Na tej szachownicy każda figura może okazać się celem. Nawet Król.
Koniec sezonu we Władysławowie. Turyści wyjeżdżają, a nad Bałtykiem unosi się zapach jesieni i… tajemnic z przeszłości. Nikodem Sadurski przyjeżdża na pogrzeb wuja. Wierzy, że to tylko krótka, rodzinna wizyta. Jednak odnalezienie starej, czarno-białej fotografii ze spotkania lokalnych działaczy z radziecką delegacją uruchamia lawinę zdarzeń, której nie da się już zatrzymać. To, co wygląda na lokalną zagadkę z czasów PRL, okazuje się wierzchołkiem góry lodowej, sięgającej najwyższych szczebli władzy w Warszawie.

Szachownica Łukasza Chrzanowskiego to trzymający w napięciu thriller, w którym senne nadmorskie miasteczko staje się areną brutalnej walki wywiadów. To opowieść o lojalności, manipulacji i uczuciu, które rodzi się w cieniu snajperskich celowników.
W tej partii nie ma remisów. Jest tylko przetrwanie albo mat.
Zapraszamy do przeczytania powieści. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Szachownica:
Dzień był tak samo pusty, jak miniona noc. Fale Bałtyku ryczały wyjątkowo niecierpliwie, jakby sama natura nie mogła znieść tego spektaklu. Nie wiadomo tylko, czy znudziła je pogrzebowa homilia księdza, która rozciągała się bez końca, czy też powolny, godny marsz konduktu żałobnego, wlokący się niczym senny korowód. Pewne było jedno: swoim dzikim, rytmicznym rykiem wdzierały się coraz bardziej w głąb lądu i w uszy żałobników, zagłuszając szept modlitw i stłumiony szloch. Zapach soli mieszał się z ciężkim, słodkawym zapachem lilii z wiązanek.
Kondukt żałobny po wyjściu z kościoła skierował się powoli w stronę cmentarza, który znajdował się za niewielkim parkiem, po drugiej stronie ulicy. Świątynia, ze swoją nietypową konstrukcją, mającą docelowo przypominać żagle statku, w rzeczywistości wyszła jak kubistyczna wariacja na temat trójkątów – duszna i ciasna, zmuszająca do płytkiego oddechu. Nic dziwnego, że po wyjściu z jej betonowych trzewi zgromadzeni wierni zdawali się robić głębsze, bardziej swobodne oddechy, jakby dopiero teraz zaczerpnęli prawdziwego tlenu. Powietrze na zewnątrz, choć chłodne, wydawało się lżejsze, wolne od ciężaru kadzidła i niewypowiedzianych żalów.
W przeciwieństwie do ciała w niesionej trumnie, w samym mieście jeszcze tliło się życie, choć było to życie zmęczone i blednące. W ostatnim tygodniu wakacji we Władysławowie można było dojrzeć jeszcze niedobitki wczasowiczów, niczym rozbitków, tułających się od pstrych straganów z tandetnymi pamiątkami do gwarnych smażalni, by po chwili znów zawrócić. Najwięksi desperaci, uparci w swoim dążeniu do złapania ostatnich promieni lata, chowali się za zniszczonymi parawanami na wietrznej plaży, wyłapując dziesięciominutowe okna Słońca na niemal całkowicie zachmurzonym niebie. Ci, którym zabrakło determinacji, czy też desperacji, a mimo to chcieli zobaczyć choć odrobinę plaży, spacerowali brzegiem morza, wmawiając sobie, że „ładują akumulatory”, zanim wrócą do swojej monotonnej pracy. Prawdopodobnie było to najchłodniejsze ładowanie w historii polskiej turystyki. W oddali, znad morza, dolatywał monotonny, melancholijny jęk mew, który idealnie pasował do nastroju dnia.
Zarówno temperatura powietrza, jak i morza, nie pozwalała odczuć resztek wakacyjnego, beztroskiego klimatu. Miasto, niegdyś kipiące życiem, teraz powoli szykowało się do jesiennego letargu. Do tego spowalniającego tempa dostosowywało się również tempo żałobników, wędrujących gęsiego za trumną. Zmarłego żegnało zaskakująco sporo osób, tworząc długą, ponurą wstęgę na tle szarego nieba. Wczasowicze, którym procesja przecięła drogę, wydawali się nieco zdziwieni, a nawet lekko poirytowani. Zupełnie jakby pod warstwą piasku, tandetnych pamiątek i rozcieńczonego alkoholu nie toczyło się zwykłe życie lokalnej społeczności, ze swoimi radościami i smutkami.
Wiatr i fale wzmogły się, gdy trumna, niczym statek na wzburzonym morzu, powoli była opuszczana do zimnego, ziemnego grobu. Gdzieś w oddali odezwały się pierwsze, stłumione grzmoty, a gęste krople deszczu zaczynały mieszać się ze łzami, które spływały po twarzach żałobników. Na takich uroczystościach zawsze znajdą się obserwatorzy. Ludzie, których profil psychologiczny każe im skupiać się na żywych, zamiast wspominać i żegnać zmarłego.
Powieść Szachownica kupicie w Virtualo!
Tagi: fragment,
