Uczucie piasku pod stopami. Zapach wyprawionej skóry, szmer metalowych pierścieni pancerza. Odgłos stali uderzającej o stal i ogłuszający wrzask tłumu. Półmrok rozświetlany tylko blaskiem świec. Dotyk starej oprawy księgi pod palcami. Pergaminy tak delikatne, że kruszą się przy najdrobniejszym ruchu. Sekrety, tajemnice, zapomniane historie. Spojrzenie istot tak strasznych, że nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się przed nimi stanąć.
Ragros pamięta to wszystko. Niewolnik, gladiator, banita, zdrajca, demonolog. Był nimi wszystkimi, a mimo to wciąż brnie dalej. To dążenie do kolejnego celu, to mrowienie pod skórą, krążące po całym ciele, ponaglające do podejmowania coraz trudniejszych wyzwań. Przymus dążenia do wielkości i chwały — to zaklęte w jego żyłach dziedzictwo smoczej krwi.
Wydawnictwo: b.d
Data wydania: 2026-01-28
Kategoria: Fantasy/SF
ISBN:
Liczba stron: 280
Język oryginału: polski
Przeczytane:2026-04-03, Ocena: 3, Przeczytałam, Mam, 2026, Współpraca, Orzeł,
?Dziedzictwo smoczej krwi? to debiut Adama Lamczyka. Książka napisana jest narracją trzecioosobową w czasie przeszłym, a główny bohater - jak łatwo się domyśleć - to smok zwany potocznie Ragrosem.
Jedno jest pewne - to nie lekka fantastyka. Dostajemy tu ogrom fantastycznych stworzeń, wykreowany świat różni się od naszego, a zamiast romansu mamy walki, krew i jeszcze więcej walk. Nie brak też rytuałów i demonów, które tworzą podwaliny historii.
Ragrosa niestety nie polubiłam. Rozumiem, że jest smokiem i pewne cechy mogą być niezbywalne, ale to arogant, egoista i egocentryk nie zważający na innych. Nieważne, ilu poświęci, dąży do celu ,,wyższego" niż życie oraz bezpieczeństwo kompanów. W związku z tym nie boi się brudzić sobie rąk, pozbywa się przeciwników, ale też kłamie i zwodzi, a sojusze zawiązuje tylko, gdy jest mu to na rękę.
Ponadto nie ma on lekkiego życia. Wpierw gladiator zmuszany do walk, później niewolnik w kopalni. Torturowany regularnie, aż pewnego dnia udaje mu się odwrócić złą passę, zwiać i podążyć własną ścieżką do ,,domu". Ragros szuka własnej tożsamości, ale jego prawdziwy cel jest nam nieznany.
Ewidentnym plusem historii jest kreacja bohaterów, zwłaszcza tych tworzących ,,drużynę" smoka. Mamy tam elfa na banicji, orka, ogra, minotaura, drakodianina, a nawet człowieka opętanego przez demona. Każdy jest inny, każdy ma swój charakter niepodrabialny przez innych, a mało tego - każdy ma też tajemnice i własny cel.
Mnogość bohaterów to też mnogość przeskoków w akcji. Momentami odnosiłam wrażenie, jakby autor usiłował przekazać zbyt dużo w jednej książce. Przy walkach następuje chaos, akapity z perspektyw poszczególnych bohaterów przeskakują jak spłoszony konik polny. Wpierw Ragros, zaraz ork, a gdzieś tam leci wierny drakodianin, który sprzeciwił się niegdyś swym pobratymcom. Niekiedy nie miałam pojęcia, kto i co nam ukazuje, tak szybko przeskakiwały sceny.
W odnalezieniu się w historii nie ułatwiała mieszanka czasowa. Ragrosa poznajemy jako smoczątku, tuż po narodzinach. Początkowo towarzyszymy tylko jemu. Tu kilka lat, tam jest nastolatkiem. Gdzieś w międzyczasie trafia do kopalni, a uciekając z niej, odnajduje miejsce, gdzie urzęduje utalentowany demonolog, ale czas płynie inaczej. I okej. Tylko... czemu czas pierwszej regeneracji Ragrosa trwał rok (smok regeneruje się błyskawicznie), a po dziesięcioletnim egzaminie okazuje się, że był tam jakieś 40 lat.
Wraca do kopalni, cel przyświeca mu zemsta na oprawcach, po czym ktoś twierdzi, że nie widział go 20 lat, a gdzieś indziej pada tekst, że Ragros jest czterdziestoletnim drakodianinem. Matematyka legła niestety, ale ostatecznie przy końcu książki matka Ragrosa zdradza, że urodziła go 60 lat temu. Zatem 60 lat w jednym tomie - to ogrom opowieści. Czasem miałam wrażenie, że zamiast czytać kolejny fragment, oglądam roleczkę na TikToku.
Na uwagę zasługuje jednak mit ,,o początku świata". Wersja autora jest ciekawa, innowacyjna i cudownie skleciona. Mamy stworzenie, mamy podział, mamy bunt i pierwszego więźnia oraz zdrajcę rasy. Wszystko dopracowane i przemyślane.
Jednakże wiele wątków przez nadmiar akcji gubi się w fabule. Wiele zostaje zaczętych, część jest nieskończona. Nie wiem, czy zostanie rozwinięta w dalszym tomie, czy przepadła na dobre.
Przydałoby się też okiełznać magię, jej ramy, zasady. Czasem odnosiłam wrażenie, że Ragros używał sztuki magicznej bądź przyzwał demony, by zapełnić lukę w fabule bądź wyjść cało z opresji. Podobna kwestia dotyczy zdolności smoka. Rozumiem, że dorastał, dojrzewał i pewne umiejętności musiały się dopiero wykształcić, ale kiedy dowiadujemy się o kwasowej ślinie, typ jest praktycznie rozwinięty od lat. A kwasowa ślina - choć jest naturalna dla Ragrosa - pojawia się nagle, gdy ten jest w opałach.
I co z ludźmi? Jest jeden. Opętany co prawda, ale jest. Gdzieś w książce padają wzmianki o innych, ale... brak ich na stronicach. Mamy za to wszelakie inne stwory, a nawet niehumanoidalne jak insektoidy. Trochę mało mi było kreacji świata. Trochę za często czułam, że gubię oddech, wpadając z akcji w akcję. Może czasem warto byłoby zwolnić.
Niestety oprawa historii też momentami ,,zawaliła". Pojedyncze literówki to bajka. Ale nagła zmiana dialogu w narrację w jednym akapicie bez półpauzy lub zmiana rozmówcy są mylące i frustrujące. Kilka takich fragmentów musiałam czytać parokrotnie, by nie stracić sensu przekazu.
Podsumowując, debiut uważam za udany, ale mogło być lepiej. Przy tworzeniu drugiego tomu warto nieco wystopować. Czasem lepiej napisać mniej akcji, niż rzucać czytelnikiem z walki do walki lub ucieczki przed czymś, co czyha w zaroślach bądź pod ziemią. Są też kwestie wymagające dopracowania. Jestem pewna, że autor da radę poprawić niedociągnięcia.
[współpraca recenzencka]