– Literatura wiele razy ratowała mi życie – mówi autorka książki Klub Jednej Kreski. Angela Węcka pokazuje, że niepłodność to nie tylko medyczna diagnoza, ale emocjonalna podróż – pełna bólu, nadziei i kobiecej solidarności. – Moja powieść ma zmienić sens jednej kreski: z samotności we wspólnotę, z milczenia w rozmowę – dodaje pisarka.
Trzy bohaterki Pani powieści – Daria, Amelia i Kaśka – różnią się doświadczeniami, ale łączy je wspólne pragnienie macierzyństwa. Jak chciała Pani pokazać te różne oblicza kobiecości wobec niepłodności i straty?
Zależało mi, by nie pisać tylko o swoim przypadku, ponieważ niepłodność to spektrum. Każda para boryka się z innym problemem, który utrudnia zajście w ciążę i urodzenie upragnionego dziecka. Wybrałam jeden szczególnie kontrowersyjny temat – historię Darii – i uzupełniłam go o opowieści Amelii oraz Kaśki. W powieści przewijają się także historie bohaterek epizodycznych – właśnie po to, by różne oblicza kobiecości w kontekście niepłodności i straty mogły wybrzmieć.
W posłowiu opowiada Pani o własnej walce z niepłodnością. Ta powieść pomogła Pani? Ma pomagać innym?
Tak, była dla mnie autoterapeutyczna. Literatura w ogóle wiele razy ratowała mi życie i pomagała radzić sobie w trudnych momentach. Tak samo było z tą opowieścią – stworzyłam ją na bazie mojej wieloletniej niepłodności, a także na bazie rozmów z kobietami, które mi towarzyszyły i towarzyszą w tej drodze. Brakowało mi podobnych książek. Docelowo Klub Jednej Kreski ma wspierać osoby, które – jak ja – potrzebują odbicia swoich problemów w otaczającej nas kulturze. Wspierać i pokazywać, że nie są same i że ich emocje są w tym procesie absolutnie normalne: nawet jeśli nas przerażają.
W książce ważną rolę odgrywa motyw żałoby. Daria traci męża, a jednocześnie walczy o to, by spełnić wspólne marzenie. Czy chciała Pani pokazać, że żałoba i nadzieja mogą iść ze sobą w parze?
Tak, jej historia miała też być bardzo literacka – trudna do uwierzenia, prawie niepowtarzalna, chociaż sama byłam świadkiem takiej życiowej opowieści. Chciałam pokazać, że żałoba ma warstwy, nie jest linearna – i że nadzieja pomaga nam wyjść z najgorszego dołka. Nie od razu, nie szybko, ale krok po kroku.
Amelia, której mąż dokumentuje ich leczenie w internecie, staje się symbolem granicy między prywatnością a publicznym wizerunkiem. Czy to również komentarz do współczesnego życia na pokaz w mediach społecznościowych?
Chciałam się też odwołać do sharentingu – że on nie zawsze zaczyna się od pokazywania uroczego bobasa w koronkach zaraz po urodzeniu. Tak intensywne ukazywanie procesu, który u wielu kobiet przebiega bardzo różnie w emocjach i objawach, jest dla mnie ogromnym odarciem całej rodziny i przyszłego dziecka z prywatności, tak koniecznej w świecie mediów społecznościowych i hejtu, który z nich płynie. A przecież social media nie pokazują wyłącznie prawdy – tylko kadry z życia, ujęte tak, by świetnie pasowały do trendów i oczekiwań odbiorców. Nie zawsze emocje, które nam się podaje w internecie, są prawdziwe. I to również chciałam zaznaczyć w mojej najnowszej książce.

Kaśka to kobieta sukcesu, która zachowuje pozory idealnego życia. Czy w jej historii kryje się szersza refleksja o presji społecznej wobec kobiet po trzydziestce – że muszą mieć wszystko naraz: karierę, związek i dziecko?
W historii Kaśki skondensowałam presję na wszystko naraz. Do trzydziestki wszak słyszymy: masz czas, a chwilę później rusza odliczanie: kiedy dziecko, skoro masz dom i awans? Te pytania często padają przy świątecznym stole od osób widywanych raz w roku. Kaśka podtrzymuje pozory idealnego życia, bo boi się zawieść oczekiwania – i płaci za to cenę: przewlekły stres, przeciążenie odpowiedzialnością oraz nieoczywisty alkoholizm, który nie wygląda spektakularnie, ale bywa ucieczką. To opowieść o koszcie perfekcji i o tym, jak społeczny scenariusz potrafi odebrać kobietom oddech.
