Karolina zajeżdża drogę furgonetce antyaborcyjnej na jednej z głównych arterii Warszawy. Świadkiem zdarzenia jest Jan, udający się do prawicowej redakcji, w której pracuje. Postanawia nagrać kłócącą się z kierowcą dziewczynę, a potem umieścić film w sieci, by zapunktować u szefostwa. Szybko jednak dopadają go wyrzuty sumienia powodowane piorunującym zauroczeniem Karoliną. Los stawia ich przed sobą już dzień później.
Przeznaczenia po prostu nie sposób zatrzymać...

Do lektury powieści Anny Ryźlak i Marcina Popczyńskiego Nie cudzołóż zaprasza Wydawnictwo Mięta. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Nie cudzołóż:
Poniedziałek
„Kto ma zwierzę, ten ma dodatkowy problem”, mawiała moja matka, z którą praktycznie nigdy nie byłam w stanie się zgodzić. W kontrze pół życia upierałam się, że domowy pupil to wyłącznie przyjemność, przywiązanie, miłość, absolutnie nie przyznawałam jej racji, że dodatkowe obowiązki rodzą czasem kłopoty.
W tym właśnie momencie Spoko wył niemiłosiernie, bo przypinanie go w bagażniku na czas podróży spoko nigdy dla niego nie było. Ale innego wyjścia brak, bo bez pasów zawsze przelezie: najpierw na tył, potem na siedzenie obok kierowcy, by ostatecznie władować mi się na kolana. Tam jest okej. Jego zdaniem. Najwyżej razem pójdziemy do piachu.
Kundelos wielkości spaniela, lat dziewięć, mogący się pochwalić najdłuższym stażem wśród moich życiowych współlokatorów, wczoraj w nocy zaniemógł jelitowo, i to dość ostro. Doktor Dolittle czekał już zwarty i gotowy na mojego psa w gabinecie zaledwie dwie przecznice dalej, chętny dać mu się wycałować przed procedurami medycznymi, podobnie zresztą jak każdemu czworonogowi, który go odwiedzał. Podziwiam. Rzucę tylko, że chyba nie widział, co Spoko całował na ziemi przed wejściem do jego gabinetu, no ale de gustibus non est disputandum.
Gustibus.
Bus.
No proszę. Żółte Renault Master. Koloru takiego jak Family Frost, charakterystyczny samochód rozwożący po polskich wsiach i małomiasteczkowych osiedlach mrożone pizze czy lody (pamiętam go też z Warszawy, ale kto powiedział, że ta wsią być momentami nie może). Jeżeli ktoś jest równie stary jak ja (trzydzieści i dziewięć – jawna niesprawiedliwość), ma prawo pamiętać… I akurat ja musiałam na to trafić? Nie pan w czerwonym Clio za mną ani laska w białej Hondzie po mojej lewej, wypuszczająca właśnie chmurę dymu z elektronika?
No dobrze, co my tu mamy, przyjrzyjmy się dokładniej…
„Pigułka antykoncepcyjna zabija” – tyle z wizji.
„Mordercy i morderczynie” – tyle z fonii.
Furgonetka załadowana nienawiścią od maski po rurę wydechową.
Rajnert, to tylko dwie przecznice. Tylko dwie. Półtorej… Kurwa mać. Nie umiem. Nie pomógł fakt, że w głośnikach wybrzmiewał Massive Attack, łagodzący moje obyczaje. Kojący mnie często. Czasami. Rzadko. Nigdy? Unfinished sympathy, extended mix with Shara Nelson. Wersja z orkiestrą… Piękna. Może odliczę spokojnie od dziesięciu w dół? Pięć. Przemówię do wewnętrznego dziecka… Trzy! Ommmm… dwa! I… go! No nie wytrzymałam. Nie byłam w stanie nie zareagować. Taki już mam charakter.
Możliwości były dwie. Albo się wyrzygać od patrzenia na nieprawdę – a szkoda mi deski rozdzielczej, ostatnio czyściłam ją dłońmi bardzo miłego pana, należy uszanować jego pracę, poza tym ceny w myjni biorą przykład z tych maślanych i fruną coraz wyżej albo zajechać złamasowi drogę i powiedzieć, co na ten temat sądzę. Tylko po co? W gruncie rzeczy po nic, bo nic też się nie zmieni, ale choleryczna natura jak zwykle nie pozwoliła mi olać emocji, a przynajmniej przytrzymać ich na chwilę na dłuższej smyczy. Za dużo szalejących myśli, nic nie poradzę.
Najważniejsza arteria śródmiejskiej Warszawy. Renówka znajdowała się w tym momencie na pasie lewym. Ja na prawym. Ciach. Przyspieszenie godne Schumachera i podobnie jak u niego słabe zakończenie. Zjechałam na lewy, przed furgonetkę i… dałam nagle po heblach, bo przecież Marszałkowska miewa skrzyżowania świetlne, a te uwzględniają i czerwień. Ups. O tym, że ktoś za mną – czytaj: kierowca płodobusa – nie zdąży z hamowaniem na czas, już nie pomyślałam. Tak oto mój ukochany Morris dorobił się z tyłu pięknej wgniotki. Przynajmniej czysty, wstydu nie ma. A plan był taki prosty, zajechać tamtemu drogę… Niestety nie wyszło.
Zanim zaczęliśmy się bawić w daleką od kultury wymianę zdań, sprawdziłam, czy nie ucierpiał biedny Spoko. Szczęśliwie nic mu się nie stało. Po prostu mnie puściły nerwy, a jemu… zwieracze. Zaraz to naprawię, zaraz dotrę z nim do weta.
Kierowca żółtej Renówki wyskoczył na ulicę szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Plus minus sto pięćdziesiąt kilogramów żywej wagi. Pięć lat do zawału, jeżeli do czynników ryzyka dokooptować taką Rajnert zajeżdżającą mu drogę. Wymiana zdań składała się z wielu ciekawych rzeczowników, przymiotników i przysłówków, dominowały wykrzykniki i znaki zapytania. Przykład? Z ust nie moich wcale: „Pojebana żeś jest?!”.
Jest – czasownik; pojebana – przymiotnik. A „żeś” to…? Nie wiem.
No pewnie jestem, ponoć każdy bywa od czasu do czasu. Ale przynajmniej licealna polonistka byłaby dumna z toczącego się w mojej głowie rozbioru zdania. Czy jak to się tam nazywało, bo przecież bardziej niż z polskim było mi po drodze z biologią.
