Niezwykła historia kobiet, zmuszonych do ucieczki na koniec świata. „Desperatki" Weroniki Wierzchowskiej

Data: 2022-01-19 11:50:18 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Trzy kobiety, które połączyło jedno straszne wydarzenie. Zaplanowały zemstę, ale coś poszło nie tak. Czasem pozostaje już tylko ucieczka do przodu...

Obrazek w treści

Wiosna 1863 roku. Nad zbiorową mogiłą spotykają się Izabella - szlachcianka opłakująca syna, Wiesia - złodziejka z Powiśla, która w tej samej powstańczej bitwie straciła brata, oraz Anna - córka profesora, która pogrzebała narzeczonego. Motywowane rozpaczą i chęcią zemsty trzy desperatki zawiązują mroczne przymierze i przeprowadzają zamach.

Przebiega on jednak inaczej, niż to sobie zaplanowały.

Ze ścigających stają się ściganymi, a ich droga wiedzie przez powstańcze obozy i austriackie więzienia. Aby ratować własną skórę, będą gotowe popłynąć aż za ocean. Jak zakończy się wędrówka Izy, Anny i Wiesi?

Do lektury powieści Desperatki, której autorką jest Weronika Wierzchowska, zaprasza Wydawnictwo Lira. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki: 

Rozdział 1

Zaborów, maj 1863 roku

Na polanie wiosna eksplodowała kwiatami, bzyczeniem owadów i szmerem liści poruszanych łagodnym wiaterkiem. Słońce migotało w gałęziach drzew okalających łąkę murem prastarej puszczy. Zbiorowa mogiła wyglądała w tym sielskim i spokojnym miejscu niczym ledwie zabliźniona rana. Ciemny, wilgotny kopiec z dopiero co ubitej ziemi, piętrzący się na jakieś dwa łokcie, zdawał się zupełnie tu nie pasować. Niczym złe piętno, ponury symbol ludzkiego okrucieństwa w morzu kipiącego życia.

Przed mogiłą stało jakieś pół setki ludzi, w większości kobiety w różnym wieku, od młodych panienek po staruszki. Stał też ksiądz, który ze spuszczoną głową modlił się, a może tylko udawał. Chyba nie potrafił znaleźć słów, bo jakże miał pocieszyć ten tłum płaczących wdów i matek, który go otaczał? Zwykłe mowy pogrzebowe tu nie wystarczyły, natomiast wzniosłe słowa o powinności, bohaterstwie i poświęceniu były niepolityczne i mogły ściągnąć na głową duchownego spore kłopoty. W tłumie mógł być wszak jakiś szpicel, który powtórzy komu trzeba słowa księdza i tylko patrzeć, jak w drzwi plebanii zapukają żandarmi. Ksiądz zatem mamrotał pod nosem modlitwę, i to po łacinie, by nie prowokować głośnych, chóralnych modłów i śpiewów. Pocił się, na jego czole skrzyły się krople potu.

Izabella Antecka przyglądała się wszystkim wokół, wodziła spojrzeniem od kwiatów na łące po twarze żałobników, byle tylko nie patrzeć na grób i krzyż zbity z dwóch młodych brzóz. Bała się, że kiedy spojrzy na mogiłę, serce jej pęknie. Myśli jednak ciągle wracały. Myśli i obrazy, natarczywe, bolesne. Nie chciała dręczyć się tym, że tam, kilka stóp pod ziemią leży jej synek, Janeczek. Jej jedyne dziecko, nadzieja na przyszłość, światło jej życia. Leży tam, zimny i martwy, razem z kilkudziesięcioma młodzieńcami takimi jak on, jeszcze przed dwoma tygodniami pełnymi życia, wesołymi i śmiałymi. Wszystko stało przed nimi otworem, każdemu zdawało się, że jest niepokonany i razem zdołają zmusić cara, by dał spokój Polsce, by pozwolił im żyć i cieszyć się młodością. I car im pokazał, co robi z niepokornymi. Teraz leżeli razem, zimni i martwi, jeden na drugim, wrzuceni pośpiesznie do głębokiego dołu i zakopani, by do ciał nie dobrały się zwierzęta.

— Powstańce szli tamtym wycinkiem leśnym, o, któren tu się kończy — gadał wąsaty staruszek, wodząc ręką i wskazując drżącym palcem las. Iza skupiła się na jego gadaniu, by znów nie pogrążyć się w rozpaczy. — Kozacy nadjechali i nasi dali ognia, Kozaki pospadali z koni, kilku ubitych zaległo w trawie bez ruchu. Powstańce wyszli najprzód na łąkę, a wtenczas okazało się, że to był jeno podjazd, bo z lasu wypadła cała sotnia kozacka i jeszcze szwadron huzarów. Z tamtej zaś olszynki wymaszerowała ruska piechota. Ooo pani, ich było kilka setek albo i tysiąc. Nasi w potrzask wpadli, bo z tyłu mieli jeno bagna. Musieli albo przebić się przez piechurów i w las pierzchać, albo bić się na polanie. I podzielili się na połowę. Jedna runęła z kosami na piechurów i wbiła się w nich, jak nóż w masło. Drudzy stawili czoła kawalierzystom moskiewskim na tyj polanie. Ci piersi przebili się w większości chiba, wyrżnęli sobie ujście w las, gęsto ruskie trupy za sobą zostawiając. Ci, co zostali na polanie natomiast, ech, nie mieli tyli szczęścia. Ich dowódca…

— Major Remiszewski — rzuciła piegowata dziewczyna, na oko dwudziestoletnia, o wyglądzie zadziornej dziewuchy z miasta. — On nimi dowodził, wiem to z pewnego źródła.

— Ta, tak mówią — przytaknął dziadek. — Z szablą w jednem ręku i rewolwierem w drugim, bił się jak stary wilk. Ubił Ruskich od groma, w tym dowódcę moskiewskich huzarów trafił kulą prosto w łeb i pół czaszki mu odstrzelił. Kozacy jednak podziurawili majora spisami. Siedemnaście ran żeśma przed pogrzebem na ciele jego naliczyli. Bili się powstańce dzielnie chyba ze trzy godziny i wielu Moskali usiekli i ustrzelili, ale wrogów było po wielokroć więcej i zgnietli ich samą swoją masą. W końcu niedobitki, ze czterdziestu powstańców, broń złożyli, o parol prosząc. Same młode chłopaki, mówię wam, same młode…

— Ale zabili ich i tak? — spytała smukła dziewczyna o bladej cerze i minie suchotniczki stojącej nad grobem.

— Nie, chyba tego nie planowali. Oni wszyscy byli poranieni, więc my przyjechali wozami ze wsi, by zawieźć ich tam, gdzie Moskale ich pozwolą opatrzyć. Dziewięć wozów załadowali my chłopakami. Dzielnie się trzymali, nie płakali, nawet żartowali sobie, jak to młodzi. Opowiadali, co będą robić, kiedy ich Ruskie ześlą na Syberię. Martwili się, czy będą tam dziewczyny jakoweś do wyobracania, czy ino niedźwiedzice. — Dziadek pokiwał głową. — Nie zdążyli my jednak z polany tej wyjechać, kiedy Ruskie wrócili. Kozaki byli już pijane. Zatrzymali wozy, chłopów pogonili nahajkami. Ja tam byłem i w łeb dostałem, musiał ja uciekać do lasu, a oni prali mnie po plecach. Jeszcze mnie boli, choć przeca za młodu ojce nas lali tęgimi kijami i człowiek przywykł do bicia. Potem zabrali się Ruskie za chłopaków. Do naga ich rozebrali, ograbili ze wszystkiego, a potem kolejno ubili. Dźgali spisami, prali nahajkami, końmi deptali i szablami siekali. Kiedy my wrócili, cała polana była we krwi i pełna trupów posiekanych, postrzelanych, zmiażdżonych kopytami. Kozaki zabrali nam konie i wozy, zostawili nieboszczyków…

„Janeczek tam był, podał list do mnie jednemu z chłopów, którzy próbowali zabrać go wozem z pola bitwy” pomyślała Iza, czując, że łzy znów zbierają się jej w oczach. Myślała, że więcej ich wypłakać nie zdoła, że wszystkie już wylała. Dotarła na to miejsce właśnie dlatego, że ów włościanin list jej dostarczył, razem z wieściami o tym, co stało się z jeńcami, w tym z jej synem. Od tamtego dnia wylała chyba morze łez.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny drugi i trzeci fragment książki Desperatki.

Książkę Desperatki kupicie w Empiku! 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Desperatki
Weronika Wierzchowska1
Okładka książki - Desperatki

Trzy kobiety, które połączyło jedno straszne wydarzenie. Zaplanowały zemstę, ale coś poszło nie tak. Czasem pozostaje już tylko ucieczka do przodu... Wiosna...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo