Świat Słowian, ich wierzeń i dawnych bogów. Pełen szumu cichego wiatru buszującego między sitowiem. I krzyku niosącego się między starym a nowym. Ognistych iskier krążących w powietrzu niczym zwiastun nadchodzącego zmierzchu. I pieśń, która daje nadzieję…
Nadir doświadcza lęku przed nieznanym i jednocześnie tym, co utracone. Wrogowie najeżdżają jego osadę, mordują mu bliskich oraz porywają jego ukochaną. Chociaż serce krwawi, postanawia odnaleźć Mirę. Droga jego przeznaczania jest jednak kręta.
Młody mężczyzna wkracza na ścieżkę pełną niebezpieczeństw, intryg oraz sekretów. Towarzyszy mu tajemniczy Gniewosz. Poznają świat, który jest Nadirowi obcy, oraz władzę, przed którą czasem trzeba się pokłonić.

Tkacz Dariusza Bani to powieść na tle historycznych wydarzeń za panowania Piastów. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Wolf. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Tkacz. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Poranne opary snuły się nad jeziorem, spowijając taflę wody mleczną zasłoną. Ciemne sylwetki łodzi sunęły bezszelestnie ku wyspie, pchane przez rytmiczne ruchy wioseł. Część napastników zbliżała się łodziami, podczas gdy reszta podkradała się po pomoście pod bramę osady. Ciasno stłoczeni wojownicy – sascy rycerze w kolczugach i hełmach oraz Duńczycy w skórzanych kaftanach i z toporami w dłoniach w napięciu spoglądali ku osadzie na wyspie. Na brzegu, w cieniu drzew, Bernhard i Sune obserwowali zbliżający się atak.
Strażnicy na palisadzie dostrzegli zagrożenie. Ostrzegawcze okrzyki rozdarły poranną ciszę. Strzały świstały w powietrzu, ale większość odbijała się od tarcz i pancerzy napastników. W ich tylnych szeregach łucznicy napięli łuki i płonące strzały poszybowały łagodnym lukiem, przelatując nad palisadą i strażnikami. Jedną po drugiej wbijały się w pokryte strzechami dachy. Po chwili trzask płomieni i pierwsze rozpaczliwe okrzyki odbiły się echem po powierzchni jeziora. Strzechy zajmujące się ogniem podświetliły obrońców na palisadzie.
Bernhard siedział na masywnym, czarnym koniu, okryty białą tuniką. Hełm rzucał cień na jego twarz. U jego boku, na siwku siedział Sune. Narzucona na ramiona wilcza skóra chroniła go przed porannym chłodem. W ręku ściskał topór, a jego wzrok spoczął na palisadzie, za którą ogień już trawił dachy chat.
– Wykurzymy ich jak lisy z nory – warknął Bernhard, wodząc wzrokiem po osadzie. – Teraz tylko czekać, aż wybiegną.
Wśród mieszkańców zapanował chaos. Część rzuciła się do wody, próbując uciec wpław, ale tu już czekały łodzie. Po chwili większość z nich bezwładnie unosiła się na falach, skłuta włóczniami Duńczyków. Inni chwytali broń i usiłowali odpierać atak na palisadzie, lecz na próżno – ciężkie topory wbiły się w bramę. Wśród narastającego odgłosu wzbijających płomieni, które bezwzględnie rozlewały się po osadzie, dał się słyszeć głuchy huk i trzask wyłamywanych wrót. Atakujący wlali się w powstałą wyrwę niepo wstrzymaną falą, unosząc ze sobą nielicznych stojących im na drodze.
Osada wyła jak żywa bestia rozdzierana ogniem. Kobiety krzyczały, dzieci płakały, psy ujadały, a końskie kopyta tłukły w ziemię, rwąc się do ucieczki. Zapach spalenizny dusił. Gdy brama runęła, rozżarzone iskry sypnęły na napastników. Już po chwili powietrze zrobiło się lepkie od dymu i krwi. Żar bijący od płonących dachów nadawał stali mieczy piekielną barwę. Na śliskiej od posoki ziemi wojownicy potykali się o ciała. Deski pomostu pokryła śliska, brudna maź z wody, błota i krwi. Jeden z Duńczyków poślizgnął się na wnętrznościach rozprutego obrońcy i runął prosto w ostrze oszczepu, które przebiło mu gardło. Napastnicy wdarli się do osady, przemykając pomiędzy płonącymi budynkami.
