Kryształy widzą wszystko. Twoje myśli. Twoje kłamstwa. Twoje najskrytsze marzenia. I uczą się ciebie. „Dzieci nieporządku" Pawła i Macieja Królów

Data: 2026-05-07 11:43:41 | Ten artykuł przeczytasz w 15 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Optymaci rządzący Mniejszym Światem stworzyli iluzję idealnego społeczeństwa. Pod powierzchnią kolorowej rzeczywistości jak ze snu sączą się jednak niepewność i paranoiczny strach. W zapomnianym uzdrowisku na obrzeżach cywilizacji rodzi się plan, który ma wstrząsnąć posadami obu światów.

Kiamand, zmuszona do noszenia w sobie setek obcych, bolesnych wspomnień. Lori i Elad, desperacko poszukujący przyjaciółki, którą system uwięził we własnym dzieciństwie. W świecie, w którym manipulacja masowo zawiera sojusz z tyranami biedniejszych narodów, a przerażająca siła spoza granic ludzkiego pojmowania budzi się do życia, ich ścieżki wkrótce się przetną. 

Dzieci nieporządku - grafika promująca książkę

Niepokojąca, brutalna i piekielnie wciągająca książka. Dzieci Nieporządku odzierają fantastykę z baśniowych złudzeń. Tu nikt nie jest niewinny, a każdy sekret ma swoją cenę. Zapraszamy do lektury! Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Dzieci Nieporządku:

Mieszkańcy Bursztynu chcą się bawić

Zawodzie, Swent

Nawołująca skrytego w stogu siana uciekiniera Kiamand była czymś więcej niż tylko sobą: była mnóstwem innych osób.

Przez mroczną, nastroszoną strukturę dostrzegała pół bladej twarzy należącej do drżącej istoty, która się przed nią chowała. Kiamand nagle poczuła jednocześnie litość, smutek i gniew, sprzeczności pochodzące z setek skradzionych wspomnień, które w sobie nosiła.

Mężczyzna tymczasem słyszał jej głos, ale nadal jej nie widział. Miał na imię Mermin i choć liczył sobie ponad trzydzieści lat, miał umysł dziecka. Dlatego zamierzała go przyprowadzić do uzdrowiska Bursztyn, które czasem nazywała domem: tacy jak on byli bowiem dobrą walutą, mającą przysłużyć się jego mieszkańcom w nadchodzącej podróży. „Do wyruszenia w drogę potrzeba już tylko jednej osoby, lecz o dobrym zdrowiu” – oznajmił kochany przez jednych i znienawidzony przez drugich przywódca zgromadzenia.

– Wychodź stamtąd. No już, chodź. – Kiamand mogła niemal posmakować jego lęk i ciekawość. – Proszę.

– Na razie wolę pobawić się tu.

– No, dalej – ponaglała głośniej i bardziej natarczywie, bo szybko wschodzący księżyc przypominał jej, że robiło się późno i kończył się czas. – Będziemy tańczyć i bawić się przez całą noc. Aż cię sen zmorzy.

Mermin z pewnością słyszał już historie o obcych, chorych ludziach, o sekcie odmawiającej posłuszeństwa wszelkim prawom i dobrym obyczajom cywilizowanego świata. Zostawiali prezenty pod drzwiami i zapraszali dzieci oraz młodych dorosłych do Bursztynu, owego tajemniczego uzdrowiska w posępnym sercu starego lasu. Rodzice go ostrzegali, sąsiad też: „Tam to lepiej nie chodź się bawić, nie wiada, co z sobą stamtąd przyniesiesz, lecz na pewno nie dobre zdrowie. To dziwaki i odszczepieńcy!”.

Ostrzegali go przed tym, lecz teraz najwyraźniej nie mógł już dłużej opierać się nieziemskiemu brzmieniu głosu nieznajomej. Mermin był zaciekawiony i przestraszony. Nieznajoma bardzo się różniła od majętnych i ułożonych gospodyń, które widywał na co dzień. Ubrana niedbale i trochę po męsku: nie nosiła też makijażu czy jakichkolwiek ozdób. Nie zaplotła czarnych jak skrzydło kruka włosów w warkocz: opadały jej w nieładzie na ramiona, jakby dopiero wstała z łóżka. Jej twarz była dziewczęca, ale oczy – zupełnie nie. Długo mierzył ją wzrokiem, zastanawiając się, czy jest zwykłym człowiekiem, takim jak on, czy też kimś całkowicie, fundamentalnie odmiennym; czy może jej zaufać, czy raczej powinien dalej siedzieć w bezpiecznym schronieniu.