– Wzywam policja! Rozdupcyłaś mi auto, nie wywiniasz się! – Pan przed zawałem (no, ewentualnie wylewem) przebił się przez gonitwę moich myśli.
Powiedziałam mu, że na „ty” nie przechodziliśmy i że w mojej skromnej opinii tych płodów bardziej rozdupcyć już się po prostu nie da.
Po czym go zobaczyłam. Albo ładniej, by podtrzymać ewentualną dumę polonistki: zobaczyłam jego. Typ stał na przystanku tramwajowym na wysokości Hożej i… nagrywał moją retorykę i erystykę kierowane do kierowcy płodobusa. Złamas. Dlaczego to robisz?! Na to pytanie odpowiedzi nie otrzymałam, więc moja wewnętrzna cholera zyskała jeszcze na choleryczności. Od wywarczanego przez zaciśnięte zęby „nie życzę sobie” przez w miarę kulturalne „przestań” po „zabiorę ci ten telefon” w wersji forte, które poskutkowało wreszcie odpowiedzią.
„Bo jesteś żenująca”, tak brzmiała odpowiedź gościa z samurajskim koczkiem na czubku pustego łba. No idiota. I cham. Odwrócił się na pięcie i tyle go widziałam. Dobra, nie mam czasu na takie pierdoły. I nie mam siły, a mój poniedziałek zaczął się dopiero trzy godziny temu. Zaraz się rozpłaczę ze złości. Weź się w garść, kobieto!
– Podać panu garść faktów na temat tego, co wozi pan na tym płodobusie? Na tych obrzydliwych zdjęciach? – Postanowiłam raz jeszcze spróbować wymazać wszystko, co niecenzuralne, i zabawić się podaniem na tacy wiedzy medycznej, z którą po drodze było nauce.
– Nieeee! – ryknął kierowca, pąsowiejąc przy tym jak buraczek.
Przynajmniej próbowałam. No dobrze, nie będę go już denerwować, bo za chwilę krew go zaleje. I to dość dosłownie.
Ekstra, dochodzi dziewiąta. Wet, owszem, poczeka, w końcu nie zejdzie z dyżuru, bo ktoś nie dojechał. Zaraz wyślę mu esa, żeby wziął najpierw innego zwierza w potrzebie, bo mam awarię. Spoko jest najdzielniejszym psem świata i mi wybaczy, ale zanim przyjedzie pieprzona policja…
– Nie zachowała pani należytej ostrożności…
– Przecież to ta furgonetka usiadła mi na plecach, więc kto jej nie zachował?
Ja nie wiem, o co chodzi z tą sprawiedliwością na drodze, ale ponoć znaleźli się świadkowie zdarzenia chętni zeznać, że oto Karolina Rajnert wcieliła się w piratkę.
– Tak, przyjmuję mandat, a co ja mogę? Jedna moja koleżanka bawiła się w sądy, ale nic z tego nie wyszło.
Moja łagodność i przyciszony głos w rozmowie z policjantem stanowiły chyba wynik porannego przebodźcowania. Do tej pory nie dotarłam do znajomego psychiatry po leki, mimo że o cudownym działaniu medykamentu nawiązującego nazwą do muzyki słyszałam prawie na każdym kroku. Kiedyś poukładam sobie te życiowe puzzle. Zrobię to. Może jutro. Prokrastynacja zawsze w cenie. No dobrze, wyrzut adrenaliny zrobił swoje, należało się jednak skupić i postarać podziałać do końca dnia. Dobrze, że to był poniedziałek bez pracy. Ale by się działo…
Po załatwieniu wszelkich formalności z szanownym panem policjantem dotarłam wreszcie z psem do weterynarza, starając się już nie startować po tytuł Miss Marszałkowskiej. Musiałam oczywiście odczekać swoje w korytarzu przed gabinetem, bo chętni do Doktora Dolittle’a rozmnażali się zawsze przez pączkowanie. Oczekiwanie miało swój urok. „My tylko na szczepienie”, „A co to za rasa? Tak trochę chyba stał obok spaniela, co?”, „Powiem pani, że wczoraj to normalnie Kaziu zasikał całe mieszkanie, bo nerki chore”. Takie odpowiedniki tekstów pojawiających się w kolejce do lekarzy homosapiensowych. Tylko tam mamy korzonki, hemoroidy, szpotawe stopy i inne refluksy.
– Przepraszam, czy ja mogę wejść przed panią, bo my tylko po receptę?
– Nieee! – Zapasy ogłady i spokoju wyczerpane, do głosu ponownie doszła adrenalina. – No pardon, ale się spieszę, więc pani nie przepuszczę, nie mogę po prostu. – Złagodniałam.
Draco dormiens nunquam titillandus – nie wolno drażnić czy tam łaskotać śpiącego smoka, co podkreślali nawet w Harrym Potterze. Trzeba przyznać, że moje wejście do gabinetu przypominało tym razem wejście połaskotanego smoka właśnie.
– Wirus jak nic, żeby pani widziała, co się tu działo w zeszłym tygodniu… Ale sobie z tym po-ra-dzi-my. Prawda, Spoko?
W ramach odpowiedzi na sylabizowane pytanie nastąpiło polizanie szanownego pana doktora w policzek. Przez psa, oczywiście.
– Jakieś leki? – zadałam dość retoryczne pytanie.
– Tak, jasneeee, coś damy, prawda, bąbelku?
Zastanawiałam się od zawsze nad tymi wszystkimi zdrobnieniami, śmiesznymi dookreśleniami, wypowiadanymi dwa tony wyżej niż normalnie i z manierą sugerującą konieczność wizyty u logopedy (albo psychiatry). Zupełnie jak z dziećmi, z tą nadmierną infantylizacją podczas podawania im najprostszych przecież komunikatów. No ale może się czepiałam, ważne, że reakcja była pozytywna i pies nie zauważał trzech zastrzyków w tyłek, skupiając się na bąbelkach, misiach i innych takich. I za to kochałam doktorka najbardziej na świecie. Był psiecudny, psiedni i w ogóle psiepraszam, że śmiałam go kiedykolwiek krytykować.