Stary Dragor stał pośrodku placu, ciężko opierając się na włóczni. Był jednym z nielicznych, którzy nie rzucili się do ucieczki. Jego włosy, białe jak popiół, opadały na ramiona, a twarz poorana zmarszczkami była spokojna. W oczach wciąż tlił się ogień wojownika. Wiedział, że nie ma już odwrotu.
Pierwszy napastnik, młody Sas w czerwono połyskującej w ognistej poświacie kolczudze rzucił się na niego, zamierzając się toporem. Dragor odsunął się z linii ciosu i pchnął włócznią. Ostrze trafiło w odsłonięte udo przeciwnika i wbiło się głęboko w skórznie. Sas zawył i zatoczył się w tył. Drugi wojownik zamachnął się mieczem, nie pozwalając starcowi dobić leżącego. Dragor sparował cios drzewcem włóczni. Kolejny wróg runął na niego, mierząc mieczem w pierś, ale Dragor wykonał kolejny unik i wbił włócznię pod obojczyk napastnika. Mężczyzna zawył, zataczając się do tyłu, a krew trysnęła na błotnisty plac. Stary wojownik dyszał ciężko. Pobladła twarz mokra była od potu, który zlepił białe włosy. Napastnicy nie dawali mu jednak złapać oddechu. Kolejny przeciwnik zamierzył się na niego. Tym razem starzec już nie zdołał uskoczyć. Klinga wbiła się w jego bok. Dragor zachwiał się, łapiąc za ranę. Krew lała się między palcami, gdy osunął się na kolana. Widząc to, ranny Sas, ten, którego ugodził w udo, podniósł topór i z wściekłością wymierzył cios. Ostrze wbiło się w kark starca, który padł bezwładnie w błoto. Martwe palce zacisnęły się kurczowo na drzewcu włóczni, jakby chciał ją zabrać ze sobą na drugą stronę. Przez osadę przewalały się kolejne fale. Uciekający, broniący, ścierający się. Chaos, wrzask i rzeź.
Pośrodku chaosu stał brodaty mężczyzna, odziany jedynie w spodnie i lnianą koszulę. Spoglądał wokoło z rozszerzonymi oczami, ściskając w dłoni proste ostrze. Osłaniał kobietę kryjącą się za jego plecami.
Gdy pierwszy z napastników rzucił się na niego z toporem, zrobił unik i wbił w jego gardło ostrze, po czym wyrwał je z obrzydliwym mlaśnięciem. Kolejny wojownik natarł na niego z mieczem. Tym razem nie był tak szybki. Stal przecięła mu pierś od obojczyka po żebra. Osunął się na kolana, próbując zatamować krew dłonią.
Jego żona rzuciła się na ciało, obejmowała je i zawodziła. Napastnicy zbliżyli się powoli, a jeden z nich szarpnął ją za włosy. Wrzasnęła, ale nie z bólu – w jej dłoni błysnął sztylet. Cięła na oślep. Jej ruch był zbyt wolny. Klinga przecięła powietrze, a potem jej szyję. Głowa potoczyła się w błoto.
Sasi, metodyczni i zdyscyplinowani, posuwali się na przód w zwartych grupach, zasłaniając się tarczami. Duńczycy chaotycznie rzucili się między płonące zabudowania jak wilki, rąbiąc toporami i tnąc mieczami każdego, kogo napotkali. Mieszkańcy – mężczyźni, kobiety i dzieci – biegali wśród płomieni w poszukiwaniu schronienia.
