Fachowcy vs amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką. Zapis debaty

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Fachowcy vs amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką. Zapis debaty z kategorii Brak kategorii

Krzysztof Uniłowski: Jak się zostaje piszącym o literaturze, krytykiem literackim – mówiono kiedyś? Być może dziś należałoby mówić raczej o czytelniku-ekspercie, czytelniku, który dzieli się z innymi swoimi doświadczeniami? Jak się zyskuje prawo do publicznego mówienia na temat tego, co piszą twórcy, co piszą inni piszący o literaturze? W jaki sposób stajemy się kimś, z czyją opinią inni czytelnicy, zwykli czytelnicy muszą się zmierzyć? Kto nas uprawomocnia, w jaki sposób zdobywamy szlify uprawniające nas do występowania w przestrzeni publicznej? Czy w ogóle Państwo czują, że mają takie szlify?

Sławomir Krempa: Jeżeli mam powiedzieć o sobie, to przeszedłem szkołę dość rzeczową – począwszy od magazynu „Śląsk”, gdzie zdobywałem szlify w zakresie tradycyjnej krytyki literackiej. Pewnego dnia jednak odkryłem, że nie chcę pisać dla czasopism, których nikt nie czyta i obecnie jestem naczelnym serwisu Granice.pl, dziennikarzem popularyzującym wiedzę o literaturze. Trzeba jednak powiedzieć, że taka droga nie jest konieczna. Obecnie prawo do mówienia o książkach ma – za sprawą Internetu – każdy. W serwisie takim jak Granice.pl każdy może się zarejestrować i zamieścić własną opinię o książce, a te opinie są dla innych czytelników, poszukujących informacji o nowościach wydawniczych, równie ważne – jeśli nie ważniejsze – co teksty krytyków literackich z warsztatem. Mówię „ważniejsze”, bo trzeba powiedzieć jasno, że teksty większości krytyków literackich dla przeciętnego czytelnika są za sprawą języka kompletnie niestrawne.

Paweł Brzeżek: Bardzo ważne jest podkreślenie, że Internet faktycznie zmienia postrzeganie tego, jakie my mamy prawo do czegoś – w tym wypadku do wypowiadania się o literaturze. W sieci po prostu jesteśmy, w tej przestrzeni żyjemy. Internet jako medium demokratyczne pozwala wybić się temu, kto jest najgłośniejszy. To może być niebezpieczne, ale z drugiej strony to jest cała siła tego medium. Kto nam daje prawo do wypowiadania się? Z jednej strony my sami, a z drugiej strony wydaje mi się, że przede wszystkim sposobem na weryfikację tego, kto ma prawo się wypowiadać, jest sam Internet – to, że ktoś nasze opinie czyta albo nie. Można mówić o różnych patologiach tego systemu, o „kółkach wzajemnej adoracji”, a z drugiej strony o hejterstwie, ale jednak mimo wszystko w sieci dobra treść broni się po prostu sama. Publikując tekst, wchodzimy już w jakąś dyskusję i w tym momencie albo zyskujemy prawo do głosu, albo je tracimy, bo zostajemy wykluczeni, wyśmiani, zignorowani. Kluczowa jest jednak treść – ta musi się obronić sama, by mogła istnieć w Internecie. 

K.U.: Czy trzeba być polonistą, żeby pisać o książkach?

Anna Kałuża: Być może można pisać o książkach, nie będąc polonistą. Pytanie, czy można pisać o literaturze?

K.U.: Czyli książki to nie to samo co literatura?

A.K.: W Internecie mówimy o istnieniu blogów książkowych, mówimy, że pisze się o książce, a więc o konkretnym obiekcie, mającym pewną postać fizyczną, formę. Natomiast wydaje mi się, że krytyka nie zajmuje się książkami, tylko literaturą, a więc czymś więcej. Po drugie: nie postrzegałabym Internetu jako przestrzeni demokratycznej, jako przestrzeni nieograniczonej wolności. Tu wszystko jest o wiele bardziej systemowe, niż się na pierwszy rzut oka wydaje i podlega zupełnie innym regułom czy ograniczeniom niż akademickie czy polonistyczne pisanie o literaturze. 

D.N.: Nie trzeba być polonistą, by pisać o literaturze, ale z pewnością warto. Choćby dlatego, że warsztat polonistyczny w pisaniu o książkach – czy o literaturze – jest bardzo pomocny. Ja na przykład w wielu tekstach o książkach w Internecie zauważam błędy już na poziomie elementarnym – powszechne jest mylenie narracji z fabułą. Po drugie: przyłączę się do tego, co powiedziała Ania – złudzeniem jest postrzeganie Internetu jako przestrzeni nieograniczonej wolności. Zwrócę Państwu uwagę na jedną rzecz – jak niewiele jest w Internecie niezależnych opinii, choć wydawałoby się, że to medium zupełnie poza kontrolą. Myślę, że 90% tekstów, jakie czytamy w Internecie nie tylko o książkach, to są teksty wybitnie konformistyczne. To tautologia, mówienie na okrągło tego samego, mówienie bezpieczne. W tym sensie Internet jest dla mnie niespełnioną nadzieją, myślałem, że będzie w nim więcej anarchii. Tymczasem anarchii jest, niestety, jak na lekarstwo, w dodatku wypowiedzi internetowe nie tworzą jakiegoś nowego pola do dyskusji, tylko powtarzają głosy znane choćby z tradycyjnych mediów. 

K.U.: Wróćmy może do tego, że zarysował nam się na początku bardzo wyraźny podział – są ci od książek i ci od literatury. Zgadzacie się z tym podziałem?

Kinga Kasperek: Mogę się zgodzić z tym, że blogerzy książkowi faktycznie piszą głównie o książkach i traktują każdą książkę bardzo jednostkowo. Ale z drugiej strony chciałam zwrócić uwagę na to, że w sieci bardzo ważny jest tak zwany content – treści muszą być dobrej jakości. Recenzje w sieci odtwarzają pewne elementy tekstów krytycznoliterackich, tylko przyjmują nieco inną formę – są skrócone, bardziej dynamiczne, ich język jest nieco inny. Ale z drugiej strony w niemal każdej recenzji na blogu muszą pojawić się pewne elementy – opis książki, jakaś ocena krytyczna – przynajmniej w przypadku lepszych blogerów. Każdy bloger książkowy, który chce w jakiś sposób się liczyć, musi udowodnić, że zna się na tym, co robi, że wie, o czym pisze. Musi udowodnić, że posiada wiedzę literaturoznawczą, że przeczytał w swoim życiu kilkaset czy nawet kilka tysięcy książek. W tym przypadku ilość przeczytanych książek naprawdę ma znaczenie, bo daje pewne wyrobienie, orientację w obrębie konkretnego gatunku. Warto też wspomnieć o tym, że wielu blogerów książkowych nieustannie się rozwija – stąd swego rodzaju konkursy, wyzwania czytelnicze – na przykład w danym miesiącu blogerzy mogą przyłączyć się do wyzwania, w ramach którego czytają książki noblistów, poszerzając swoją wiedzę, orientację w świecie literatury. Blogerzy rywalizują też między sobą, chwaląc się liczbą przeczytanych książek. Oczywiście wielu blogerów zamiast na swego rodzaju ocenie krytycznej skupia się na tym, na ile im się spodobał bohater. Blogerzy skupiają się raczej na konkretnych książkach, może nawet na własnych preferencjach czytelniczych, niż biorą pod uwagę kontekst krytycznoliteracki. 