No dobrze, weterynarz za mną, przede mną natomiast odstawienie Morrisa do warsztatu, a potem od dawna wyczekiwany rajnertowy wolny poniedziałek, który nadal ma szansę na dobry finisz. W końcu mamy „dopiero” trzynastą. Rower, fryzjer, płatki pod oczy, algowa maska na twarz i Netflix aż do utraty sił, czyli aktualnie stary już serial After Life – sarkazm głównego bohatera działa na moją głowę jak najlepsze wino. Co prawda Wojtek odgrażał się, że wpadnie z butelką rzeczonego, ale… no właśnie, kolejny problem: jak go przygotować na rozmowę o tym, że uprawiamy związek, który raczej nie zaowocuje niczym w przyszłości? Dobrze, pomartwię się później. Prokrastynacja, nawet na tym polu… Ta rośnie i owocuje u mnie wspaniale, bez żadnych nawozów.
*
Jestem leniem, powiedzmy to sobie szczerze. Zrobiłam rowerem tylko dziewięć kilometrów, pętelka od Kępy Potockiej w stronę Kampinosu, powrót Marymoncką. Po drodze zaliczyłam pyszną kawusię, dwa postoje na selfiaka z przyrodą (czytaj: próżność, w końcu flora obroniłaby się sama) i jeszcze jeden na posapanie sobie po podjechaniu pod górkę. Ale ważne, że staram się wyrabiać normy WHO, jeżeli chodzi o tygodniowe zalecenia dotyczące ruchu. Chociaż gdyby wliczyć w to seks, byłoby łatwiej i przyjemniej… No tak, ale najpierw trzeba go zacząć uprawiać, a nie unikać, jak w przypadku tego uskutecznianego od czasu do czasu z Wojtkiem.
Po szybkim prysznicu dotarłam wreszcie do fryzjera. Szesnasta. Punktualnie, jak na zodiakalną Pannę przystało, czyli udało się wrócić na właściwe poniedziałkowe tory po delikatnym porannym wykolejeniu. Plan? Nic wielkiego: podcięcie końcówek, lekkie zdegażowanie tego mojego nadmiaru na głowie.
Trochę grzeszyłam takim gadaniem, wiem, że od przybytku w tej sytuacji głowa boleć nie powinna, bo zadbane, gęste włosy bywają przecież fantastyczną składową urody. Zatem już więcej nie narzekałam.
– Kawka dla szanownej?
– Jak ty mnie znasz, Baśka!
– Dla takiej gwiazdy wszystko.
– Bardzo śmieszne…
– Zrobię ci małą czarną i działamy!
Barbara słynęła z dwóch rzeczy (mówię o tych zauważalnych w salonie): mistrzostwa w obsłudze nożyczek i prędkości podawania jednej z lepszych kaw pod słońcem. Ledwie zdążyłam kichnąć, ziewnąć, poprzyglądać się przez duże okno ludziom spacerującym Chmielną, a kawa w kubku z hasłem „You rock, girl!” już stała na pomocniczym stoliku obok fotela fryzjerskiego.
– Ty wiesz, że ten kubek od ciebie jest niezniszczalny? Ostatnio poleciał mi z rąk na terakotę i nic – skonstatowała Baśka.
– Misiu, ale on nie jest ode mnie.
– Jest.
– Nie. Nie wiem od kogo, ale przyznam, że ładny.
– To są jaja dopiero, przez cztery lata wspominam cię ciepło każdego dnia, pijąc z kubka nie od ciebie, gwiazdo ty nasza.
Umiejscowienie mnie przez Baśkę na firmamencie puściłam mimo uszu, ale już telefon od Ireny dosłownie kilka minut później sprawił, że temat wybrzmiał w moich bębenkach nader solidnie. Podobno zostałam viralem w socialach. Niepoczytalną laską pędzącą Marszałkowską (true), zajeżdżającą drogę płodobusowi (też true), a potem awanturującą się z kierowcą furgonetki (so fucking true). Nie zgadza się tylko ta niepoczytalność. Dobra, muszę zobaczyć ten film!
Kurwa mać, za przeproszeniem. To ten samuraj! Nagrał to i puścił w świat, żeby mnie ośmieszyć! Nie trzeba było być Sherlockiem, by pokojarzyć, czyj to paszkwil. Ujęcie od strony przystanku na Hożej i ten mój cudowny grymas prosto do jego komórki, gdy usłyszałam, że jestem żenująca. No jasne, sprzedał to do mediów, pewnie Pudelek czy inny Spanielek (bez urazy, drogi Spoko) dał mu za filmik pięć stów w ramach donosu na lekarkę. A nie, uff, w sumie to nie nabazgrali o tym, co robię na co dzień. I dobrze. Już widziałam Romanowskiego wzywającego mnie jutro na dywanik („Pani doktor, no naprawdę, w pani wieku, na pani stanowisku…”).
– Baśka!
– Co tam, gwiazdo ty moja?
– Weź, bo zaraz mnie coś strzeli. I będzie to to samo, co strzela bombki.
– Ooohoo, widzę, że ktoś odpalił internety.
– Zrób mi trochę refleksów na tej głowie, co?
– Od kiedy to chcesz się rozjaśniać?
– No zobacz… Ciemne kudły zrobiły ze mnie na tym filmie wiedźmę pierwsza klasa. Tylko miotły brakuje!
Tu zaprezentowałam fryzjerce nagranie autorstwa samuraja. Hmm, jakby go wcześniej nie widziała…
– Karolina, wiedźma na poziomie jest na wagę złota, pamiętaj! A teraz zapraszam na fotel. Dasz autograf?
– Bardzo śmieszne, bardzo!
– A kto cię nagrał tak w ogóle?
Muszę przyznać, że głos miał obłędny, szkoda, że umiejscowiony w krtani takiego idioty. Brunet, na głowie man bun, czyli samurajski koczek na szczycie, ostre rysy twarzy, wyraziste brwi i równie ciekawa oprawa oczu, wydatne usta. Cokolwiek, co nie byłoby pod linijkę? No może ten burdel w zaroście. Uff. Udało się coś znaleźć. Chyba dość wysoki, postawny, ale bez żadnego zbędnego mięśniactwa. Jak ja nie lubię wszelkich osiłków. Ubiór dopieszczony w każdym calu, chyba musi spędzać dużo czasu przed lustrem.
Nie wiem, czy potrafiłabym tak dobrze zgrać odcienie na linii spodnie–obuwie. Elegancki czarny golf. Goguś normalnie. Lustereczko, powiedz przecie…
Matko Boska Marszałkowska, Rajnert, po co ty go, do cholery, analizujesz?!
– Idiota i cham, Basiu, szkoda nawet o nim gadać.
***
Dzień zaczął się tak dobrze. Tak spokojnie. Otworzyłem oczy, zanim włączył się budzik, a wkoło panowała cisza. Tylko z daleka było słychać szum Puławskiej, o tej porze już całkiem ruchliwej.