Z dymu kłębiącego się między chatami wyłoniło się dwóch wojowników – Sas i Duńczyk. Szarpali się o jakiś przedmiot, a ich twarze wyrażały chciwość. W końcu rzucili się na siebie, a ich szamotanina przerodziła się w bójkę. Zaczęli zadawać sobie ciosy. Sas uderzył Duńczyka pięścią w twarz, a ten odpowiedział kopniakiem w brzuch. W końcu Duńczyk powalił Sasa na ziemię i schował zdobycz, uśmiechając się triumfalnie.
Zza innej chaty wyszło dwóch Duńczyków. Ciągnęli za ręce opierającą się i wierzgającą dziewczynę. W świetle pło mieni widać było jej nagie ciało odarte z koszuli. Wcisnęli ją w zaułek między chatami, gdzie płomienie jeszcze nie dotarły. Po chwili rozległ się przeraźliwy krzyk, który przebił się przez odgłosy pożaru i walki.
Osada stała w ogniu, a dym gryzący w oczy spowijał wszystko jak mgła. Przez zasnuty nim plac przebiegała kobieta. Ściskała w ramionach owinięte w lnianą tkaninę dziecko. Jej bose stopy rozpryskiwały kałuże krwi, a mokre włosy lepiły się do czoła.
Z jej gardła wyrwał się zduszony pisk strachu, gdy naprzeciw wybiegła grupa napastników. Rzuciła się w przeciwną stronę, przyciskając niemowlę do piersi, ale nogi miała już ciężkie jak kamień, a oddech rwał się w gwałtownych szarpnięciach. Czuła, że dalej nie da rady, że zaraz runie. W ostatnim odruchu nadziei dostrzegła staruchę kryjącą się obok płonącej chaty. – Weź je… ratuj! – wyszeptała chrapliwie, niemal wciskając dziecko w jej chude ramiona.
Babina zawahała się, a matka, nie oglądając się już, stanęła naprzeciw napastników. Podniosła ręce, jakby chciała ich powstrzymać albo przynajmniej kupić dziecku kilka oddechów życia. Jeden z mężczyzn ciął ją siekierą przez bark – padła na kolana, a potem runęła bez życia w błoto.
Starucha, drżąc, przycisnęła niemowlę do piersi. Jej oczy, wodniste i pełne paniki, szukały drogi ucieczki, lecz wszędzie były tylko śmierć i ogień. Świsnęła strzała i utkwiła jej głęboko w plecach. Zachwiała się, wydała chrapliwy jęk i osunęła na twarz, przygniatając dziecko. Napastnicy przebiegli obok, nie tracąc już na nie czasu. Leżało teraz w błocie obok martwej staruchy, kwiląc cicho, jakby nie rozumiało, że świat wokół zamienił się w piekło.
A wokoło jedni próbowali walczyć, inni padali na kolana, błagając o litość.
Bernhard i Sune, wciąż na koniach, wpatrywali się w spowitą dymem osadę. Strzechy chat płonęły jak pochodnie, rzucając migoczące cienie na walczących. Ciała leżały na pomostach, dryfowały wśród szuwarów lub zwisały z palisady ze sterczącymi strzałami.
– Garbarze przerobią ich skórę na buty – rzucił z ironią Sas, patrząc na ciała obrońców.
Sune skrzywił się.
– Martwi nie pracują. Niewolnicy tak.
– Chciwość cię zgubi, Duńczyku – odpowiedział Bernhard, kiwając z uśmiechem głową.
– Bieda zabiła już więcej ludzi niż chciwość – warknął Sune, krzywiąc usta w paskudnym uśmiechu.
W powietrzu unosił się jazgot umierających. Kolejne chaty waliły się w ogniu, a ranni obrońcy pełzali w stronę pomostu, próbując dotrzeć do wody, nim dopadną ich ostrza. Płomienie trawiły dachy chat, a gryzący dym unosił się nad palisadą.
– Pora dołączyć do zabawy. – Bernhard lekko ścisnął wodze, jego koń zastrzygł uszami. – Nie każmy im czekać.