Klub Jednej Kreski to przestrzeń wsparcia i siostrzeństwa. Czy wierzy Pani, że w realnym życiu kobiety w podobnej sytuacji rzeczywiście potrafią stworzyć taką wspólnotę, czy raczej wciąż dominuje milczenie i wstyd?
Tak, jak najbardziej wierzę. Wielokrotnie doświadczałam siostrzeństwa w realu – pod warunkiem, że stworzy się ramy i zasady. Prosta forma to na przykład świetny krąg kobiet: mówi tylko osoba trzymająca głos (poduszkę, maskotkę, drewniany kijek etc.), reszta słucha bez przerywania i bez ocen. Potem – jeśli chce – każda z kobiet dzieli się swoim doświadczeniem, a nie radami. W takich warunkach powstaje bezpieczna przestrzeń na emocje: od wstydu i złości po nadzieję. Nie zawsze to działa idealnie, ale im częściej tworzymy takie mikro-wspólnoty, tym mniej milczenia i samotności. I nie tylko wokół niepłodności – podobnego wsparcia potrzebujemy także przy innych tematach związanych z macierzyństwem i kobiecością.
W Polsce niepłodność dotyka coraz więcej par, ale temat wciąż nie jest nagłośniony. Jak, Pani zdaniem, zmieniło się społeczne postrzeganie kobiet, które zmagają się z tym problemem?
Zmiana idzie do przodu, ale wolno. W sieci jest coraz więcej kobiet, które otwarcie pokazują leczenie i drogę do rodzicielstwa, co normalizuje temat. Jednocześnie pod takimi materiałami wciąż sypią się dobre rady: adoptuj, widocznie tak miało być, po co ci dziecko. To pokazuje, że wiedza i empatia wciąż nie nadążają. Po sześciu latach starań mogę powiedzieć jedno: najbardziej brakuje nam bezpiecznej przestrzeni na emocje. Mamy edukację medyczną, ale nie mamy języka i miejsca, by mówić o wstydzie, złości czy żałobie bez oceny i pośpiechu. A gdy uczucia są spychane (bądź silna, jedź dalej), ludzie po prostu się rozpadają. Ja się rozpadłam. Dlatego oprócz rzetelnej informacji o in vitro potrzebujemy kultury rozmowy i wspólnotowych form wsparcia. Dopiero wtedy postrzeganie kobiet przestanie oscylować wokół problemu, a zacznie widzieć w nich osoby w procesie leczenia, z prawem do wszystkich emocji.
W książce pojawia się wiele emocji. Czy chciała Pani, by czytelniczki znalazły w tych historiach nie tylko ból, ale też poczucie, że nie są same?
Tak. Chciałam, by ta książka powiedziała wprost: masz prawo czuć to, co czujesz. Masz prawo krzyczeć, kiedy boli. Masz prawo nie potrafić ucieszyć się ciążą przyjaciółki tydzień po nieudanym transferze. Chciałam normalizować emocje, które często zamiatamy pod dywan: zazdrość, wstyd, wściekłość, żałobę. Nie znam osoby po latach starań, która ani razu nie poczuła ukłucia przy widoku wózka – i to jest ludzkie.

Klub Jednej Kreski ma być sygnałem: nie jesteś sama, twoje emocje mieszczą się w normie i zasługują na miejsce przy stole. W polskich realiach, gdzie o leczeniu niepłodności nadal mówi się z lękiem lub sarkazmem, zależało mi na języku czułym i bez ocen. Takim, który pomaga nazwać, przeżyć i puścić to, co najtrudniejsze.
Wciąż zauważa Pani w Polsce tendencję do obwiniania kobiet za brak dziecka?