S.K. Podczas Festiwalu Literatury Kobiecej „Pióro i Pazur” w Siedlcach miałem przyjemność zaprosić blogerów do dyskusji na temat tego, w jaki sposób piszą o literaturze i jakie mają – nazwijmy to w ten sposób – kompetencje, by o literaturze pisać. Najczęściej powracało w tej dyskusji takie sformułowanie: „My nie piszemy o literaturze, my piszemy o emocjach w literaturze i o tym, jakie wrażenia wzbudziły w nas poszczególne lektury”. I to jest jeden, najszerszy chyba nurt, wśród blogów książkowych. Jednak jeśli przyjrzymy się blogosferze trochę bliżej, to zobaczymy, że doskonale sobie w niej radzą na przykład publikujący także w pismach krytycznoliterackich Jarosław Czechowicz, który na blogu „Krytycznym Okiem” uprawia ni mniej, ni więcej, tylko krytykę literacką, choć fakt, że dostosowuje język do odbiorcy, jaki czyta jego blog. Mamy też doktor Bernadetę Darską, która popełnia kolejne prace krytycznoliterackie i wydaje je w wydawnictwach akademickich, a równocześnie prowadzi bardzo popularnego bloga o książkach. Ma kompetencje, ma dużą wiedzę literaturoznawczą i wykorzystuje ją. Inaczej rzecz biorąc: jako prawdziwy ekspert jeśli chodzi o literaturę, wskazuje czytelnikom, po jakie książki sięgać warto. Mówiąc więc o sieci, warto powiedzieć o różnorodności, jaka w niej panuje. 

P.B.: Chciałbym się odnieść do wizji Internetu, jaką profesor Nowacki przedstawił, bo gdybym nie znał sam Internetu, to doszedłbym do wniosku, że jest to szalenie przyjemne miejsce, w którym nie ma żadnych skrajnych opinii, żadnych kontrowersji, a wydaje mi się, że jednak tak nie jest. Internet to jest miejsce, gdzie ścierają się skrajne opinie. Przyznaję, że główne nurty, portale, będą opierały się na tekstach do pewnego stopnia kastrowanych pod względem – powiedzmy – kontrowersji, ale tak samo jest z głównymi mediami tradycyjnymi – z telewizją, radiem i prasą. Rozumiem wątpliwości dotyczące tego, czy Internet rzeczywiście jest demokratyczny, czy nie, ale jednak mimo wszystko w Internecie nie ma wykluczenia polegającego na tym, że ktoś przestanie Cię wydawać, ktoś zabroni Ci się odzywać, bo nawet, jeśli się skompromitujesz, nadal jako bloger masz prawo pisać i choćby tylko dla siebie, ale będziesz to robił. Jeśli będziesz chciał dotrzeć do grupy osób zainteresowanych danym tematem – na pewno Ci się to uda dotrzesz. 

Wojciech Rusinek: Chciałbym powalczyć trochę z mitem niedostępności tekstów krytycznoliterackich czy ich autorów. Istnieje bardzo łatwa możliwość kontaktu z redakcjami czasopism czy witryn krytycznoliterackich. Nasze łamy są dostępne – choć oczywiście nadsyłane teksty muszą spełnić pewne wymogi formalne. Nie jesteśmy bandą terrorystów, uzurpujących sobie wyłączne prawo do wypowiadania się o literaturze, którzy otaczają się murami. 

Wracając jednak do kwestii podziału na teksty o książkach i teksty o literaturze, chciałbym zwrócić uwagę na niebywałą wręcz ilość tekstów z nurtu krytyki książki. Mnie to przeraża, że nurt ten (blogosfera i portale o książkach – przyp. pedakcji) jakby odbija zalew nowości rynkowych. W tym sensie nurt ten nie jest wcale krytyczny, powiela jakby tę strategię zarzucania rynku nowościami wydawniczymi, bestsellerami. Paradoksalnie tradycyjny namysł nad książką, spokojna krytyka literacka jest bardziej w opozycji do zjawisk rynkowych niż powielanie jednego głosu w setkach recenzji na blogach. Na ważną rzecz zwróciła uwagę Kinga Kasperek – takie zalewanie Internetu własnymi recenzjami w jakiś sposób uwiarygadnia autora, wprowadza do świata literatury, do świata osób piszących o literaturze wielu amatorów. Sam cały czas jestem pod wrażeniem najnowszej książki profesora Stefana Szymutki, autora, który napisał de facto 4 książki w ciągu całego swojego życia. I nie zamieniłbym tej jednej książki na tysiąc recenzji krytyków-amatorów. Problemem jest konformizm tych blogowych recenzji, takie swoiste lizusostwo wobec wydawnictw czy autorów książek. 