Ruszyli w stronę rozwartych wrót. Na drewnianym pomoście zadudniły kopyta ostrożnie idących koni. Sune spojrzał na osadę. Przez dym, ogień i kłębiące się cienie wojowników dostrzegł mężczyznę, który jako jedyny wciąż stał i nie uciekał. Pod kuźnią, której dach już zajmował się dymem, oganiał się mieczem przed trzema napastnikami. U jego stóp leżały trupy tych, których wcześniej zdołał powalić.
Bernhard zwolnił konia i spojrzał na scenę z zaciekawieniem.
– To nie jest zwykły kowal – powiedział z przekąsem. – I właśnie dlatego chcę go żywego.
Sune prychnął, unosząc topór.
– Zobaczymy, czy starczy mu sił. I czy uda się wziąć go żywcem. Gęsty dym gryzł w oczy, osadzał się na skórze wraz z warstwą opadającej sadzy. Kowal z trudem łapał oddech, czując, jak żar kuźni za plecami staje się nie do zniesienia. Palenisko tliło się jeszcze, ciskając złowrogie refleksy na pociemniałe od dymu ściany. W dłoniach zaciskał miecz – ciężki, lecz pewny, dobrze leżący w dłoni, gotowy ciąć i zabijać. Krew na ostrzu dobrze o tym świadczyła.
Napastnicy, trzej mężczyźni, otaczali go powoli, z rozwagą. Każdy z nich był doświadczonym wojownikiem, lecz widzieli, jak ich towarzysze padali martwi na ziemię, rozpruci ostrzem tego człowieka. Ich ruchy były uważniejsze, tarcze uniesione, miecze gotowe do ataku.
Duńczyk ruszył pierwszy – niski, krępy, z oczami czujnie spoglądającymi spod strzechy jasnych włosów. Uniósł miecz, jakby miał ciąć z góry, lecz w ostatniej chwili zmienił kierunek i uderzył z boku. Kowal uchylił się, a ostrze ześlizgnęło się po skórzanym fartuchu, rozcinając go szeroko. Przeciwnik parł naprzód, chcąc zepchnąć go siłą. Kowal nie ustąpił. Pchnął go barkiem i wbił kolano w brzuch. Duńczyk zacharczał, zgiął się, odsłaniając bok. Wtedy kowal poderwał miecz i wsunął stal pod żebra. Ostrze weszło głęboko, aż poczuł opór kości.
Napastnik cofnął się chwiejnie, wypuszczając z rąk broń. Chwycił się za ranę, z ust pociekła mu ciemna krew. Jeszcze przez chwilę próbował złapać oddech, aż w końcu osunął się na ziemię, szarpiąc powietrze jak ryba wyrzucona z wody.
Dwaj pozostali rzucili się bez wahania. Pierwszy dopadł go Sas – zamachnął się ciężkim mieczem. Kowal podniósł własny, a uderzenie zatrzęsło jego ramionami i prawie wyrwało mu broń z dłoni. Cofnął się, czując za plecami gorąco płomieni.
Kątem oka dostrzegł ruch – trzeci napastnik szedł z boku, unosząc topór do ciosu. Kowal rzucił się w bok, ramieniem uderzając w belkę, która już zajęła się ogniem. Smród palącego się drewna wdarł mu się w nozdrza, a języki ognia liznęły fartuch. Nie było czasu na wahanie. Odbił się od belki i kopnął jednego z wojowników w kolano. Ten zawył, zachwiał się i odsłonił kark. Kowal uniósł miecz oburącz i ściął go jednym brutalnym ciosem.
Sune wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu i zeskoczył z siodła.
– Jak wściekły pies… – prychnął, ruszając naprzód.
Kowal cofnął się o krok, zaciskając dłonie na rękojeści miecza. Zamachnął się desperacko, lecz Sune z łatwością odbił cios. Broniący się potknął o rozrzucone przy palenisku narzędzia i zachwiał, prawie wpadając w płomienie, które za jego plecami zaczynały szaleć. Uderzenie przeszyło jego pierś bólem – jęknął, czując, jak żebra uginają się pod naporem, a oddech więźnie gdzieś w gardle.
