Nowy kryminał Roberta Galbraitha

Data: 2014-09-23 18:15:03 Autor: Sławomir Krempa
News - Nowy kryminał Roberta Galbraitha

Nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego właśnie ukazał się Jedwabnik - nowy kryminał Roberta Galbraitha, autora bestsellerowego Wołania kukułki. Pod pseudonimem tym ukrywa się Jeanne K. Rowling.

 

Tym razem londyński detektyw Cormoran Strike zajmuje się sprawą Owena Quine’a, zaginionego pisarza. Niecierpliwie wyczekiwana powieść ukazała się 19 czerwca w Wielkiej Brytanii i USA. W Polsce książka ukazuje się 24 września. Krytycy literaccy w swoich entuzjastycznych opiniach podkreślają atuty powieści: misternie skonstruowaną intrygę, nawiązania do tradycji klasycznych powieści kryminalnych, wciągające losy pary bohaterów - Strike’a i jego asystentki Robin, oraz fakt, że powieść jest ciętą satyrą na branżę wydawniczą. Warto się o tym przekonać. Warto sięgnąć po Jedwabnika. Dziś publikujemy obszerne fragmenty powieści:

 

– Lepiej żeby chodziło o śmierć kogoś cholernie sławnego, Strike – powiedział zachrypnięty  głos w słuchawce. Wielki nieogolony mężczyzna z telefonem przyciśniętym do ucha, idąc ciężkim krokiem przez mrok wczesnego ranka, wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Coś w tym rodzaju.

– Jest pieprzona szósta rano!

– Wpół do siódmej, ale jeśli chcesz dostać to, co zdobyłem, będziesz musiał przyjść – powiedział Cormoran Strike. – Jestem niedaleko twojego domu. Spotkajmy się w…

– Skąd wiesz, gdzie mieszkam? – spytał rozmówca surowym tonem.

– Sam mi powiedziałeś – odrzekł Strike, powstrzymując ziewnięcie.

– Sprzedajesz mieszkanie.

– A – uspokoił się ten drugi. – Masz dobrą pamięć.

– Jest tu całodobowy bar…

– Mam to w dupie. Przyjdź później do redakcji…

– Culpepper, dziś rano jestem umówiony z innym klientem, płaci lepiej niż ty, a poza tym nie spałem całą noc. Jeśli chcesz wykorzystać tę informację, musisz po nią przyjść teraz.

Jęknięcie. Strike usłyszał szelest pościeli.

– Lepiej żeby to naprawdę był jakiś hicior.

– Smithfield Café przy Long Lane – powiedział Strike, po czym się rozłączył.

 

Lekka nierówność jego kroku uwidoczniła się bardziej, kiedy schodził z górki w stronę Smithfield Market – monolitycznej w zimowych ciemnościach, olbrzymiej, prostokątnej wiktoriańskiej świątyni mięsa, gdzie od czwartej rano w dni powszednie wyładowywano zwierzęce zwłoki, od wieków tak samo, krojono je, porcjowano, a potem sprzedawano rzeźnikom i restauracjom w całym Londynie. Strike słyszał głosy w mroku, wykrzykiwane polecenia oraz warkot i popiskiwanie cofających ciężarówek wyładowanych tuszami. Gdy wszedł na Long Lane, stał się jednym z wielu okutanych mężczyzn idących raźnym krokiem, żeby załatwiać poniedziałkowe poranne sprawy.

 

Pod kamiennym gryfem strzegącym rogu targowiska grupka kurierów w odblaskowych kamizelkach ściskała w urękawiczonych dłoniach kubki z herbatą. Po drugiej stronie ulicy, niczym otwarty kominek, żarzyło się w ciemności Smithfield Café – działająca dwadzieścia cztery godziny na dobę kryjówka wielkości kredensu, pełna ciepła i tłustego jedzenia.

 

W barze nie było łazienki, ale właściciel miał umowę z pracującymi po sąsiedzku bukmacherami. Ladbrokes otwierało się jednak dopiero za trzy godziny, więc Strike skręcił w boczną uliczkę i w ciemnej bramie ulżył pęcherzowi nabrzmiałemu od słabej kawy wypitej podczas nocnej pracy. Następnie, wyczerpany i głodny, odczuwając przyjemność, jakiej może doświadczyć jedynie mężczyzna, który przezwyciężył cielesne ograniczenia, Strike ruszył w stronę ociekającej tłuszczem atmosfery smażonych jaj i bekonu.

 

Dwaj mężczyźni w polarach i płaszczach przeciwdeszczowych właśnie wstali od stolika. Strike wpasował cielsko w małą przestrzeń i z pomrukiem zadowolenia opadł na krzesło z drewna i stali. Zanim zdążył się odezwać, właściciel, Włoch, postawił przed nim herbatę w wysokim białym kubku, serwując do niej trójkątne kawałki białego chleba z masłem. Pięć minut później przed Strikiem stało pełne angielskie śniadanie na wielkim owalnym talerzu.

 

Strike bez trudu wtopił się w tłum silnych mężczyzn hałaśliwie wchodzących do lokalu albo wychodzących na ulicę. Był duży i ubrany na ciemno, miał gęste, krótkie, kręcone włosy, które cofnęły się trochę z wysokiego zaokrąglonego czoła wieńczącego szeroki, bokserski nos i krzaczaste, nastroszone brwi. Szczękę Strike’a przybrudził lekki zarost, a ciemne oczy wydawały się jeszcze większe niż zwykle, gdyż otaczały je sine cienie. Jadł w zamyśleniu, patrząc na budynek targowiska naprzeciwko. Najbliższe łukowate wejście, opatrzone numerem dwa, nabierało kształtu w rzednącym mroku: surowa kamienna twarz, stara i brodata, gapiła się na Strike’a znad bramy. Czy istniał kiedyś bóg zwierzęcych tusz?

 

Gdy Strike zabrał się do jedzenia, przyszedł Dominic Culpepper. Dziennikarz prawie dorównywał mu wzrostem, ale był chudy i miał cerę chłopca z kościelnego chóru. Dziwna asymetria – jakby ktoś przekrzywił mu twarz w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara – ratowała go przed budzeniem skojarzeń z dziewczęcą urodą.

 

– Lepiej żeby to było coś ważnego – powiedział Culpepper, siadając.

 

(...)

 

The Silkworm™ & © Robert Galbraith Limited. Projekt okładki i fotografie: Sian Wilson © Little Brown Book Group 2014 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.