Sophie lekko pochrapywała obok mnie. Była taka śliczna…
Kiedy spała.
Wstałem po cichu i ostrożnie, żeby jej nie obudzić. Jeśli mam być szczery, to bardziej w trosce o siebie – lubię samotne poranki przy oknie z kubkiem kawy w ręce. Po co się od samego rana denerwować? Warto się w spokoju zastanowić, co na człowieka za drzwiami czeka. Albo chociaż poprzesuwać kciukiem po ekranie bez tego wymownego spojrzenia z boku. Nie pogardliwego, wcale nie, broń Boże! Zatroskanego. Zmartwionego. Mówiącego, że coś robisz nie tak, bo przecież ten ekranik to wynalazek szatana (coś w tym zresztą jest). Po pewnym czasie to staje się jeszcze gorsze od pogardy.
Na palcach przeszedłem przez korytarz, modląc się w duchu, żeby nie obudziła się śpiąca w swoim pokoju Marysia, i wszedłem do kuchni. Zamknąłem za sobą drzwi, włączyłem przygotowany poprzedniego dnia ekspres i słuchając jego bulgotania, stanąłem przy oknie. Wkrótce dotarł do mnie rozkoszny zapach kawy.
Taki spokój w człowieku to bardzo cenna rzecz. Warto byłoby zachować go w sobie na czekające mnie tego dnia spotkanie. W redakcji Prawdy.pl miał się pojawić ważny gość, znajomy naczelnego i jednocześnie samego prezesa, Jerzy Dzik. Europoseł. Nasz naczelny, Paweł Jaskier, uprzedził mnie, że środowisko jest zainteresowane wzmożeniem kampanii w obronie życia poczętego, a że w Prawdzie ostatnio to ja zajmowałem się tymi tematami, miałem być obecny przy rozmowie Dzika z szefem. Oczekiwali mojego sprawozdania z dotychczasowych działań i pomysłów na kolejne posunięcia. Miały być na to dodatkowe fundusze, a że w naszej redakcji ostatnio się nie przelewało, wszyscy, całe pięćdziesiąt procent załogi pozostałe po redukcji etatów, patrzyli na mnie z nadzieją, kiedy rozstawaliśmy się w piątek po południu. Mówiło się po kątach o zaleganiu z czynszem i opłatami. W polityce, trochę inaczej niż w Piśmie, po latach tłustych nastają przynajmniej cztery chude. Tak, dobrze byłoby zachować ten spokój. Odpowiednie nastawienie potrafi pomóc.
Sprawdziłem na profilu redakcyjnym ostatni zamieszczony przez siebie post. Niemal pięć tysięcy pozytywnych reakcji, trochę ponad sześćset negatywnych. Pięć tysięcy to nienajgorszy wynik, nawet optymistycznie nastrajający, przewaga za to była złudna. Miałem świadomość, że nasze posty dużo rzadziej przebijają się do baniek informacyjnych lewoskrętnych użytkowników.
Kiedy wychodziłem, obie – Marysia i Sophie jeszcze spały. Moja żona nie była wcale Włoszką ani Francuzką. Za to była podobna do Sophie Marceau i z domu wyniosła prawdziwie arystokratyczne maniery, więc na studiach nikt nie zwracał się do niej inaczej jak Sophie. Ja też, bo poznaliśmy się na uczelni, nawet wtedy ze sobą trochę randkowaliśmy, i kiedy spotkaliśmy się po kilku latach, naturalnie zacząłem tak do niej mówić. Wyglądała na zadowoloną – i tak zostało również po ślubie, którym zaowocowało to spotkanie. Naprawdę inaczej wyglądała, śpiąc.
Spokój na twarzy robił z niej kogoś innego. Zdejmował z niej cały ten ciężar życia, który tak boleśnie odczuwała na co dzień. Chyba o to chodziło.
Wyszedłem, nie budząc jej. Spokój był najważniejszy.
Poruszanie się komunikacją miejską wbrew pozorom daje dużo swobody i większe możliwości niż jazda po mieście samochodem. Dlatego zawsze zostawiałem wózek na Parkuj i Jedź na Stokłosach. Prasówka w metrze to zwykła rzecz. Do Politechniki było co prawda niedaleko, ale te kilkanaście minut to dla zawodowców sporo czasu. Przed przesiadką do tramwaju miałem już zaliczone największe dzienniki prawej i lewej strony. Sunąc po szynach Marszałkowską w kierunku Ronda Dmowskiego, mogłem albo sprawdzić pocztę, albo po prostu rozglądać się dookoła. Jak mawiał świętej pamięci profesor Route: „Dziennikarz nie może tracić nawyku rozglądania się wokół siebie! Niezależnie od wszystkiego!”. Tak, dobra, stara szkoła… Chciałoby się móc tak pracować. Chciałoby się. I tyle można było – chcieć. Niestety dożyliśmy ciekawych czasów. Podobno ci z moich rówieśników, którzy mieli w życiu więcej szczęścia i teraz wykładali po różnych większych i mniejszych uczelniach, głosili, że dziennikarz nie może zawracać sobie głowy sentymentami… Ciekawych czasów dożyliśmy.
Mogłem się chociaż porozglądać. I właściwie to nie wiem, czy to dobrze. Gdybym się wtedy nie rozglądał, życie potem byłoby prostsze. Ale w ten słoneczny kwietniowy poniedziałek, zaraz po ósmej rano, uznałem to, co zobaczyłem, za zrządzenie losu. Zresztą nie dało się tego nie zauważyć, furgonetki antyaborcyjne robią wiele hałasu. Nie był to przyjemny widok, ale takie było zamierzenie. Celem furgonetek nie była wcale walka z aborcją, a przynajmniej nie przede wszystkim. Pojazdy stworzono po to, aby oburzały centrolewicowy elektorat. Podsycały negatywne nastroje, pogłębiały polaryzację. Inżynieria społeczna. No cóż, w końcu cel uświęca środki. Zwłaszcza kiedy ma się nóż na gardle.
Widać kampania w obronie życia poczętego już ruszyła z kopyta, skoro pojazd z fundacji PrawaŻyć pojawił się w centrum Warszawy. Wybory za pasem, wiadomo. Swoją drogą – podziwiałem odwagę tego kierowcy. W tym otoczeniu emocje, które wywoływał, naprawdę mogły wymknąć się spod kontroli i zwrócić przeciwko niemu. Skąd rekrutowano tych ludzi? Fanatycy czy aż tak dobrze zarabiają? Tamci w fundacji to sobie pożyli. Kłopotów z płaceniem czynszu nie mieli na pewno.