– Nie po to tu przyjechaliśmy! – warknął Bernhard. – Potrzebujemy go żywego!
Sune zatrzymał topór w pół ruchu, oczy błysnęły gniewem.
– Żywego? – syknął. – Nie wygląda na takiego, co się poddaje.
Bernhard nie odpowiedział. Patrzył, jak kowal, łapiąc oddech, cofa się coraz głębiej w kłębiący się dym. Jego stopa osunęła się na dymiącej belce, dłoń na moment poluzowała uścisk na rękojeści miecza.
To wystarczyło.
Sune dostrzegł zawahanie i ruszył do przodu. Cios tarczą powalił kowala na kolana. Broń wypadła mu z dłoni, z pluskiem padając na rozdeptane, krwawe błoto.
Kowal klęczał, czując, jak gorąco bijące od płomieni przypala mu skórę. Oczy łzawiły od dymu i palącego bólu. Po omacku szukał rękojeści miecza, lecz nie sięgnął jej – nie miał już czym walczyć.
Przez chwilę patrzył w oczy Sunego, który stał nad nim, zaciskając palce na toporze. W oczach Duńczyka błyszczało drapieżne rozbawienie, ale też coś innego – szacunek dla tego, który mimo bólu i przewagi wroga nie poddał się łatwo.
Bernhard, obserwując to z boku, skrzywił się z irytacją.
– Ma być żywy! – wrzasnął.
Kowal podniósł wzrok. Przez gęsty dym jego oczy błyszczały czerwonym światłem płomieni, twarde i nieustępliwe.
Nim ktokolwiek zdążył zareagować, poderwał się z kolan i rzucił w głąb płonącej kuźni.
Sune zaklął pod nosem, a Bernhard zacisnął pięści na wodzach konia.
– Idźcie po niego! – rzucił rozkazem.
Żaden z wojowników się nie ruszył. Jeden z Sasów nerwowo oblizał wargi, zaciskając palce na rękojeści miecza. Inny, młodszy, cofnął się o krok, jakby samo ciepło ognia mogło go poparzyć.
Gęsty dym spowijał wnętrze, płomienie lizały krokwie, belki trzaskały jak wystrzały.
– Idźcie! – powtórzył Bernhard ostrzej, ale wciąż nikt nie wykonał rozkazu.
Jeden z Duńczyków zerknął na Sunego, jakby szukając potwierdzenia.
– Jeśli tam wejdziemy, spłoniemy razem z nim – mruknął inny. Sune splunął.
– Ogień go pochłonął – oznajmił obojętnie.
Bernhard wpatrywał się w płomienie, a jego myśli były rozdarte między gniewem a chłodną kalkulacją. Palce zacisnęły się na skórzanych wodzach tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.
Płonąca kuźnia warczała jak rozjuszona bestia, ogień skakał po belkach, dym wypełniał powietrze.
Bernhard milczał. Płomienie tańczyły w jego oczach, ale nie ruszył się z miejsca.
Wojownicy czekali.
I przez chwilę nikt nie wykonał żadnego ruchu. Z wnętrza rozległ się łomot walących się belek, a potem – czy to było tylko złudzenie? – krótki, urywany krzyk.
Sune spojrzał na Bernharda, którego twarz była pozornie niewzruszona, ale szczęka lekko drżała. W końcu Duńczyk prychnął i odwrócił się w stronę swoich ludzi.
– Ulf! – rzucił szorstko. – Wyciągnij go. Chcę go tutaj albo chociaż jego ścierwo.
Jeden z Duńczyków – barczysty, z siekierą w dłoni – zawahał się. Ogień trawił już ściany kuźni, dym gęstniał z każdą chwilą, a żar bił w twarz jak otwarty piec. Wokół zapanowała napięta cisza – wszyscy czekali, czy się odważy.
Ulf zaklął pod nosem i ruszył. Wilcza skóra na ramionach zdążyła już lekko zaiskrzyć od żaru płomieni, lecz nie zwolnił kroku.
Chwila przeciągała się w milczeniu.
W końcu z pożogi wyłoniła się ciemna sylwetka – Ulf, osmalony, z płonącymi strzępami futra na plecach, ciągnął za sobą bezwładne ciało.
– Żyje? – warknął Bernhard, zeskakując z konia. Ulf splunął na ziemię, oddychając ciężko.
– Nie wiem. Ale jeśli nie, to chociaż mamy jego truchło.
Bernhard przyjrzał się postaci leżącej w błocie. Ciało było pokryte sadzą, ubranie zwęglone w miejscach, gdzie dosięgnął go ogień. Nie było jednak pewne, czy to trup, czy tylko omdlały człowiek.
Sune wzruszył ramionami.
– Masz swojego kowala. Żywego czy martwego, to już nie mój problem.
Bernhard spojrzał na niego ponuro, ale nie odpowiedział. Ogień trzaskał, połykając resztki kuźni, a nad osadą unosił się duszący dym. Wśród ruin wciąż słychać było przytłumione jęki rannych i zduszone krzyki dziewczyn, które ocalały z rzezi. Stały zbite w ciasną grupę, drżące, w poszarpanej odzieży, niektóre we łzach, w szoku, z pustym wzrokiem wbitym w ziemię.
Ruiny osady spowijał żar i ciężkie powietrze, przesycone wonią spalonego drewna i mięsa. Ciała martwych i konających leżały wśród popiołów i rozwalonych chat, których dachy wciąż tliły się w płomieniach. Krzyki kobiet i dzieci, które przeżyły rzeź, rozbrzmiewały wśród chichotu zwycięzców. Duńczycy i Sasi przeszukiwali zgliszcza, zaglądając do częściowo zawalonych izb i przewracając skrzynie, które dało się przestawić. Wyciągali z ukrycia tych, którzy próbowali się schronić.
Jedna z kobiet, młoda i jasnowłosa, w panice próbowała wyrwać się z rąk wojownika, drapiąc go i szarpiąc się. Mężczyzna zaśmiał się drwiąco. Rzucił nią o ziemię. Próbowała wstać, ale mężczyzna kopnął ją w bok i przyciągnął do grupy schwytanych.
Przy studni leżały porozrzucane worki z mąką, przesiąknięte krwią. Zwierzęta ryczały przerażone, a kilku wojowników, zmęczonych walką, zaczęło zarzynać bydło. Noże błyskały w świetle pożaru, krew barwiła ziemię.
Sune przeszedł między wojownikami, oceniając łup. Ogarnął wzrokiem grupkę stłoczonych dziewczyn. Było ich niewiele – zbyt mało, by łup był satysfakcjonujący. Niektóre były ranne, inne wciąż w szoku.
Przekrzywił głowę, licząc w myślach, po czym spojrzał na Bernharda.
– Masz swoje ścierwo, ja biorę te. Należą mi się.
Jego wzrok przesunął się po dziewczynach jak ręka handlarza ważąca kosztowność – zimny i beznamiętny. Jedna z nich, o splątanych włosach i twarzy umazanej sadzą, nagle cofnęła się o krok. Mimo brudu i zmęczenia, wciąż była piękna – jej oczy, pełne gniewu i strachu, błyszczały w świetle płomieni. Nie płakała jak pozostałe, tylko wbiła spojrzenie w Sunego, twarde i uparte. Pomimo wszystkiego odmawiała poddania się losowi. Czuła na sobie jego wzrok – zimny, kalkulujący, jak spojrzenie człowieka, który waży cudze życie. Ale nie spuściła oczu.
Sune uśmiechnął się ironicznie.
Ciekawe, czy będziesz tak patrzeć, jak na targu kupcy zaczną cię obmacywać – pomyślał rozbawiony.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, potem po smukłym ciele, ledwie osłoniętym postrzępioną tkaniną. Była brudna, osmalona, ale dostrzegł w niej coś, co z pewnością spodoba się kupcom w Ribe. W myślach już kalkulował cenę.
Płomienie wciąż pożerały osadę, a ich krwawe języki lizały zgliszcza. Ta noc należała do zwycięzców.
Książkę Tkacz kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
