Grupa nastolatków atakuje bezdomnego, a całą sytuację nagrywają smartfonem, po czym wrzucają filmik do internetu. Nie mają pojęcia, jakie konsekwencje przyniesie ta nierozważna decyzja.
Prokurator Antonina Gawrońska, komisarz Marcin Podolski i lekarz medycyny sądowej Sabina Rybakowska próbują ustalić przyczynę śmierci mężczyzny, którego zwłoki znaleziono na wysypisku.
W tym samym czasie dochodzi do tragedii – nastoletnia Daria spada z balkonu i ginie na miejscu. Podczas zdarzenia nie była sama, towarzyszyła jej przyjaciółka Blanka. Śledczy ustalają, że obie dziewczyny należały do internetowej grupy TotalPsycho, której członkowie inicjowali i nagrywali ryzykowne sytuacje, filmiki zaś udostępniali w sieci.
Patrol policji znajduje bezdomnego będącego pod wpływem alkoholu i fentanylu. Mężczyzna twierdzi, że ktoś wbrew jego woli podał mu narkotyk, czy to jednak okaże się prawdą? Czy może w Koszalinie zaczyna dziać się coś, co zmieni oblicze tego miasta?
Co łączy syna prokurator Gawrońskiej z grupą TotalPsycho? Kim są młodzi ludzie, którzy podejmują się ryzykownych wyzwań i jak daleko jeszcze się posuną, by zaistnieć w gronie rówieśników? A przede wszystkim - czy śledczym uda się odpowiedzieć na pytanie, kto tak naprawdę stoi za tajemniczymi wydarzeniami, których przypadkowymi bohaterami niespodziewanie stają się ludzie z marginesu społecznego?
Aleksandra Przytarska zaprasza was do świata, gdzie nic nie jest oczywiste, a sekrety z przeszłości kładą się cieniem na życiu wielu osób.

Do przeczytania powieści Challenge zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Challenge. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Wróciłam do domu niemal nad ranem. Marząc, by jak najszybciej położyć się do łóżka, po cichu zapaliłam światło w łazience, łyknęłam dwie aspiryny i umyłam zęby. Czułam nadchodzące przeziębienie. Nim zniknęłam pod kołdrą, zajrzałam do pokoju Staśka. Spał w najlepsze, trzymając w dłoniach smartfon. Z uszu wystawały mu białe AirPodsy. Delikatnie je wyjęłam i wszystko razem odłożyłam na nocną szafkę. Pogrążony w głębokim śnie nawet nie drgnął.
Przyjrzałam się mojemu dorastającemu synowi i nie mogłam uwierzyć, że staje się tak bardzo podobny do ojca. Przez pierwsze lata życia widziałam w nim wiele swoich cech, ale z wiekiem zaczynał coraz bardziej przypominać Darka. Te ciemnobrązowe, gęste włosy, szarozielone oczy… Z drobnego, nieśmiałego chłopca wyrósł już prawie mężczyzna. Staś był zawsze dojrzalszy od swoich rówieśników, ale okres dorastania wszystko wyrównał. Większość czasu spędzał przed komputerem lub ze znajomymi poza domem. Zdarzały się dni, kiedy mogliśmy porozmawiać jak partnerzy, i takie, kiedy naprawdę niełatwo znajdowaliśmy wspólny język. Pewnie byłoby łatwiej, gdyby miał też ojca… A tak musiał zdać się tylko na mnie. Brak męskiego pierwiastka w rodzinie na pewno nie pomagał. Starałam się być i matką, i ojcem, ale nie zawsze mi to wychodziło. Pewnie bywałam zbyt pobłażliwa, za mało konsekwentna, ale nie chciałam być wiecznie marudzącą i czepiającą się matką. A trudno być i dobrym, i złym policjantem jednocześnie.
Wychodząc z pokoju, jeszcze raz rzuciłam okiem na mojego jedynaka. Kiedy spał, wyglądał tak niewinnie… Ogólnie nie sprawiał większych problemów. Wracał do domu o ustalonych godzinach, nie przychodził pijany ani naćpany, ale wolałabym wiedzieć o nim więcej. Jednak on nie zawsze wpuszczał mnie do swojego świata. A ja nie mogłam próbować wchodzić do niego na siłę… Przyglądałam się z boku i cierpliwie czekałam, aż mnie do niego zaprosi. Naiwnie wierzyłam, że to w końcu nastąpi.
Przeszłam do sypialni, wślizgnęłam się pod puchową kołdrę i marzyłam, by jak najszybciej zasnąć. Lodowate stopy i przemęczenie nie ułatwiały zadania. Leżałam, uparcie czekając, aż zmorzy mnie sen…
—
Natrętny budzik zmuszał mnie do wstania, ale ciężkie powieki odmawiały posłuszeństwa. Zerknęłam na wyświetlacz telefonu – półtorej godziny odpoczynku zdecydowanie nie wystarczyło na regenerację. Wstawałam bardziej zmęczona, niż się kładłam. Myśl o całym dniu spędzonym przy biurku nie napawała optymizmem.
Z kuchni dobiegały odgłosy krzątaniny.
– Zrób mi mocnej kawy, proszę! – krzyknęłam do Staśka, nie ruszając się z miejsca.
Ciepła kołdra nie chciała mnie wypuścić. Miałam ochotę zamknąć oczy i zdrzemnąć się chociaż jeszcze kilka minut, jednak wtedy spóźniłabym się do biura. Przeciągnęłam się, rozciągając zesztywniałe stawy i spięte mięśnie.
– Dobra – odpowiedział z pełnymi ustami.
Po takich nocnych eskapadach należałby się dzień wolny, ale nie w tej branży. Zadaniowy czas pracy obligował do wykonania czynności służbowych w jak najszybszym tempie. Nikogo nie interesowało, ile to zajmie.
Bolało mnie całe ciało, piekły oczy i skóra, szum w uszach nie pozwalał zebrać myśli, naprawdę czułam się chora. Niechętnie wysunęłam się spod kołdry. Marzyłam o tym, by zostać w domu, ale nie mogłam. „Góra” zawsze oczekiwała wyników prawie na wczoraj. Dlatego ostatkiem sił przeszłam do łazienki, przeczesałam zmierzwione włosy i zebrałam je w luźny koczek. Później włożyłam swoje ulubione szare, materiałowe spodnie z szerokimi nogawkami, dobrałam do nich gładką, błękitną koszulę i niemal gotowa do wyjścia przeszłam do kuchni.
– Podrzucić cię do szkoły? – zapytałam, sięgając po kubek z parującą kawą.
– Nie. Przepada nam biola i matma, więc zgadałem się z Kubą, że rano do niego wpadnę i ogarniemy ten zaległy projekt z niemca. Typiara ostatnio się na nas uwzięła. Groziła, że jak nie zaczniemy się bardziej przykładać, to nas usadzi.
– Może ma trochę racji?
– No weź… – obruszył się Staszek. – Jej wszystko przeszkadza. O wszystko ma problem. To jakaś niewyżyta stara panna. Jakoś lasek się nie czepia. Gadają na jej lekcjach i gapią się w telefony, ale ona tego nie widzi. Za to reaguje, kiedy chociaż się ruszę. Od razu zwraca mi uwagę i musztruje, jakbym był w przedszkolu.
Niestety, każdy z nas przez to przechodził. Każdy w szkole miał swoją „babę z niemca”. Co dziwniejsze, neutralnych nauczycieli zazwyczaj po latach się nie pamiętało, za to tych furiatów i złośliwców zawsze.
– Tylko na ciebie się uwzięła?
– Jeszcze na Kubę.
Staszek od przedszkola przyjaźnił się z Jakubem Flisakiem. Razem chodzili do podstawówki i teraz do liceum, do trzeciej klasy mat.-fiz. Może nie byli orłami, ale sobie radzili. Mój syn był raczej pojętnym uczniem, nigdy nie musiałam nad nim wisieć i się z nim uczyć. Myślę, że gdyby działo się inaczej, chyba bym nie pogodziła roli samotnej matki z tak wymagającą pracą.
Staszek wepchnął sobie resztkę bułki do ust, wypełniając całe policzki. Miałam wrażenie, że za chwilę się nią udławi, ale on upił łyk herbaty i wszystko przełknął.
– Dzisiaj raczej nie dam rady zrobić obiadu, więc ogarnij sobie coś na mieście. Przeleję ci jakiś grosz na konto.
– To spoko, bo krucho u mnie z kasą.
Uśmiechnął się przymilająco. Cwaniak wiedział, jak mnie urobić.
– Ale nie wydawałem na pierdoły – usprawiedliwiał się. Kupiłem bilet miesięczny i dwie koszulki, stare były już trochę przykrótkie. Musiałabyś mi też dać na nową zimową kurtkę. Nie mam w czym chodzić.
– Napisz mi, ile potrzebujesz, to ci przeleję. Pewnie wrócę do domu dopiero późnym wieczorem.
Cmoknęłam syna w czoło, dopiłam resztkę kawy i wyszłam z kuchni do przedpokoju. Narzuciłam płaszcz, wzięłam czapkę i ciepły szalik, a potem zniknęłam na klatce schodowej.
W drodze do prokuratury zastanawiałam się nad listą spraw do załatwienia. Najpierw jednak musiałam kupić coś do jedzenia, bo żołądek domagał się śniadania. Stanęłam przy ulubionej piekarni i kupiłam rogaliki nadziewane czekoladą. Smakowały niemal jak włoskie. Idealnie pasowały do mocnej, świeżo parzonej kawy.
Po śniadaniu zjedzonym nad aktami wzięłam dwie aspiryny i dopiero wtedy poczułam się trochę lepiej. Stłumiłam rozsadzający ból głowy, powstrzymałam przechodzące przez ciało ciarki i mogłam skupić się na pracy. Przeglądałam sporządzone przez policjantów pierwsze notatki, choć niewiele z nich wynikało. Na szczęście wśród śmieci udało się znaleźć brakujące fragmenty rozczłonkowanego ciała. Leżały nieopodal wśród nieczystości. W nocy mozolnie posuwaliśmy się do przodu. Najpierw koparką ściągnięto grubą warstwę odpadów, a potem centymetr po centymetrze łopatami usuwano kolejne, dokładnie je przeglądając. Nie trafiliśmy na żadne dokumenty mogące mieć związek ze zwłokami.
Rozdzwonił się telefon leżący na biurku. Na wyświetlaczu pojawił się numer koszalińskiej komendy.
– Słucham? – rzuciłam do słuchawki.
– Komisarz Marcin Podolski – odezwał się mężczyzna po drugiej stronie. – Pani prokurator, chciałem poinformować o nowych ustaleniach związanych z naszym N.N.
– Proszę mówić.
– Po odciskach linii papilarnych nie udało się ustalić danych denata. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów ani rzeczy mogących przybliżyć nas do ustalenia, kim był. W kieszeni spodni znaleźliśmy jedynie dwa kwity, jeden z noclegowni dla bezdomnych, ale mocno wytarty. Nie widać na nim ani nazwiska, ani konkretnej daty. Widoczna jest jedynie pieczątka. Podejrzewam, że musi pochodzić z pierwszej połowy tego roku. Pojedziemy tam i postaramy się coś ustalić, ale nie obiecuję sobie zbyt wiele po tej wizycie. Na razie nie dysponujemy żadnym wizerunkiem zmarłego, bo ze względu na stan zwłok zdjęcie twarzy nie nadaje się do upublicznienia.
– Po tym, co pan mówi, wnioskuję, że mamy do czynienia z bezdomnym.
– Też tak myślę. Tym bardziej że drugi świstek pochodził z darmowej przykościelnej jadłodajni. Na ulotce znajduje się harmonogram wydawanych posiłków. Tam również podjedziemy i popytamy. Kiełbasiński porobił zdjęcia odzieży zmarłego, wezmę je ze sobą. Pewnie nie na wiele się zdadzą, ale tylko to mamy do wykorzystania.
—
Jak się okazuje, przeziębienie ma swoje plusy. W prosektorium z całą pewnością unosił się nieprzyjemny zapach, ale przez to, że nabawiłam się kataru, kompletnie nic nie czułam. Na stole sekcyjnym leżały szczątki znalezionego dzień wcześniej denata. Jego nagie ciało przywodziło na myśl zniszczoną, porysowaną, starą lalkę. Zniekształcona twarz, brak oczu, sczerniały skalp z widocznymi miejscami kępkami krótkich włosów – obraz był smutny, jednak nie przerażający. Przez brak ludzkich cech zwłoki zdawały się odczłowieczone.
Gerard Miszewski, młody technik sekcyjny, z precyzją i namaszczeniem zszywał skórę na brzuchu. Dwudziestokilkuletni mężczyzna współpracował z Rybakowską od niedawna. Po ukończeniu kursu zawodowego przez rok pracował w Bydgoszczy, a dwa miesiące temu zatrudnił się w Koszalinie. Chłopak odpowiadał za „czarną robotę”: otwierał czaszkę, klatkę piersiową i brzuch, wypreparowywał organy do badania, a po zakończonej sekcji zszywał ciało.
Obserwowałam, jak wbijał igłę w skórę. Każdy założony szew prezentował się równo i precyzyjnie. Gerard, pochylony nad zwłokami, skupiony na zadaniu, jakby wykonywał operację na otwartym sercu, zdawał się nie zwracać uwagi na otoczenie.
Sabina Rybakowska, trzymając czarny kubek z napisem „Najlepszy lekarz ostatniego kontaktu”, podeszła do szarobrunatnego ciała. Gładkie, długie, czarne włosy spięte w ciasny kucyk spływały po jej plecach.
– Spóźniłaś się – powiedziała z wyrzutem.
– Jakbym miała za mało roboty, wpadł mi jeszcze areszt. Nie mogłaś poczekać?
Rybakowska spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Chyba żartujesz? Mam w kolejce dwie sekcje na cito – odparła, podchodząc do szafki. – Chcesz kawy? – zapytała i upiła łyk jeszcze parującego napoju.
– Nie, dzięki – odparłam, lekko się krzywiąc. – Zresztą, bez urazy, ale tu raczej by mi nie smakowała.
– Nie bądź taka delikatna. – Pokręciła głową z dezaprobatą i wymownie cmoknęła. – Siedzę tu od bladego świtu, ale nadal jest wiele niewiadomych. – Podniosła z szafki swoje notatki i podeszła z nimi do mnie. – Facet, na oko pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt lat. Po wyglądzie jego narządów wewnętrznych, w szczególności wątroby, przypuszczam, że alkoholik. Prowadził bardzo niehigieniczny tryb życia. Uzębienie było w fatalnym stanie. Ubytki z przodu i z tyłu, a zęby, które jeszcze tkwią w dziąsłach, są dotknięte zaawansowaną próchnicą. Facet miał liczne drobne, stare złamania żeber, złamania dwóch kości lewej kończyny górnej, kilku kości śródstopia. Zapewne niezaopatrzone przez lekarza, bo zrosty są krzywe.
– A te stopa i ręka, które znaleźliśmy osobno, nieopodal ciała? Odcięto je przed śmiercią czy potem? Udało ci się ustalić, dlaczego zwłoki zostały rozczłonkowane?
– Zarówno stopa, jak i ręka nie zostały odcięte. Gdyby tak się stało, brzegi ran byłyby równe, a nie tak poszarpane jak tutaj. Rybakowska odstawiła kubek na niewielki metalowy kontener i rękami zabezpieczonymi lateksowymi rękawiczkami podniosła prawe ramię denata oraz odcięte przedramię. – Zobacz. – Wskazała na niegdyś złączone części. – Gdyby zostały przecięte, to podejrzewam, że gdzieś doszłoby do naruszenia kości, dostrzegłabym ślady noża, skalpela czy innego ostrego narzędzia, a powierzchnia tych kości jest gładka. Nawet jeślibym zakładała, że ktoś z niesamowitą precyzją odciął rękę na wysokości stawu łokciowego, to skóra ułożyłaby się równo. A jest mocno poszarpana. Widać, że brzegi są nieregularne. To samo dotyczy stopy. Są to jedyne widoczne uszkodzenia ciała, nie znalazłam innych obrażeń mogących przyczynić się do zgonu tego faceta. Dlatego zakładam, że śmierć nastąpiła wskutek masywnego krwotoku zewnętrznego spowodowanego uszkodzeniem dużych naczyń krwionośnych.
– Rozmawiałam dziś z tym nowym dochodzeniowcem, Marcinem Podolskim. Nadal nie znamy tożsamości denata, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że to bezdomny. Stąd mam pewną koncepcję. Przez kilka ostatnich tygodni noce były wyjątkowo zimne, więc może postanowił przespać się w kontenerze, a że był pijany, nawet się nie zorientował, że śmieciarka opróżnia pojemnik. W trakcie wrzucania i zgniatania śmieci doszło do uszkodzenia ciała i wykrwawienia. Nie wiem jednak, czy mechanizm urazów zgadzałby się z tą teorią. Myślę, że warto wykonać toksykologię.
– Już ją zleciłam. Wyniki będą pewnie za dwa, trzy dni.
Rybakowska ponownie sięgnęła po kubek z kawą, a następnie podeszła do ciała i uważnie mu się przyjrzała.
– Uważam, że twoja hipoteza jest spójna – stwierdziła. – Do ciała dobrały się owady i małe zwierzęta. Na stan zwłok wpływały też warunki atmosferyczne. Nie podam ci konkretnej daty, ale określiłabym czas zgonu na mniej więcej miesiąc temu.
– Znalazłaś coś, co pomoże nam ustalić jego tożsamość? zapytałam.
– Nie ma żadnych blizn pooperacyjnych, żadnych tatuaży, żadnych znamion mogących pomóc w identyfikacji. Skóra miejscami sczerniała. Powstało też wiele drobnych ubytków. Jedyne, co udało mi się dostrzec, to znamię o średnicy pięciu centymetrów na barku. Zrobiłam zdjęcia, ale nie sądzę, by na wiele się zdały.
– Podsumowując: mamy tylko luźną hipotezę i nadal tkwimy w punkcie wyjścia – skwitowałam zrezygnowana.
– Na tym etapie niczego nie można wykluczyć, aczkolwiek osobiście też przychylałabym się do nieszczęśliwego wypadku.
Książkę Challenge kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