– Dostaniesz sto pudełek cukierków. Najlepsze słodycze, jakie kiedykolwiek jadłeś, najlepszy cydr. I złotą pelerynę.

– No dobra. – Księżyc błyszczał w jego okrągłych oczach, kiedy wygrzebywał się ze swej kryjówki pod stogiem siana. Głośno szeleścił słomą, dysząc niczym zwierzątko. Pot przyklejał do czoła jego jasną, równo przyciętą czuprynę. Poczochrał ją nerwowo, przestąpił z nogi na nogę, i znowu się zawahał.

Kiamand się rozejrzała. Byli tu sami. Zawodzie było obszarem położonym cztery kilometry od granicy najbliższego osiedla noszącego dźwięczną nazwę Pluski. Połać ziemi, coraz rzadziej uprawianej i coraz gęściej pofałdowanej, zmierzającej ku obręczy Wzgórz Kresowych, na których kończyła się większość lokalnie dostępnych map. Były tu wielkie jak domy stogi siana, puste i pozamykane stodoły, strachy na wróble, które dla odstraszenia błędnych ogników odziano, zgodnie z miejscowym przesądem, w krwiścieczerwone ubrania wywrócone na lewą stronę. Zmurszałe, kamienne obeliski pozostawione przez prehistorycznych mieszkańców tych ziem we dnie i w noce spoglądały ponuro na nielicznych odwiedzających. Z rzadka dostrzec można było smukłe, osamotnione kształty wiatraków i solarnych ogniw, dostarczających energię okolicznym wioskom.

– Chodź ze mną – wyszeptała Kiamand, a ponieważ Mermin zaczął coś bełkotać, dodała: – I bądź cicho.

Ziemia bezgłośnie przyjmowała jej bose stopy, gdy dreptali razem po trawie i mchu. Wschodzący czerwonawy księżyc wisiał jak lampa na liliowym niebie. Skrzypiały sosny, korony olch szeleściły liśćmi, modrzewie klekotały drewnianymi palcami, wiatr wzmagał się, w miarę jak zapadała noc: czuła na twarzy jej chłodne tchnienie, wciąż przesycone zapachem jesiennego dnia. Różne leśne zwierzęta gorączkowo poszukiwały schronienia, by zapaść w bezpieczny sen. Kiamand nie obawiała się wędrówki przez las pogrążony w mroku: była Wodniczką i jej zmieniające kolor oczy z łatwością przystosowywały się do ciemności.

Przełożony jej zgromadzenia liczył, że zniknięcie opóźnionego w rozwoju mężczyzny łatwiej będzie miejscowym wytłumaczyć. Znakomicie powinien też wypełniać swoją funkcję w podróży do nowego celu, do którego mieszkańcy Bursztynu dążyli od lat, poprzez badania, obrzędy i gorączkowe sny.

– Idź przede mną – poinstruowała Kiamand Mermina. – Nie bój się, pomyśl, że to wszystko ci się śni. Będziesz się bawić do utraty tchu. Ale bądź cicho – nakazała, gdy zaczął wydawać z siebie głośne westchnienia.

Kiedy szli przez las, powtarzała mu, że to tylko sen, a potem groziła, że go zabije, jeśli zechce zawrócić. I tak w kółko. Mermin oddychał wtedy spazmatycznie i mamrotał coś pod nosem lub popłakiwał cicho. Idąc z przymkniętymi oczami, Kiamand nie patrzyła już nawet na tego miękkiego, bladego, nieszczęsnego mężczyznę, którego nawet jeszcze nie szukano.

– Widzisz te światełka? – zapytała, chcąc go uspokoić, i obróciła jego dużą głowę w stronę błędnych ogników, odłamków lżejszego niż powietrze kryształu, wydostających się z podziemi w poszukiwaniu wszystkiego, co ludzkie. Mieniły się wśród drzew niczym bezimienne gwiazdy. Przyciągnął je jego strach. – Popatrz, jak mrugają. Dają nam znak. Prowadzą nas do uzdrowiska i nie mogą się doczekać.

