze już rozjeżdżoną ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Drugi wóz zatrzymał się tuż przed mostem. Z kabiny wyskoczył żołnierz w mundurze SS i podniósł plandekę, spod której wyskoczyło dwóch kolejnych żołnierzy z odbezpieczonymi karabinami.
– Schnella! Raus!
Z samochodu zaczęli schodzić mężczyźni w mundurach czerwonoarmistów. Nie mieli żadnych oznaczeń, jedynie charakterystyczny fason wskazywał, w jakiej armii wcześniej służyli. Obok wschodnich, okrągłych twarzy pojawiły się skośnookie oczy Mongołów i innych, jeszcze bardziej egzotycznych mieszkańców sowieckiej Rosji. Wychodzili niespiesznie. Niektórzy, przeciągając się, prostowali kości. Niemcy szybko, nie pozwalając na zbyt długie ociąganie, ustawili ich w dwóch szeregach, policzyli i poprowadzili w kierunku najstarszego w tej okolicy dębu. Dąb cesarza Wilhelma już w czasach Bismarcka został uznany za pomnik przyrody. Trzeba było pięciu ludzi, aby go objąć. Drzewo swoimi potężnymi konarami dokładnie zasłaniało to, co działo się w pobliżu.
Jeńcy zatrzymali się przy kępie choinek. Na pierwszy rzut oka wydawała się naturalnym zagajnikiem, w którym przycupnęło mnóstwo młodych drzewek. Tymczasem Rosjanie zaczęli wyciągać świerczki z ziemi z taką łatwością, jakby mieli nienaturalną siłę w rękach. Zagajnik w ciągu kilku minut został rozebrany. Usunięto również siatkę maskującą, pod którą ułożono stos drewnianych palet zasłaniających wejście do wnętrza góry. Robotnicy – jeden po drugim – zniknęli w czeluściach ziemi. Żołnierze, z wyjątkiem jednego, zostali na zewnątrz. Zapalili papierosy i wesoło o czymś rozmawiali. Oprócz ich głosów słychać było tylko szum płynącej rzeki, śpiew ptaków i szelest drzew. W powietrzu unosił się zapach ropy ze stygnącego silnika ciężarówki. Trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka minut temu roiło się tu od ludzi wyposażonych w narzędzia do pracy.
Trzech chłopców ukrytych w resztkach porannej mgły za wielkim zwalonym pniem olchy z szeroko otwartymi oczami obserwowało całą scenę. Kiedy nastała cisza, z przerażeniem, ale i błyskiem w oku spojrzeli jeden na drugiego. W końcu najmłodszy z nich wydusił szeptem:
– Co to może być? Was soll das sein? Czego oni szukają pod ziemią?
Chyłkiem zaczęli wycofywać się z zakazanego terenu. Nagle skoczył na nich potężny wilczur. Krzyknęli z przerażenia. W tym samym momencie czyjeś ręce chwyciły ich za karki i pociągnęły w górę.
Książkę Wilcze sekrety kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