Niestety, wciąż bywa, że ciężar win spada na kobiety. Tymczasem medycyna mówi jasno: czynnik męski jest równie częsty jak żeński, a bezdzietność ma wiele przyczyn – biologicznych i życiowych. Płodność nie ma płci, a rodzicielstwo nie jest społecznym obowiązkiem. Każda osoba/para ma prawo zdecydować: leczyć się, podejść do in vitro albo odpuścić i ułożyć sobie życie bez dziecka, bez presji i ocen. Chciałabym, by normą stała się empatia i granice. Zamiast pytania kiedy dziecko?, lepiej pytać: jak się czujesz, czy czegoś potrzebujesz? A gdy ktoś przekracza granicę, mamy prawo odpowiedzieć spokojnie: To prywatna sprawa.
Procedura in vitro w powieści nie jest przedstawiona w sposób idealistyczny. To trudny, obciążający proces. Czy zależało Pani na realistycznym pokazaniu tego, z czym mierzą się pacjentki klinik leczenia niepłodności?
Z doświadczenia powiem, że in vitro to leczenie, nie bajka. Bywa skuteczne, jest cudem medycyny, ale obciąża ciało, psychikę i budżet. Hormonalne przygotowanie, punkcja, badania, dojazdy, w pewnym momencie co dwa dni, zwolnienia z pracy, czekanie na telefony z laboratorium, a nad tym wszystkim niepewność. W dniu punkcji budzimy się wśród obcych kobiet, partner często czeka za drzwiami. Nie każdy lekarz ma czas i gotowość na rozmowę o emocjach, bywa też, że wyniki i diagnozy z innych ośrodków są podważane. Chciałam pokazać tę realność: czasem z cyklu nie powstaje żaden zarodek, czasem żaden nie dotrwa do transferu, a droga trwa miesiące lub lata i kosztuje wiele tysięcy złotych. Dlatego w książce stawiam na uczciwość i na wsparcie.
Bohaterki spotykają się przypadkiem w kawiarni obok kliniki. To symboliczna przestrzeń między nadzieją a rezygnacją. Jaką rolę pełni w Pani powieści właśnie ta codzienność: filiżanka kawy, rozmowa, chwila oddechu?
Kawiarnia to taka kotwica codzienności. Neutralna przestrzeń między nadzieją a rezygnacją. Filiżanka kawy, kawałek ciasta, zwykła rozmowa: z takich drobiazgów lepi się nadzieję na lepsze jutro, zbiera się z tego siłę do działania. Chciałam, by obok sal zabiegowych było miejsce, gdzie można się pośmiać, ponarzekać, pomilczeć, w komfortowym towarzystwie. Ta zwyczajność scala bohaterki w wspólnotę: pokazuje, że niepłodność to nie tylko ból, ale też chwile ulgi, żarty, mikro-rytuały, które pozwalają przetrwać i iść dalej. Bardzo lubię tę część mojej powieści, świetnie mi się pisało te sceny.
Książka jest szczera, ale też momentami bolesna. Czy według Pani literatura powinna być miejscem, w którym można bez wstydu mówić o doświadczeniach tabu, takich jak niepłodność czy utrata ciąży?
Tak, literatura jest od nazywania tego, o czym trudno mówić. O śmierci czy chorobie mamy setki książek; o niepłodności wciąż za mało. Na targach usłyszałam, że to niedelikatny temat i że nie powinno się o nim pisać. Myślę jednak, że niedelikatność nie leży w temacie, tylko w sposobie opowiadania. Klub Jednej Kreski proponuje język czuły i uczciwy: daje prawo do emocji, otwiera rozmowę, pomaga zobaczyć w doświadczeniu nie problem, lecz ludzi – a właściwie kobiety. Wierzę, że to pierwsza z wielu polskich powieści, które oddadzą tym historiom godność i miejsce w polskiej kulturze. Bardzo bym tego chciała.
Tytuł Klub Jednej Kreski nawiązuje do testu ciążowego, ale też do pewnej wspólnoty kobiet. Co dla Pani oznacza ta jedna kreska? To symbol porażki, nadziei czy solidarności?
Dla mnie jedna kreska nie jest wyrokiem, tylko punktem wyjścia. Przez długi czas oznaczała brak dziecka i utratę mojej ukochanej sprawczości. Tą książką odzyskuję głos – swój i wielu kobiet, które patrzyły na tę jedną kreskę przez miesiące oraz lata. Moja powieść ma zmienić jej sens: z samotności we wspólnotę, z milczenia w rozmowę. Dziś to dla mnie więc symbol nadziei, solidarności i zmiany – prywatnej i społecznej.
Książkę Klub Jednej Kreski kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: literatura,