Stąd wiedziała, że są już blisko Bursztynu. Przyprowadzi nowego członka. Przywódca przyjmie go z zadowoleniem. Uśmiechnie się i powie kilka pięknych zdań. A potem wyruszą w podróż.

Kiamand boleśnie odczuwała przy tym swoje pierwotne pragnienie, odziedziczone po kilku nieszczęsnych przodkach, zapisane w kościach, we krwi.

Uległa mu, gdy znaleźli się odpowiednio głęboko w sosnowej głuszy. Posadziła bezwolnego mężczyznę na pokrytej mchem i igłami ziemi.

Nim Mermin wkroczy do uzdrowiska, musi zostać przez nią sprawdzony, musi dołączyć również do jej świata.

Obróciła go gwałtownie ku sobie, przekładając do drugiej ręki sztylet, który miała ze sobą. Nawet nie zaprotestował, oszołomiony nieziemskim blaskiem i wibrującym szmerem ogników, które utworzyły mu nad głową świetlisty wieniec, jakby chciały podkreślić jego czystość i świętość. Zrobiła niewielką dziurkę po wewnętrznej stronie jego dłoni. Na powierzchni ukazała się ciemna plamka krwi.

Spróbowała jej, nabierając ciepłą smużkę na palec i muskając ją końcem języka, i czekała na odpowiedź. Zaraz też przed jej oczami ukazał się jego świat: zapach starego kleju w szufladzie, śmiechy dzieciaków za oknem, raniące go niczym trzaśnięcia bicza. Nie mógł lub obawiał się do nich dołączyć, chociaż tego pragnął. Obserwował drobinki pyłu wydobywające się ze śmiertelnie poranionej kanapy na poddaszu, z gniewną goryczą myślał o jedynych osobach w okolicy, które zechciały zaprosić go do siebie, do wspólnej przygody. „Chcemy się bawić”.

„Nie!” – opuściła jego wspomnienie, które od teraz będzie w niej żyć.

Obok tysięcy innych.

Kiamand nagle otworzyła swoje prawdziwe oczy, a w jej głowie rozległ się szept: „Och, o nie, co ja zrobiłam? Co ja robię?! Przepraszam, przepraszam”.

„Zostaw go!” – pomyślała buntowniczo.

„Ktoś go kocha!”

„Kiamand!”

I Kiamand też zapłakała, wypuszczając sztylet na ziemię i przykładając nadgarstki do skroni, jakby chciała coś wycisnąć ze swojej głowy, te skradzione przed chwilą wspomnienia; i drżała tak, zrozpaczona.

Podziemny świat, z którym rozmawiali w Bursztynie, desperacko potrzebował pokarmu. Tylko w ten sposób odnajdą drogę. Dlatego musiała go tam przyprowadzić. Ale, zajrzawszy do jego głowy, nie była w stanie tego zrobić. Przecież on tego nie przeżyje.

Niech zatem wraca.

W jej płaczu pojawiły się ulga oraz wstyd: porwała kogoś, uprowadziła bezbronne stworzenie.

– Wracaj, wracaj – powiedziała do Mermina, a on podniósł się, niemrawo, niezdarnie. I ruszył przed siebie, łkając coraz donośniej i żałośniej: syrena alarmowa przeznaczona dla tych, którzy go kochali. – Uciekaj stąd. Błagam. Wracaj. Proszę.

Patrzyła, jak Mermin oddala się od niej. Na skutek doznanego szoku i działania niezwykłych sił kryjących się pod uzdrowiskiem, wkrótce całe doświadczenie wyda mu się snem, zapomni o nim albo nie będzie w stanie stwierdzić, czy przydarzyło się to jemu, czy jakiejś innej osobie. I wędrując pod gwiazdami, za jakiś czas zda sobie sprawę, że nie wie, skąd przychodzi; jak gdyby dotychczas szła za niego inna, obca osoba.

Kiamand dobrze znała to uczucie.

***

Uzdrowisko Bursztyn, Swent

Wściekłe łomotanie rozległo się u bram pogrążonego we śnie uzdrowiska Bursztyn.

