Różne i przeróżne bywają klasyfikacje rodzaju ludzkiego (różnie to też bywało dawniej). Tak na przykład już Hipokrates podzielił nas na choleryków, sangwiników, flegmatyków i melancholików. Później antropolodzy na rasę żółtą, czarną i białą; a filozofowie na mądrych, mniej mądrych oraz tak zwany proletariat. A obecnie? Ekonomiści dzielą nas na podatników i niepodatników (czyli zmarłych); wojskowi na żywych, rannych i zabitych; medycy na twardzieli i pacjentów; pedagodzy na uczących się, leni i absolwentów; karierowicze na pospólstwo, kierowników, dyrektorów, prezesów, ministrów i premierów; a celebryci, politycy i wszelcy rządzący na siebie i „całą tę resztę”. Autor widzi to trochę inaczej. Oczywiście Autor tu trochę przesadza, ale jak mawiał Wielki Pragmatyk – przesadzanie to ulubione zajęcie każdego ogrodnika. Zajrzyjmy więc do tego ogródka, do świata Okrytogłowych.
Wydawnictwo: b.d
Data wydania: 2026-02-01
Kategoria: Obyczajowe
ISBN:
Liczba stron: 112
Przeczytane:2026-06-28, Ocena: 4, Przeczytałam,
Kiedy zaczęłam czytać książkę „Okrytogłowi, czyli nadchodzi Królik Rakieta”, do głowy przyszedł mi „Czarny Wygon” Stefana Dardy. Mgła, facet w aucie, wokół którego dzieją się dziwne rzeczy, który ewidentnie nie może dotrzeć tam, gdzie planuje. Jednak szybko okazuje się, że książka Waldemara Grina to nie horror, a całkiem sympatyczne satyra. Główny bohater przenosi się do innego świata. Świata podzielonego na bardzo widoczne kasty, a rozpoznać je można po nakryciu głowy, jakie noszą ich przedstawiciele. Można powiedzieć, że książka szybko przemienia się w komedię omyłek, podczas której bohater w spektakularny sposób przemierzy całą drabinę społeczną tej krainy.
Czuje u Grina – nie wiem, czy słusznie – inspiracje Sławomirem Mrożkiem. Autor tworzy siateczkę absurdów, do której bohater szybko musi się przystosować. Królik – bo taki otrzymuje przydomek – nieco przekornie i śmiało podchodzi do przestrzegania przepisów, co jeszcze potęguje komiczny wydźwięk książki. Jest to taki bohater, który czuje kiedy może „fikać”, a kiedy się przypochlebiać. Dzięki sprytowi i cwaniactwu robi karierę.
Jak już wspomniałam społeczeństwo z „Okrytogłowych...” jest wyraźnie podzielone na kasty, a każda kolejna jest nadrzędna nad swoją poprzedniczką. Kasty raczej się nie mieszają, ale jest możliwość awansu. Jego zasady niby są określone, ale tak naprawdę wszystko zależy od „wdzimisię” decydenta.
I tu należy postawić ważne pytanie, jak bardzo świat do którego trafił Królik różni się od tego normalnego, naszego? Czy biedni trzymają z biednymi, bogaci z bogatymi, a wszelkie mezalianse są niemile widziane? Czy klasa rządząca jest mała i sterylna, a dostać się można do niej wyłącznie dzięki układom?
Stary mają to do siebie, że pomysłowo obśmiewają pewne oczywistości. I bardzo sprawnie zrobił to Waldemar Grin w „Okrtołowych...”. W tej książce absurd goni absurd. W trakcie czytania bawić można się wybornie, a jednak jest tu jakaś iskierka, która skłania do refleksji na temat podziałów społecznych. Jak bardzo są jeszcze żywe? Z czego się biorą? Czy warto je pielęgnować?