Jeśli zaś pytamy o to, czy wykształcenie polonistyczne jest nam potrzebne, byśmy mogli pisać o literaturze, odpowiedź brzmi: nie jest nam potrzebne. Zresztą można przejść przez studia polonistyczne i nadal nie być polonistą. Bycie absolwentem polonistyki niewiele znaczy dziś tak naprawdę. Natomiast w jakiś sposób rozumiem reakcję wielu czytelników, swoistą niechęć wobec krytyki akademickiej czy wyrastającej z nurtu akademickiego. Wielu czytelnikom wydaje się, że nie można mówić prosto w obrębie dyskursu krytycznoliterackiego, nie można mówić w sposób zrozumiały. To tylko złudzenie, jednak niechęć wielu czytelników powoduje z kolei u akademików reakcję w postaci krytyki tego nurtu amatorskiego.

D.N.: Ja tylko chciałem wytłumaczyć się z moich słów o dominującym konformizmie i braku demokracji. Otóż całkiem niedawno przeczytałem około dwudziestu wypowiedzi w Internecie na temat ostatniej powieści Olgi Tokarczuk. Wśród nich nie znalazłem żadnego kontrgłosu – takiego, który by zarysował jakąś odmienną perspektywę, a co gorsza nie powtarzałby wszystkich frazesów, które podrzucił wydawca w pressbookach. Dlatego właśnie powiedziałem, że to jest dla mnie rozczarowujące – może mam jakąś punkową, anarchistyczną duszę. 

A.K.: Mam wrażenie, że to, co odróżnia krytykę literacką od internetowej, to nie jest kwestia kompetencji ani wiedzy. Przecież zdarza się, że blogi książkowe prowadzą po godzinach na przykład nauczyciele-poloniści. Powiedziałabym raczej, że różnica ta zasadza się na pewnej dobrze pojmowanej „chuligańskości” krytyki literackiej. Krytyk literacki dba o to, byśmy nie pogrążyli się w mętnej wodzie nieustannie powtarzanych identycznych opinii. Tymczasem recenzje blogowe to nieustanne powtarzanie tych samych tez czy nawet sformułowań, które przedstawia się jako opinie własne. 

K.U.: Spróbuję teraz zwrócić uwagę na kilka wątków ważnych, które podjęliśmy. Przy okazji będę oczywiście nieznośnie upraszczał, za co z góry przepraszam. Koledzy - akademicy zbijają zarzut dotyczący niezrozumiałości, natomiast nie o to chodzi. Chodzi o kwestię zupełnie inną, o kwestię stawiania pytań dotyczących tego, co my możemy zrobić z tekstem, czytania wbrew utartej opinii chociażby. Pięknie, ładnie, ale z drugiej strony pojawiło się inne zastrzeżenie: zastrzeżenie do tego, że te wszystkie zacne strategie związane z takim „zacięciem punkowym” - dyskusje akademickie odbywają się w zupełnej próżni, to są takie solówki odgrywane na stronie, do których pies z kulawą nogą nie zagląda. Pan Sławek powiedział: uciekłem do czytelników, życie jest gdzie indziej. Czytelnicy są gdzie indziej, a – co więcej – tutaj się pojawił bardzo ważny motyw dotyczący emocji. Jako czytelnicy po co sięgamy po literaturę? Po to, by czegoś doświadczyć, by coś przeżyć. Czytelnicy jeżeli dzielą się swoimi wrażeniami z lektury, to opowiadają o swoich emocjach. „Przeczytałem i zadziałało na mnie to i to, tu się wzruszyłem, tu zirytowałem”. Zasugerowaliście, że to dość ważna strategia krytyczna, może nie jedyna, ale istotna strategia krytyczna w obiegu nieprofesjonalnym, natomiast czy ta sfera emocji zawodowych krytyków nie obchodzi, nie interesuje? Czy krytycy profesjonalni to są zimne intelekty, które stawiają punkt ciężkości zupełnie gdzie indziej i to jest taki rodzaj demonstracji: „Co ja mogę zrobić z tekstem, patrzcie i podziwiajcie!” 