Teren ośrodka, wydarty przed wiekami prastarej leśnej głuszy, otoczono wysokim, ceglanym murem. Kiedyś leczono tu choroby płuc, skóry, wzroku oraz rozmaite inne schorzenia. Bogaci i szlachetnie urodzeni mieszkańcy szerokiego świata przybywali tłumnie, by zaznać słynnego mikroklimatu sosnowych borów i zasmakować przedwiecznych wód wypływających z jaskiniowych jezior.

Obecnie wykorzystywano to miejsce do czegoś innego.

– Otwórzcie mi! – zawołała Kiamand, bezskutecznie szarpiąc za mosiężną klamkę.

Wodniczka nie wiedziała, jak się tu znalazła. Minęła noc, czerwone, mgliste słońce nad głuszą przebijało się przez przezroczystą sieć brzozowych koron, solarne lampy rozstawione wokół ośrodka powoli gasły. Jej wspomnienia były mętne i chaotyczne, te zdobyte przez jej własne zmysły przenikały się nawzajem ze skradzionymi.

Musiała odpocząć.

Dwuskrzydłowe wrota uzdrowiska we wszystkich jej wspomnieniach oznaczały bezpieczeństwo i pragnęła tylko jak najszybciej znaleźć się za nimi.

– Zabiłam jakieś zwierzę – wydyszała, gdy wrota wreszcie się otworzyły. Spojrzała zdezorientowana na swoje rękawy, na których zakrzepła krew. Otworzył jej Ilale, przywódca zgromadzenia z Bursztynu.

Mężczyzna spoglądał na nią z góry: przewyższał wzrostem wszystkich mieszkańców uzdrowiska. Jego twarz była pociągła, o posągowych rysach, cera ogorzała, pełna drobnych zmarszczek, wyglądała niezdrowo. Ale jego uśmiech, szeroki, odsłaniający idealne, białe zęby, zawsze wydawał się jej młodzieńczy.

Po chwili Ilale już się nie uśmiechał.

– Kiamand. Co zrobiłaś? Wyszłaś bez ostrzeżenia. Wszyscy cię szukali.

Spróbowała tego w sobie poszukać, by znaleźć odpowiedź. Wspomnienie rodziców, wspomnienie śmiechu, wspomnienie lasu; wspomnienie wspomnienia, wspomnienie myśli. Nic się ze sobą nie łączyło, nie było początku i końca. Były w niej tylko wyraziste, lecz wirujące w chaosie odłamki pamięci przypominające roztrzaskane szkło, które oślepia jej rozsądek. Kalejdoskop bezsensownych kawałków świata.

– Zaczekaj chwilę. Spokojnie. Przestań się w to wsłuchiwać. – Ilale ujął jej twarz dłońmi i na chwilę oboje zamilkli. – Przestań słuchać cudzych żyć. Słuchaj bicia swojego serca. Chociaż przez chwilę.

– Uległam – powiedziała. – Uległam trochę za wcześnie.

Spróbowała skoncentrować się na tu i teraz: na porannym, chłodnym powietrzu, na ciepłych promieniach słońca, które czuła na karku, na zapachu sosnowego lasu, jasnych mchów i wrzosów. Czerwone iskry światła igrały na oknach i dachach uroczych budynków uzdrowiska.

– Przyszedł do mnie. – Jej spojrzenie oddaliło się na moment, zawisło na czubku jednego z drzew, gdy wracała do unoszących się we mgle strzępów swojej wyprawy. – Schował się. Och, nie. Nie zrobiłam tego. On… Poszedł sobie. Zabrałam jego wspomnienie, pożałowałam go. Dałam mu odejść.

– Kiamand. – Nie musiała patrzeć na Ilalego, by wiedzieć, że jego twarz stężała, a wargi zacisnęły się w wąski, chłodny grymas. – To bardzo źle. To nie jest właściwy sposób na zyskanie nowych członków. Z łatwością mogłabyś zrobić to inaczej.

– Wiem – odpowiedziała. – Nie potrafiłam.

