Po przeczytaniu tysięcy stron literatury faktu rzadko doświadczam wstrząsu, jaki serwują pozycje potrafiące z taką surowością, a zarazem magnetyzmem zredefiniować wszystko, co wydawało nam się, że wiemy o dzisiejszej Afryce. Ta książka to nie jest kolejny, powierzchowny zapis z podróży ani przepełniony patosem traktat o niesieniu pomocy, a niezwykle mięsisty, głęboki i bezkompromisowy reportaż uczestniczący, który bezlitośnie rozprawia się z europejskim, uproszczonym postrzeganiem rzeczywistości Demokratycznej Republiki Konga, a w szczególności Kinszasy. Autor nie stawia się w roli wszechwiedzącego mędrca; wchodzi w tę rzeczywistość całym sobą, pozwalając, by to ulica dyktowała warunki tej opowieści. Konstrukcja książki, przechodząca od mikroskopijnych, porażających realizmem obserwacji codziennego trudu dzieci ulicy, przez fascynujące opisy lokalnego pragmatyzmu i mistycznych wręcz rytuałów, aż po dynamiczne, wręcz filmowe sekwencje miejskiego chaosu, dowodzi, że mamy do czynienia z autorem o rzadko spotykanej dojrzałości reporterskiej.
Największą i niezaprzeczalną mocą tej publikacji jest jej absolutna, uderzająca autentyczność oraz psychologiczna głębia w kreśleniu portretów ludzkich. Autor z niesamowitym wyczuciem i szacunkiem podchodzi do swoich bohaterów - czy są to odrzuceni przez system młodociani mieszkańcy ulicy, czy charyzmatyczne postacie liderów, którzy zyskują posłuch nie tanią moralizatorką, ale autentycznym, fizycznym współuczestnictwem w najcięższym trudzie. Książka genialnie obnaża iluzoryczność zachodnich szablonów humanitarnych i pokazuje, że w świecie, gdzie przemoc staje się językiem przetrwania, pomoc nie może być kalką z Europy. Autor w mistrzowski sposób posługuje się metaforą, przekształcając pozornie zwyczajne sfery życia - takie jak rytuał zdobywania wody, bezwzględne reguły rządzące światem drapieżników podczas safari czy wreszcie paraliżujący, brutalny kodeks kinszaskiego ruchu drogowego - w fascynujące soczewki, przez które oglądamy duszę tego społeczeństwa. Sceny drogowe, gdzie milimetry decydują o przetrwaniu, a ucieczka przed samosądem jest jedyną logiką po wypadku, trzymają w napięciu mocniej niż rasowy thriller.
Jeśli miałabym wskazać słabsze strony tej pozycji, to upatrywałabym ich w momentach, kiedy autor tak mocno daje się porwać reporterskiemu żywiołowi i dynamicznej akcji, że nieco zbyt gwałtownie przeskakuje między skrajnie odmiennymi wątkami. Przejścia od głębokich, bolesnych analiz pedagogiczno-społecznych do nagłych, lżejszych relacji z wypraw przyrodniczych czy drogowych potrafią na chwilę wybić czytelnika z rytmu. Choć te lżejsze fragmenty ostatecznie bronią się jako doskonałe metafory, w strukturze całej książki mogą momentami sprawiać wrażenie drobnego rozproszenia narracyjnego. Czasami odczuwałam też niedosyt w warstwie czysto faktograficznej - autor tak bardzo skupia się na emocjonalnej i egzystencjalnej tkance zdarzeń, że momentami brakuje szerszego, twardego tła geopolitycznego, które pozwoliłoby jeszcze lepiej zrozumieć genezę opisywanych dramatów.
Stylistyka i język tej opowieści to absolutny majstersztyk surowego realizmu. Autor operuje krótką, dosadną, niezwykle plastyczną frazą, która doskonale rezonuje z nerwowym tętnum afrykańskiej metropolii. Nie ma tu miejsca na literacką watę, zbędne przymiotniki czy pompatyczne opisy. Pył pory suchej drażniący nozdrza, zapach spalonej smoły w podmiejskim korku czy duszna atmosfera strachu w obecności drapieżników są niemal fizycznie wyczuwalne podczas lektury. Ta oszczędność w słowach, połączona z genialnym zmysłem obserwacji detalu, tworzy gęsty, duszny klimat, od którego nie sposób się oderwać.
To jedna z najbardziej ożywczych i szczerych pozycji reportażowych o Afryce, jakie ukazały się w ostatnich latach. Poruszyło mnie zwłaszcza filozoficzne domknięcie tej historii, w którym autor bez patosu podsumowuje swoje trzyletnie doświadczenia. Jego konkluzja, że Kongo zmusza Europejczyka do zdeptania zachodnich matryc logicznych i obnaża sztuczność naszych codziennych, ułożonych problemów, zostaje w sercu na bardzo długo po odłożeniu książki na półkę. To literatura faktu, która nie tylko informuje, ale przede wszystkim głęboko transformuje czytelnika.
Zabrakło mi jedynie odrobinę płynniejszej harmonii w przejściach między tak skrajnie różnymi temperaturami poszczególnych rozdziałów, ale to w żaden sposób nie odbiera tej książce miana wybitnego, przejmującego dzieła.