P.B.: Ja też mam jedno pytanie: skoro w polskim Internecie brakuje opinii krytycznych i brakuje tego właśnie wielogłosu, punkowości, to dlaczego Państwa tekstów nie ma w tym Internecie, dlaczego Państwo nie wniosą nowej jakości? Nie chodzi przecież o to, że mamy sztuczny podział: Internet i akademia. Akademia może wejść w Internet, nie ma tej granicy. 

S.K.: Tylko prawda jest taka, że krytyka literacka zamyka się w niszowych pismach, które dostają dotacje z budżetu państwa czy samorządu. Tam poważni naukowcy piszą po to, żeby dostać wierszówkę. Natomiast w Internecie jest „za darmo”. Blogerzy piszą swoje recenzje z – jak bardzo patetycznie by to nie brzmiało - prawdziwej z miłości do literatury, a nie dla pieniędzy.

K.U.: Odniosę się tylko trybem administracyjnym do mitu dotyczącego dotacji. Te dotacje są takie, że ledwo wystarczają na pokrycie najważniejszych kosztów, sporą część pracy wykonuje się w czynie społecznym. 

S.K.: A jednak kiedy pisałem dla „Śląska”, wierszówkę otrzymywałem. 

W.R.: To nie jest tak, że krytyki profesjonalnej nie ma w Internecie. Jestem w Internecie jako redaktor „ARTpapieru”, nasze pismo ma profil na Facebooku... Natomiast wracając do kwestii emocji, to oczywiste, że czytamy przez emocje. Ale jeden z nas jest w stanie powiedzieć tylko tyle, że książka wywołuje w nim jakieś emocje, a inni są w stanie napisać kilka stron o tym, co robi autor, by w czytelniku te emocje wywołać. 

K.U.: Tyle, że nikt nie chce czytać tych kilku stron. 

K.K.: Ja mam wrażenie, że właśnie problem jest w tym miejscu, o którym wspomniał profesor Uniłowski. Internet rządzi się innymi prawami niż krytyka literacka. Nie chodzi nawet o to, czy ktoś jest profesjonalistą, czy nie, po prostu teksty akademickie w życiu by w sieci nie przeszły – są za długie. Wszyscy blogerzy książkowi muszą pamiętać o serii czynników, które działają tylko w Internecie: tekst ma być krótki, ma być napisany tak, by się dobrze czytał pod SEO, musi być w nim maksymalnie dużo emocji…

A.K.: Ale przecież podobno Internet jest demokratyczny, tam wszystko można…

D.N.: Wydawało mi się, że witryny internetowe czasopism zostały założone między innymi po to, by można było przy tekście napisać: „więcej w sieci” - więcej niż w papierze. Mam skojarzenia z najwyższym piórem krytycznoliterackim w Polsce, z profesorem Czaplińskim, który pisze recenzje na 15-20 stron maszynopisu i jemu tego nie chcą w papierze drukować, najważniejsze redakcje odrzucają te teksty, bo są za długie. Takie teksty profesor więc umieszcza w bardzo cenionym przeze mnie miejscu, w serwisie dwutygodnik.com Proszę tam zajrzeć, jest na przykład recenzja najnowszej powieści Michała Witkowskiego, policzyłem, miała 17 tysięcy znaków. Gdzie takie teksty mają być publikowane, jeśli nie w sieci? 