Widziałem całe zdarzenie. Kobieta jadąca Morrisem jak wariatka zajechała furgonetce drogę przed samymi światłami, świecącymi w tej chwili na czerwono, i ostro zahamowała. Kierowca busa nie miał szans, chociaż robił, co mógł. Żółte Renault Master wpakowało się w tylne drzwi Morrisa. Huk był solidny, nawet we wnętrzu tramwaju. Na szybie osobówki zobaczyłem czerwoną błyskawicę i natychmiast pomyślałem, zresztą słusznie, jak się potem okazało, że to było celowe działanie tej kobiety. Ten z furgonetki, ze sto pięćdziesiąt kilo żywej wagi, właśnie wysiadał, kiedy tramwaj zatrzymał się na przystanku, a ja pomyślałem, że oto mam przed sobą doskonały materiał, i od razu zobaczyłem się na spotkaniu u naczelnego, jak prezentuję świeżo złowioną perełkę do nowej kampanii. Tytuł „Lewaczka atakuje kierowcę furgonetki antyaborcyjnej!” sam się narzucał. Spodobałby się naczelnemu. Wyskoczyłem z tramwaju, włączyłem służbowy telefon i zacząłem nagrywać, idąc w kierunku pojazdów.
Wariatka, ubrana w luźny dres, też wyskoczyła z samochodu i teraz oboje wrzeszczeli na siebie.
– Pojebana żeś jest? – doleciało mnie jeszcze z daleka.
Ostry gość, pomyślałem. I dodałem: głupek. Powinien zostać w kabinie i wybrać 112. Nie dostał instrukcji?
– Wzywam policja! Rozdupcyłaś mi auto, nie wywiniasz się! – Najwyraźniej dostał instrukcje, tylko nie przyłożył się do nauki. – Dzwonia!
Z Warszawy to ten facet nie pochodził.
– Po pierwsze, nie przypominam sobie wypicia z panem bruderszaftu!
Potrafiła się wydrzeć, to trzeba jej przyznać. Nakryła tym swoim krzykiem nawet ryczące pełną parą głośniki na dachu furgonetki.
Zdziwiłem się. Dresiara poleciała Hansem Klossem. A więc nie tylko Na Wspólnej i Szkło kontaktowe? Z przykrością też musiałem przyznać, że zasady estetyki nie są jej obce. Kolory dresu – spodni jak z bajki o Aladynie i wzorzystej bluzy – idealnie współgrały z ciemniejszym o kilka tonów kolorem włosów i ciemną czekoladą karoserii Morrisa. Mocna czerwona szminka rzucała się w oczy i była oczywiście niestosowna o tej porze dnia, ale w kompozycji siedziała idealnie.
– Po drugie, w mojej skromnej opinii tych płodów bardziej się już rozdupcyć – ładnie podkreśliła to słowo – nie da!
Właśnie przyznała się, że zrobiła to celowo. Niechcący doceniła też wysiłki pracowników fundacji PrawaŻyć. Wszystko się nagrało.
Zatrzymałem się przy płocie oddzielającym przystanek tramwaju od jezdni, możliwie najbliżej wymieniającej uwagi pary, nie przestając filmować. Wtedy mnie zobaczyła. Patrzyła na mnie przez sekundę, a kiedy dotarło do niej, co robię, warknęła:
– Nie życzę sobie – oddech – żeby mnie pan w jakikolwiek sposób fotografował.
Nie odzywałem się. Lepiej, żeby na nagraniu nie było mojego głosu.
– Przestań, proszę cię – powiedziała nieoczekiwanie spokojnie.
Przez cały ten hałas do mojej świadomości przebiło się szczekanie psa. Dobiegało z rozbitego Morrisa lewaczki. Uwiązany w bagażniku kundel średniej wielkości miotał się, próbując zerwać smycz. Nawet z tej odległości widziałem jego wytrzeszczone w panice oczy.
– Przestań, bo zabiorę ci ten telefon!
Przeszła do gróźb! Nie miałem ochoty czekać, aż przejdzie do czynów, telefon tani nie był. Omiotłem kadrem pozostałą część sceny, szczególną uwagę zwracając na złączone ze sobą samochody. To nie była lekka stłuczka, na asfalcie zebrała się kałuża wody cieknącej z chłodnicy Mastera. Żal mi się zrobiło tego psa, kiedy pomyślałem, co musiał przeżyć w bagażniku Morrisa. Zrobiłem jeszcze zbliżenie na niego, wciąż ujadającego za szybą, zatrzymałem nagrywanie i opuściłem swobodnie dłoń z aparatem. Miałem się odezwać, ale właśnie wtedy rozległ się kolejny ryk z głośnika na dachu Renówki.
– Mordercy!
Przyznaję, że były to… niekonwencjonalne metody.
– Może niech pan to na razie wyłączy! – krzyknąłem do kierowcy.
Popatrzył niepewnie.
– Będzie łatwiej zadzwonić po policję!
Ten argument musiał trafić w sam środek niskiego czoła.
– Jasne! Telefon mom w kabinie!
Nie wiem, po co mi o tym powiedział. Podszedł do otwartych drzwi furgonetki, stanąwszy na stopniu, zanurzył w niej wielkie cielsko i wreszcie zapadła cisza. Tak się przynajmniej wydawało, bo Marszałkowska wciąż przecież żyła swoim życiem.
– A pani niech może lepiej zajmie się psem – odezwałem się ze sztucznym uśmiechem. – Chyba cierpi.
– Bo co?! – nie odpuszczała.
– Bo żenująca jesteś – powiedziałem, ulegając pokusie zmiażdżenia przeciwnika.
Jej zdumiona mina dała mi chwilową satysfakcję, choć przyznam, że oczekiwałem trochę więcej. Widać nie była taka delikatna. Korzystając z tego chwilowego zawahania, uniosłem smartfon i na zbliżeniu uwieczniłem ją z nieco głupkowatym wyrazem twarzy.
Grubas z Renault Mastera właśnie tłumaczył coś operatorowi numeru alarmowego. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zostawić mu namiarów na siebie, na wypadek gdyby potrzebował świadka, ale patrząc w tę tępą twarz, straciłem ochotę.
Redakcja zajmowała duże mieszkanie na drugim piętrze, w oficynie kamienicy przy rogu Hożej i księdza Skorupki. Drewniane trepy dudniły pod stopami w klatce schodowej. Od razu udałem się do Piotrka Wyszkowa, naszego specjalisty informatyka.