– Jeśli wyda się, co mu zrobiłaś, nim pozwoliłaś mu odejść, oni nam tego nie wybaczą. Rozgniewany tłum nie będzie się przejmował chronionym statusem uzdrowiska. – Mury Bursztynu były bezpieczne tak długo, jak długo jego sąsiedzi przejmowali się prawami Stolicy. – Jeszcze raz któryś z mieszkańców osiedla zwabiony przez Bursztyn straci zmysły i znajdą go w polu, oszalałego, szarpiącego kłosy zboża i wyjącego do ziemi… Niech Firya wypuści kolejną symulakrę, w poszukiwaniu przygód, i niech trafi na niewłaściwych ludzi… Nie. – Marszczył przez chwilę brwi w milczeniu. – Nie będziemy już zapraszali miejscowych. Czas wrócić do szukania ochotników z daleka. Musimy rozesłać ogłoszenia i poprosić naszych przyjaciół na szerokim świecie o pomoc w znalezieniu chętnych.

– Stamtąd zgłaszają się tylko różne niedojdy, pijacy i szaleńcy – wtrącił się inny, męski głos. Lachet, ogrodnik i członek ważnej grupy studyjnej w Bursztynie, zwabiony hałasem przyczłapał do bramy w klapkach i szlafroku. Kiamand spoglądała na jego wielkie, białe łydki kąsane przez poranny chłód. Jego stareńka matka dreptała tuż za nim.

– Mermin też nie był w pełni władz umysłowych – odparł Ilale. – A jednak miał to, czego nam potrzeba. Zdrowe ciało, silne serce.

To była jedna z pierwszych lekcji, jakie przyswoiła sobie społeczność Bursztynu, gdy kilkanaście lat wcześniej rozpoczęła drogę ku nowemu przeznaczeniu. Nie każdy kuracjusz był na nie gotów. Nie każdy nadawał się do nadchodzącej podróży. Dlatego właśnie musieli szukać takich ludzi jak Mermin.

– Co ja zrobiłam? – Kiamand oddała się powracającej panice.

Jak wielką wyrządziła mu krzywdę? Dlaczego zdecydowała się to zrobić? Czy przełożony zmanipulował ją, czy była to jej własna wola? Drżała i traciła oddech; przycisnęła suche i zimne palce do skroni, jakby znów chciała wycisnąć z głowy to, co na chwilę ją opanowało, albo przeciwnie, zatrzymać to coś w czaszce, nie pozwolić mu przejąć kontroli nad resztą ciała. Opadła na ziemię, walcząc z falami wewnętrznych dreszczy. Wilgotna trawa na chwilę przesłoniła jej świat.

– Już wszystko dobrze, wszystko jest dobrze – uspokajał ją Ilale.

– Niech ucichną – wykrztusiła, łapczywie połykając powietrze. – Niech już będzie cicho. Cisza!

Ukradziony świat Mermina był w niej, krzyczał do niej, lecz ona nie mogła odwrócić się i przemówić do niego, zawołać w odpowiedzi: wybacz mi, znowu uległam.

– Czy prosisz o lekarstwo? – zapytał przywódca, przekrzywiając głowę. – Musisz poprosić.

– Tak – powiedziała bez tchu, bardzo cicho, choć wiedziała, że będzie tego żałować, gdy następnego dnia obudzi się znów wypełniona cudzą pamięcią. – Proszę.

– Lachet. – Stanowczy głos przywódcy na chwilę ją uspokoił. Ciemna sylwetka Ilalego pochylała się nad nią w aureoli wstającego słońca. – Lekarstwo.

– Jakie lekarstwo? – zapytał olbrzymi mężczyzna.

– Innego człowieka – odparł Ilale głosem pełnym zdziwienia, jakby uważał go za niespełna rozumu. – Inne życie. Które już poznała. Które łatwiej wjedzie. Dawaj, natychmiast.

– Ach. – Lachet pacnął się otwartą dłonią w czoło. – Oczywiście.

Książkę Dzieci Nieporządku kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Dzieci Nieporządku
Paweł Król, Maciej Król0
Okładka książki - Dzieci Nieporządku

Kryształy widzą wszystko. Twoje myśli. Twoje kłamstwa. Twoje najskrytsze marzenia. I uczą się ciebie. Optymaci rządzący Mniejszym Światem stworzyli iluzję...

Wydawnictwo