Ilona Chylińska: Pytanie brzmi w tym momencie, kto czyta tego rodzaju teksty? Tekst może mieć i dwadzieścia tysięcy znaków, ale czy jakikolwiek czytelnik jest w stanie tak obszerną recenzję przeczytać? 

A.K.: Ale książka ma jeszcze więcej, ma czterysta stron na przykład. 

D.N.: Ale mnie interesuje, co profesor Czapliński ma do powiedzenia na temat tej powieści. 

P.B.: Chciałbym najpierw zdementować pewien mit, który pojawił się w toku dyskusji. Padło tu określenie „SEO”: absolutnie nie jest tak, jak było kiedyś, że liczył się algorytm wyszukiwarki, który obliczał cudowne rzeczy na podstawie tekstu i określał na przykład, że artykuł jest za długi, by mógł być dobrze wypozycjonowany i zainteresować czytelników. Teraz – mówię tutaj o Google’u który stale udoskonala mechanizmy wyszukiwarki – kluczowa jest adekwatność tekstu do tego, co my w wyszukiwarce wpisujemy. Nie będzie tak, że lepiej pozycjonowane będą teksty krótkie, ale nasycone pewnymi słowami, tylko takie, które będą sensowne dla czytelników. Do Internetu nie pisze się wyłącznie krótkich tekstów i nie tylko krótkie teksty mogą w sieci odnieść sukces. 

A.K.: Ktoś kontroluje nas teraz nieco inaczej. 

P.B.: Oczywiście, możemy powiedzieć, że wyszukiwarka nas kontroluje. Prawda jest jednak taka, że my musimy przedstawić wyszukiwarce nasze oczekiwania w taki sposób, by mogła ona je spełnić. Powtórzę: nie jest też tak, że w Internecie czyta się wyłącznie teksty krótkie. Kiedyś nie wyobrażałem sobie, by przeczytać ebooka, dla mnie było absurdalne, że można w formie elektronicznej przeczytać tak długi tekst. Dziś to sprawa oczywista. Podobnie jest jeśli mówimy o czytaniu tekstów w Internecie. Kiedyś notki musiały być krótkie, teraz muszą być wyczerpujące i interesująco napisane. 

K.U.: Straszna sprawa – są stereotypy na temat akademickiej krytyki literackiej, są stereotypy na temat tekstów Internetowych, ale wróćmy do pytania o czytelnika. Nie wiem, czemu, ale przypomina mi się nieco bunt mas – tyle, że tu właściwie nie mówimy o buncie mas, ale o sytuacji po zwycięstwie mas. Tu również jest kwestia emocji, bo jeżeli sięgamy po literaturę po to, by przeżyć, doświadczyć, to jednocześnie teoretycznie nie powinniśmy móc powiedzieć, że czyjeś przeżycia i emocje są lepsze, a czyjeś mniej istotne, nieważne. Ktoś się wzrusza Katarzyną Michalak – ma prawo – ktoś się czuje poruszony lekturą Szczepana Twardocha – ma święte prawo – ktoś inny sięga po Stefana Szymutkę i także ma do tego prawo, ale te wszystkie trzy wybory są równoważne. Zastanawiam się, czy w związku z tym nie chodzi o taki fetysz ilościowy, czy to nie jest jakby dogmat nowoczesności, że generalnie liczą się te nieszczęsne „lajki” – ten tekst poruszył tyle i tyle osób, na tamten zareagowało tyle a tyle, więc jest on ważniejszy. Troszeczkę mam kłopot z tym przelicznikiem liczbowym, gdy mówimy o tym, że skala reakcji na jakiś tekst mierzona liczbą ma być wykładnikiem jego istotności i ważności społecznej. 