– Cześć, mam coś dobrego do nowej kampanii. Zajmiesz się tym? – powiedziałem w progu jego pokoju.
Mieliśmy teraz w redakcji sporo miejsca. Odkąd nasze szeregi się przerzedziły, została nas raptem piątka plus sekretarka i naczelny, prawie każdy dysponował własnym pomieszczeniem.
– Słuchaj, ten Dzik już jest! Czekają na ciebie! wypalił.
– Już? – zdziwiłem się. – Przecież miał być koło południa!
– No, ale samolot ma o czternastej, do Brukseli, jakaś nagła sprawa. Mówił o tym w korytarzu tak głośno, że u mnie było słychać.
Wyszków, niezwykle energiczny, wstał zza biurka, podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
– Zostaw urządzenie, wszystkim się zajmę. Przy okazji sprawdzę, czy nic tam lewego nie masz. Wróg nie śpi. – Mrugnął okiem.
Podałem mu redakcyjny smartfon. Znał na pamięć kody dostępu do wszystkich naszych służbowych aparatów.
– Leć, stary! – powiedział prosząco i jednocześnie niecierpliwie.
Poklepał mnie przy tym po plecach, nie wiem, komu bardziej życząc powodzenia: mnie czy sobie.
Ostatnimi czasy wszyscy przywykliśmy do posiadania pieniędzy. Tak łatwo się do tego przywyka. Wszyscy mieliśmy kredyty, a Piotr chyba sporo większy od mojego. Nie przyznawał się, ale zeszłego lata byliśmy u niego pod Garwolinem na weselu, a potem na poprawinach. Dom z aspiracjami, że tak powiem, do szlacheckiego dworku. Na tym weselu okazało się, że moja Sophie studiowała z jego bratem, Antonim chyba, nie byłem pewien. Spotkanie po latach. Przegadali z pół nocy, a ja, zwolniony w ten sposób z zabawiania małżonki, potwornie się upiłem. Niewiele pamiętałem z tego, co działo się po oczepinach.
– Okej. Tylko zgraj to szybko, żebyśmy to mogli zobaczyć w gabinecie starego, dobra?
– Jasne, daj mi pięć minut!
Pani Lucyna, władczyni sekretariatu, lat około pięćdziesięciu, była niezwykle przejęta.
– Czekają na pana, panie Janku. – Wskazała na uchylone drzwi do gabinetu. – Kawę panu zrobić?
– Poproszę, pani Lusiu – powiedziałem, wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi.
Panowie siedzieli w fotelach przy ławie, gdzie szef zazwyczaj przyjmował gości. Mimo dziewiątej rano obok kaw stały przed nimi kieliszki z koniakiem.
Naczelny poderwał się na mój widok.
– To jest właśnie Janek Szablewski, o którym ci mówiłem. Janku, poznaj pana Jerzego, chyba nie muszę ci przedstawiać.
Dawno nie widziałem szefa w takich lansadach. Chyba nigdy. Cóż, wypadało dołączyć do chóru.
– Dzień dobry, bardzo mi miło. – Uśmiechnąłem się. Nie za wąsko i nie za szeroko, tak w sam raz.
W wieku czterdziestu jeden lat takie rzeczy ma się już wyćwiczone.
Dzik, przygnieciony do fotela ciężarem własnego brzuszyska, nie wstając, wyciągnął rękę.
– No dzień dobry, dzień dobry! Pawełek nie może się pana nachwalić. Wybaczy pan, że nie wstanę, wiek ma swoje prawa, rozumie pan.
Nie był wcale o wiele starszy od Pawła, ale w pewnych kwestiach na pewno bardziej doświadczony.
– Ależ oczywiście, panie pośle, nie ma o czym mówić. Przepraszam, że musieli panowie na mnie czekać, ale w drodze do pracy udało mi się nagrać ciekawe zdarzenie. Na dobry początek naszej kampanii. Chętnie pokażę.
– Oczywiście… Oczywiście…
Naczelny postawił na ławie koniak dla mnie. Ekstra, pomyślałem, od rana bania u Cygana.
– Janku, przystaw sobie krzesło – powiedział szef. No tak, w gabinecie były tylko dwa fotele. Usiadłem. Przy nich obu i przy niskiej ławie czułem się jak wrona na krawędzi dachu. Na chwilę zapadło krępujące milczenie, jakbyśmy na coś czekali, nie wiedząc, na co. Zza drzwi oddzielających gabinet od sekretariatu dobiegał cichy terkot ekspresu do kawy.
– Jerzy jest dzisiaj posłańcem dobrych nowin, że tak powiem – przerwał ciszę Paweł. – Będziemy mieć dużo pracy, będziemy działać na pierwszej linii frontu, a to…
– Tak – wszedł mu w słowo Dzik. – Wybory za pasem i czas wytoczyć wszystkie działa, czas na argumenty najcięższego kalibru.
Europoseł był znany ze swoich kwiecistych przemówień nie tylko z parlamentarnej trybuny.
– Jeżeli oni te wybory wygrają – słowo „oni” docisnął z całą bezwzględnością – wiecie, kochani, doskonale, tak samo jak ja, co to może dla nas wszystkich oznaczać. Jeżeli lewactwo będzie miało swojego prezydenta, to może być nawet trudno nam przetrwać. Wiadomo, co to są za ludzie. Nie cofną się przed niczym! Rozważamy wszelkie scenariusze, nawet pojawienie się wojska na ulicach, aby stłamsić społeczne niezadowolenie z powodu niekorzystnego wyniku wyborów! Wyobraźcie to sobie, panowie, strzały oddawane do bezbronnego tłumu! Jak w najgorszych chwilach naszej powojennej historii!
Dzik zawiesił dramatycznie głos i w tym momencie, jak wystrzał, rozległ się dźwięk naciskanej klamki. Stare drzwi były lekko wypaczone i jeśli się ich nie przytrzymało, otwieraniu towarzyszył głośny stuk. Podskoczyliśmy na siedzeniach.
– Przepraszam, jedną ręką trudno sobie poradzić usprawiedliwiła się pani Lusia.
W prawej dłoni trzymała spodek, a na nim filiżankę z kawą dla mnie.
Pan europoseł mógłby sobie darować tę demagogię w naszym towarzystwie, ale najwyraźniej nie potrafił już inaczej. Zastanawiałem się, jak głęboko kierownictwo partii wierzy we własne słowa – na ile my w nie wierzymy? Czy mieliśmy jakieś inne wyjście z tej sytuacji, niż kontynuować rozpoczęte dzieło? Gdzie z taką przeszłością znajdę pracę, jeśli Prawda.pl upadnie? Emigracja? Na Węgry? Zagłębialiśmy się od kilku lat w labirynt, a kiedy wreszcie obejrzeliśmy się za siebie, zdaliśmy sobie sprawę, że drogi powrotnej już nie sposób odnaleźć. Można iść tylko dalej albo po prostu przegrać.
Pani Lusia postawiła kawę na ławę i wróciła do sekretariatu, odprowadzona wzrokiem przez Dzika, który sięgnął po kieliszek.
– Ja wierzę w przyszłość, sondaże to nie wszystko. Za drugą turę! – Wzniósł kieliszek, a my wraz z nim. Dlatego musimy wzmóc działania na wszystkich frontach! Czy jesteście gotowi? – Mówiąc to, europoseł spojrzał na mnie.
– Tak, tak, oczywiście – zapewniłem. – Cały czas nie ustajemy w wysiłkach, w ubiegłym miesiącu na przykład…
– Bardzo dobrze, bardzo dobrze! – przerwał mi Dzik. – Wszystko wiemy. Ale na waszym odcinku frontu jest jeszcze wiele do zrobienia. Zadania zostały rozdzielone. Tylko razem możemy osiągnąć założone cele!
– Czekamy na znak! – włączył się Jaskier. – Jesteśmy gotowi na wszystko.
Tego się obawiałem.
Niespodziewanie Dzik zniżył głos:
– Od dzisiaj na ulice miast wracają furgonetki antyaborcyjne. U nas, w stolicy, będą nękać tych zjebów z nowej przychodni na Wiejskiej. Dam wam namiary na człowieka z fundacji PrawaŻyć, który koordynuje ich działania z innymi podmiotami. Ważne, abyście byli zawsze tam, gdzie trzeba.
Wow!, pomyślałem zadowolony, no to mam dla pana posła niespodziankę!
– W kolejny poniedziałek, to już wiem, fundacja organizuje manifestację na Wiejskiej – kontynuował Dzik. – Trzeba dokumentować i publikować, zwłaszcza negatywne reakcje lewactwa.
– Janku – naczelny zatarł ręce – coś tam miałeś przygotowane, mówiłeś mi.
– Tak. Zrobiłem sobie listę przychodni i gabinetów ginekologicznych, którym chciałbym się bliżej przyjrzeć pod kątem ich stosunku do polskiego prawa aborcyjnego. Na pewno znajdą się takie, które podchodzą do niego zbyt liberalnie.
Dzik, usłyszawszy ostatnie słowo, wyraźnie się skrzywił.
– Mamy jeszcze swoich ludzi w prokuraturze kontynuowałem. – Gdyby pan poseł ułatwił nam kontakt z nimi, można by podjąć właściwe działania i odpowiednio je nagłośnić.
– Bardzo dobrze! Bardzo dobrze! – Twarz europosła rozjaśnił uśmiech. – Dam wam namiary, powołajcie się na mnie.
Złapał za kieliszek, ale zorientował się, że jest pusty, i wymownie spojrzał na naczelnego. Ten posłusznie sięgnął po Martella i uzupełnił zawartość poselskiego naczynka. Ja zakryłem swój kieliszek dłonią. Widząc ten gest, Dzik zgasił uśmiech i spojrzał na mnie z niemym wyrzutem.
– Prowadzę – usprawiedliwiłem się. – No i chciałbym z kopyta zabrać się do pracy.
– A no tak, oczywiście, oczywiście – udobruchał się, a uśmiech natychmiast wrócił na poselskie oblicze. – Zdrowie pana Janka, Pawełku! – zwrócił się do naczelnego, który nie odmówił spełnienia toastu. Za owocną pracę jego i całego zespołu!
Przyznaję, że już ten jeden kieliszek, który wypiłem, zrobił swoje. Tak to jest, kiedy przychodzi się do pracy bez śniadania, pomyślałem, poddając się wraz z pozostałymi podsycanej alkoholem euforii. Przyszłość jawiła się w zdecydowanie jaśniejszych barwach niż w piątkowe popołudnie. Nawet protekcjonalizm Jerzego Dzika przestał mnie drażnić.
Rozległo się pukanie do drzwi, a zaraz po nim wystrzał naciśniętej klamki. W gabinecie pojawiła się głowa pani Lusi. Być może już niedługo będzie mogła zlikwidować te kilkucentymetrowe odrosty, pomyślałem, przypominając sobie sowite premie z lepszych, nie tak odległych czasów.
– Piotrek Wyszków, panie redaktorze – zaanonsowała technika pani Lusia. – Mówi, że na prośbę Janka.
– Tak, tak, to w sprawie tego nagrania, o którym mówiłem.
– Chodź, chodź, Piotrusiu! – Jaskier był w doskonałym humorze.
– Dzień dobry! – Wyszków stanął w drzwiach i myślałem przez sekundę, że się po prostu ukłoni, taką miał minę.
Na ścianie naprzeciw ławy i foteli wisiał telewizor, czterdzieści osiem cali Samsunga, nabyty, tak samo jak cała redakcyjna elektronika, w lepszych czasach, za pieniądze z ministerstwa. Piotrek wszedł do środka, usiadł za biurkiem, pogrzebał w laptopie naczelnego i ekran telewizora rozświetlił się, ukazując zatrzymaną pierwszą klatkę mojego filmu. Dwieście megapikseli rozpięte na tej powierzchni robiło wrażenie. Przestawiłem swoje krzesło, żeby nie zasłaniać panom zajmującym fotele.
– Zaczynamy? – Wyszków zwrócił się do Pawła Jaskiera.
Ten spojrzał na Dzika, który przyzwalająco skinął głową.
– Proszę – powiedział.
Teraz dopiero mogłem dostrzec wiele szczegółów sceny, której byłem świadkiem. Na żywo mi umknęły. Niewielki tłumek gapiów, który zgromadził się bardzo szybko, za krótkie rękawy flyersa kierowcy furgonetki czy wreszcie szybko tworzący się na Marszałkowskiej korek…
Ale przede wszystkim ona.
– Okrąglutka! – nie wytrzymał Dzik. Słychać było, że uroda lewaczki zrobiła na nim duże wrażenie. – A jak jej cycki podskakują! Stanika nie ma! – powiedział tonem wyroczni, dumny ze swej znajomości damskich spraw.
Nie odrywałem wzroku od ekranu. Okrąglutka? To trochę za dużo powiedziane. „Soczysta”, powiedziałby mój teść, określając te pełne wdzięku krągłości. Szlachetny gniew rozświetlał jej oblicze, a jedynym słowem mogącym opisać jej spojrzenie było „gorejące”.
Nagranie dotarło do momentu, w którym zauważyła, że jest filmowana.
„Nie życzę sobie, żeby mnie pan w jakikolwiek sposób fotografował”, odczytałem z ruchu jej warg, bo mikrofon w smartfonie był bardziej czuły na wrzask głośnika z dachu Mastera. Jej oczy ciskały błyskawice.
Nagle złagodniała i przez ułamek chwili miałem wrażenie, że próbuje się… uśmiechnąć?! Uśmiechnęła się?! Trwało to za krótko, żeby zyskać pewność.
„Przestań, proszę cię”, powiedziała całkiem spokojnie.
Akurat nastąpiła przerwa w emisji antyaborcyjnego dźwięku i te słowa było wyraźnie słychać.
A potem znowu się wściekła.
Nagranie pokazało jeszcze szeroki plan, potem zbliżenie na oba rozbite samochody, kałużę wody pod Masterem i zakończyło się obrazem przerażonego psa za szybą Coopera. Film skończył się i na ekranie pozostała fotografia zdziwionej twarzy, którą zrobiłem na koniec.
– Hiszpańska uroda… – Jaskier zawiesił głos i nie było wiadomo, czy stwierdził fakt, czy zadał pytanie.
– Południowa – przypieczętował Dzik.
Hiszpańska piękność. Carmen. Nie powiedziałem tego głośno, bo jakoś nie miałem ochoty włączać się do dialogu.
Zresztą ten urwał się na chwilę i wszyscy w milczeniu patrzyli w telewizor. Głupkowaty wyraz twarzy tej kobiety, jaki zapamiętałem, teraz wydał mi się jedynie bezbrzeżnym zdumieniem.
– Którąś aktorkę mi przypomina – przerwał ciszę Jaskier.
Dzik odchrząknął.
– W nagraniu emitowanym przez głośniki trzeba dodać więcej płaczu dziecka – powiedział poważnie. Jaki tytuł dostanie ten materiał?
Jednak nie dało się lubić tego człowieka.
– Myślałem o „Lewaczka atakuje kierowcę furgonetki antyaborcyjnej!” – powiedziałem, z trudem oderwawszy wzrok od ekranu.
Pan poseł skrzywił się nieznacznie.
– Może: „Histeria lewaczki. W szale nienawiści kobieta niszczy furgonetkę antyaborcyjną”? – Jaskier przyszedł mi z pomocą.
Dzik z uznaniem wycelował w niego palec wskazujący.
– Bardzo dobrze, bardzo dobrze – powiedział i ponownie wlepił w ekran zadowolone spojrzenie.
Zdawało mi się, czy naprawdę mlasnął?
– Niebrzydka jest – kontynuował. – Będzie się dobrze klikać. Gwiazdą zostanie! He, he, he.
Piotr i Paweł zgodnie zawtórowali posłowi, a ja, wpatrzony w wielkie brązowe oczy na ekranie, usłyszałem pierwszy z długiej listy szeptów sumienia.
– Na kiedy będzie gotowe? – zapytał Dzik.
– Muszę wyizolować dźwięk, żeby ją było lepiej słychać, i skompresować całość do sieci. Około godziny – wyjaśnił Wyszków.
– Od razu to wrzućcie – polecił europarlamentarzysta. – Na TikToka.
Z żalem spostrzegł, że ma już pusty kieliszek, i odstawił go na blat.
– No, bardzo tu u was miło, ale będę się zbierał powiedział i z sapnięciem godnym Atlasa dźwignął się z fotela. – Macie zielone światło – dodał, odprowadzony przez całe nasze grono: naczelnego, panią Lusię, Piotrka Wyszkowa i mnie, do drzwi wejściowych. – Sięgamy teraz do specjalnych rezerw. Pierwszy przelew powinien być u was niebawem. Z Bogiem.
Staliśmy wszyscy w progu, słuchając cichnącego dudnienia poselskich kroków na schodach, dopóki nie dobiegło nas trzaśnięcie drzwi prowadzących na podwórko.
Nie udało mi się znaleźć przekonujących argumentów, żeby zatrzymać publikację mojego materiału. Wymogłem jedynie na Piotrku pozostawienie łagodniejszej wersji tytułu, bez „Histerii lewaczki” i tak dalej. Zastanawiałem się nad możliwościami sabotażu, ale zanim cokolwiek wymyśliłem, było już za późno.
Wyszedłem na miasto, żeby przyjrzeć się z bliska wybranym wcześniej placówkom medycznym, ale szczerze mówiąc, włóczyłem się bez ładu i składu, nękany wyrzutami sumienia. Z godzinę przesiedziałem nad kawą w ogródku gdzieś na Starym Mieście, wpatrując się w puszczany w kółko bez dźwięku filmik i zdjęcie na końcu. Odnajdywałem kolejne pokłady uczuć kryjące się w brązowych oczach. Zmęczenie? Rozczarowanie mną? Czy może było to moje własne rozczarowanie sobą samym, odbijające się w tych oczach? To właśnie to spojrzenie, utkwione we mnie wtedy, tak samo jak i teraz, zapoczątkowało proces, którego jeszcze nie potrafiłem nazwać.
– Pan to się chyba zakochał – próbowała zażartować kelnerka, która kilka razy, przechodząc, przyłapała mnie na tej czynności. Musiała też zauważyć moją niewesołą minę. – Śliczna jest. – Uśmiechnęła się. – Jak ja bym chciała, żeby ktoś się tak we mnie zakochał…
Wyszków, niezmiernie podekscytowany, co jakiś czas wysyłał mi wiadomość z aktualną liczbą wyświetleń materiału. Klikalność była imponująca, nic, tylko skakać z radości. Przekazywał też co ciekawsze komentarze, których nie będę tu cytował, znamy to wszyscy. W końcu przestałem odczytywać te jego wiadomości.
Rozważałem przez jakiś czas, czy się nie upić, właściwie nie schlać w trupa, ale w końcu wsiadłem grzecznie do pociągu metra, potem do samochodu i wcześniej niż zwykle wróciłem do domu.
Książkę Nie cudzołóż kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
