Gdzie leży granica zatracenia zmysłów, niemal obłędu? Czy możemy wierzyć w rzeczy niezwykłe, czy lepiej zachować to dla siebie i udawać, że jest inaczej? W Błękitnych kopertach Marty Jednachowskiej główna bohaterka doświadcza czegoś niezwykłego – i to już wielu lat. Sama nie wie już, czy ufać sobie, czy osądowi bliskich.

Łucja ma dwanaście lat, gdy otrzymuje pierwszą kopertę z listem. Błękitną, ozdobną, podpisaną przez anonimową „przyjaciółkę”. Od tego czasu listy pojawiają się co roku i zaczynają opisywać rzeczy, które dopiero mają się wydarzyć.
Listy przychodziły co roku, a ja nie dowiedziałam się niczego o sekretnym nadawcy błękitnych wiadomości. Długo walczyłam sama ze sobą, czy komukolwiek o nich powiedzieć. Kilkukrotnie byłam o krok od powiedzenia Monice o ich istnieniu. Byłyśmy z siostrą blisko, jednak trzyletnia różnica wieku sprawiała, że czasami czułam się przez nią traktowana jak dziecko. Chyba właśnie to powstrzymało mnie ostatecznie przed powiedzeniem jej o błękitnych kopertach. Nie chciałam, żeby potraktowała mnie jak podlotka, który sobie coś wymyślił. Przecież chciałam, żeby patrzyła na mnie jak na dorosłą.
Kiedy dorosła Łucja mówi o kopertach swojemu narzeczonemu, wszystko się sypie. Dziewczyna nie może znaleźć nigdzie listów gromadzonych przez lata, a Przemek twierdzi, że nigdy niczego takiego nie było. Pojawia się za to temat omamów, terapii, zaburzonej percepcji. Świat Łucji, wcześniej całkiem poukładany, zaczyna się kruszyć. W pierwszej scenie poznajemy ją jako osobę, która musi się leczyć i nie jest w najlepszym stanie.
Muszę przyznać, że Marta Jednachowska potrafi niezwykle wnikliwie patrzeć na ludzką psychikę. Łucję poznajemy bardzo dobrze: jej dzieciństwo, problemy, lęki, nadzieje. To buduje obraz osoby, która musi się mierzyć z czymś niezrozumiałym. I tu pojawia się jej narzeczony Przemek, który niby się o nią troszczy, ale czy na pewno? Czy podważanie cudzych emocji i wspomnień to wyrażanie własnych emocji, czy jednak przemoc? To między innymi za jego sprawą dziewczyna nie wie już, czy może sobie ufać.
To, kim Łucja się staje, jak się zatraca, jest mocne i miejscami przerażające. Widzimy, jak znika jej poczucie bezpieczeństwa, a pojawia się lęk. Przemek nie musi wiele robić, by te stany wywołać. Wystarczy powtarzać, że coś się nie wydarzyło. Że to tylko wyobraźnia, że problem tkwi w niej…
Wraz z Łucją zaczynamy się zastanawiać nad tym, czy może coś jest nie tak? Może to początek choroby psychicznej?
Na dodatek autorka wykorzystuje motyw listów w sposób przewrotny. Kiedyś były symbolem bliskości, czasu, uważności, a teraz stają się źródłem lęku. Błękitne koperty wydają się być historią nieprawdopodobną, ale tak naprawdę mówią o czymś bardzo uniwersalnym. Przecież każdy z nas w jakimś stopniu opiera się na tym, co słyszy od innych. Każdy czasem wątpi w swoje odczucia.
Błękitne koperty to proza psychologiczna, pełna emocji, momentami mocno niepokojąca. Nie brakuje tu napięcia, ale też ogromnej ciekawości, jak ta historia się skończy. Gorąco polecam, warto!