A.K. Zwłaszcza, że „lajki” – czy też „hejty” – są też robione, produkowane. Można mówić o tym kontakcie z czytelnikami, jaki związany jest z recenzją publikowaną w Internecie, ale przecież trzeba pamiętać, że to jest jedynie symulacja jakiejkolwiek rozmowy, ponieważ sytuacja internetowa, czy też sytuacja dzielenia się swoimi emocjami i wrażeniami to jest patologia. Jesteśmy w kręgu patologicznych powtórzeń i to jest bardzo bliskie wszystkim nazistowskim, hitlerowskim, totalitarnym systemom, w których musisz iść w tłumie, w szeregu. To nie jest fetysz większości, tylko terror większości. Tymczasem krytyka literacka nie jest reakcyjna, nie mówimy też z poczuciem wyższości, jakobyśmy mieli kogokolwiek pouczać, nie mówimy o poczuciu bycia elitarnym. Ale nie rozumiem, dlaczego musimy niejako z automatu być ustawieni w poczuciu pewnej wspólnoty czy dlaczego mielibyśmy się z wrażeniami większości utożsamiać. Myślę, że krytyka z samej swej istoty powinna stać po stronie mniejszości. Po stronie tych, którzy nie mają głosu w ogóle żadnego. 

D.N.: Wspomniany przez jednego z panów Jarosław Czechowicz z bloga „Krytycznym Okiem” osiągnął pewien sukces, biorąc pod uwagę na przykład liczbę odsłon, ale jest dramat na poziomie komentarza, większość jego recenzji ma jeden czy dwa komentarze, czasem zaś komentarzy brak w ogóle. I nie mówię tu o komentarzach w rodzaju „fajna recka, zajrzyj na mój blog”. To jest złudzenie dialogiczności, jakiejś wspólnoty komunikacyjnej, sztucznie przez technologię podtrzymywane. 

K.U.: To może w takim razie w stronę tak zwanych nowych mediów: czy emocje wystarczają? Czy trzeba coś do nich dorzucić? Co oprócz emocji? 

S.K.: Chyba jesteśmy tu w sytuacji dość trudnej, bo koledzy reprezentujący nowe media są doktorantami, a więc w gruncie rzeczy profesjonalistami, a sam do grona współpracowników serwisu Granice.pl zapraszam często akademików, ponieważ nieco naiwnie wierzę, że jeżeli ktoś obronił magisterkę czy doktorat na filologii polskiej, to ma spore kompetencje i potrafi książkę ocenić w sposób bardziej rzeczowy, przekonujący, lepiej uargumentowany niż przypadkowo spotkany na ulicy człowiek. Tyle, że następnym moim krokiem jest wytłumaczenie kandydatom na współpracowników, że należy pisać w sposób przystępny, że recenzja powinna liczyć do 5000 lub 6000 znaków, bo jeśli zobaczymy tekst, który ma 40 000 znaków, to więcej czasu zajmie nam przeczytanie recenzji niż książki, której ona dotyczy. Ale jeśli widzę, że amator, publikujący w moim serwisie własne teksty o książkach, radzi sobie co najmniej równie dobrze, jak nasi stali współpracownicy, potrafi wyjaśnić, dlaczego dana lektura jest godna uwagi – lub dlaczego szkoda na nią czasu – zapraszam go do naszego grona. 

Mogą Państwo powiedzieć, że nie o ocenę w krytyce literackiej chodzi. Że krytyka literacka to raczej pisanie o możliwych sposobach percepcji tekstu, to wpisywanie dzieła literackiego w szerszy kontekst czy analizowanie go. Oczywiście. Ale proszę się zastanowić, czy czasem większości tekstów zawodowych krytyków literackich nie można by było streścić krótko: „Słuchajcie, w tej książce jest to, to, to i to. Autor osiąga taki a taki efekt w taki a taki sposób. Pisali też o tym ci a ci pisarze”. A potem czytelnik dopowiada sobie: dlatego właśnie ten tekst warto przeczytać lub dlatego szkoda nań czasu. Czy więc w gruncie rzeczy to, co robią zawodowi krytycy literaccy i to, co robią blogerzy, jest tak od siebie odległe? 

Kontynuację zapisu debaty opublikujemy w przyszłym tygodniu

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy