Pasja, rywalizacja i tajemnice w najnowszej powieści Carli Montero, autorki Szmaragdowej Tablicy.
Wyspa Man, rok 1938. W tym odległym zakątku Morza Irlandzkiego Mila Kovac, młoda Hiszpanka, która zdobyła już sławę i pozycję w kręgach sportu motorowego, ma wziąć udział w wyścigu samochodowym. Zostawiła za sobą śmierć męża oraz przeszłość pełną wciąż otwartych ran. Na wyspie zebrali się wielcy kierowcy owych czasów, mężczyźni i kobiety. Jednak to nie wyścig i ostra walka na trasie okażą się dla Mili największym wyzwaniem. Ona będzie musiała się zmierzyć z własną historią, niespodziewanym uczuciem i podejrzeniami co do śmierci męża. Podczas gdy nad światem unosi się widmo nowego konfliktu, Mila poszukuje swojego miejsca między mgłą, pamięcią i pożądaniem.
W tej wypełnionej emocjami powieści linię mety przecinają miłość, ambicja i ukryte prawdy.

Do lektury Dziewczyny z mgły Carli Montero zaprasza Dom Wydawniczy Rebis.
Dziewczyna z mgły to fascynująca opowieść o kobiecie-pionierce, o jej złożoności i wyboistym życiu. To także historia ludzi próbujących żyć w świecie, który za chwilę runie. Ludzi, którzy jeszcze wierzą, że można coś wygrać – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Dziewczyna z mgły.
– W ciągu 15 lat kariery pisarskiej w sposób naturalny rozwijałam swój warsztat, a po drodze odnalazłam też własny głos. Ale poza samą techniką myślę, że to właśnie czas zmienia sposób opowiadania historii. Kiedy człowiek staje się starszy i zdobywa więcej życiowego doświadczenia, zaczyna inaczej patrzeć na ludzi. Coraz bardziej interesują go sprzeczności, emocjonalna złożoność i wszystko to, co pozostaje niewypowiedziane. Chciałabym wierzyć, że dziś piszę z odrobinę większym zrozumieniem, cierpliwością i mądrością niż piętnaście lat temu – mówiła w naszym wywiadzie Carla Montero.
W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dziewczyna z mgły. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Wtorek, 10 sierpnia
Na nabrzeżu portu Hercules panował zdumiewający spokój po tłumnym rozgardiaszu weekendu. Wokoło rozlegały się jedynie szmer spokojnego uderzania fal o kamienie i kadłuby zacumowanych jachtów, ciche rozmowy rybaków przygotowujących sprzęt przed wyjściem w morze i dalekie pokrzykiwania dzieci skaczących do wody.
Popołudniową godziną, niedługo po obiedzie, żar lał się z nieba i ludzie chronili się na tarasach i w ogrodach, w ustroniach zapewniających odrobinę cienia i nieco chłodniejsze powietrze.
Miasto niebawem miało jednak odzyskać ducha zabawy. O tej porze roku stolica Księstwa Monako tętniła elegancją i przepychem, było to wszak jedno z najulubieńszych miejsc wypoczynku ludzi zamożnych i wpływowych. Gdy tylko słońce zacznie się chylić ku zachodowi, modelki haute couture wrócą na bulwary, szykowne przyjęcia do willi i pięciogwiazdkowych hoteli, luksusowe samochody do swoich wyścigów, szampan zaś będzie lał się wszędzie. Bogaci mieli gdzieś tę tragedię. Z kieszeniami wypchanymi banknotami łatwiej jest zapomnieć.
Tak myślał Jules Lafont, człowiek zupełnie niebogaty. Gdyby miał pieniądze, nie smażyłby się w tej spiekocie w porze sjesty.
Wciągnął w płuca ciężkie powietrze przesiąknięte wonią smoły i ryb. Zdjął kapelusz i przetarł czoło chusteczką.
Westchnął, chowając do kieszeni spodni ten przemoczony już kawałek materiału. Nienawidził lata. Nienawidził upału. Przeszedł po nabrzeżu powłóczystym krokiem; pod pachą niósł pogniecioną marynarkę. Zastanowił się, czy nie włożyć jej na okoliczność wizyty, jednak niemal natychmiast odrzucił ten pomysł. Nie należał do ludzi przywiązujących wagę do etykiety, zwłaszcza podczas wizyt urzędowych, jak w tym przypadku. Jeśli ci bogacze poczują się urażeni jego wyglądem, tym gorzej dla nich. Nie przychodził tu dla ich przyjemności.
Zatrzymał się na chwilę, gdy stwierdził, że z miejsca, w którym się znajduje, niemal przy samym jachcie będącym celem jego wizyty, można dojrzeć odległe o kilkadziesiąt metrów miejsce wypadku: po wyjściu z tunelu Larvotto, na końcu prostej równoległej do morza, kończącej się ostrym zakrętem. Tym zakrętem… Ciągle było widać wstrząsający czarny osad sadzy i oleju pozostały po płonącym samochodzie.
Odchrząknął i przygnębiony w końcu odwrócił się w stronę jachtu czekającego na niego w lekkim rozkołysaniu przy nabrzeżu. Był piękny. Ponad dwadzieścia metrów długości, biały kadłub, pokład wyłożony ciemnym drewnem. Bandera francuska i niezbyt oryginalna nazwa Liberté. Tenta na rufie rzucała przyjemny cień na wiklinowy stolik i fotele z poduszkami w biało-niebieskie paski. Siedzący na jednym z nich, plecami do nabrzeża, młody mężczyzna słuchał muzyki z gramofonu. Trzymał szklaneczkę alkoholu w ręku, a na kolanach miał rozłożoną gazetę, której nie czytał, wzrok bowiem utkwił w dali, w morski horyzont. W popielniczce dymił niezgaszony niedopałek papierosa.
– Bon après-midi, monsieur – pozdrowił go Lafont, nie wchodząc na pokład.
Mężczyzna odwrócił się zaskoczony, jakby właśnie się obudził, i gazeta spadła mu z kolan; sięgnął po nią, pośpiesznym ruchem odstawiwszy szklankę na stolik. Z gazetą w ręku wstał, jednocześnie podsuwając okulary na nosie. Był wysoki. Miał na sobie białe spodnie i koszulkę z krótkimi rękawami i dwoma guzikami pod szyją, z tych, które noszą tenisiści i które chyba bardzo podobają się młodzieży. Cienki materiał opinał klatkę piersiową o wyraźnie zarysowanych mięśniach. Lafont pomyślał, że mimo nieformalnego ubioru i bosych stóp ten chłopak wydaje się znacznie bardziej elegancki niż on w swoim tanim wymiętym garniturze. To była kwestia postawy, arystokratycznej i dystyngowanej, cienkiego wąsika i okularów w rogowych oprawkach, które nadawały mu wygląd intelektualisty. I facet ani trochę się nie pocił.
Młodzian wyłączył gramofon i nowoczesna amerykańska muzyka, której w opinii inspektora brakowało harmonii, ucichła.
– Dzień dobry… W czym mogę panu pomóc? – odpowiedział mu doskonałą francuszczyzną z bardzo lekkim akcentem.
– Szukam madame Behry. Jak rozumiem, mieszka na tym jachcie.
– Tak… Yyy… Tak. Kto o nią pyta?
– Policja kryminalna. Sûreté Publique.
Chłopak znowu się zawahał, okazując, jak wszyscy, niepokój na widok jego odznaki.
– Muszę zadać madame kilka pytań – nalegał Lafont. – Na temat śmierci monsieur Behry.
– Oczywiście… Odpoczywa. Musi to być teraz?
Wystarczyło, że Lafont lekko się skrzywił, by tamten zrozumiał.
– Tak… Jasne… Teraz. Proszę…? Proszę wejść na jacht, czy…?
Chłopak jeszcze nie dokończył zdania, a pulchny policjant już gramolił się po prowadzącym na rufę trapie, zastanawiając się, czy to kruche drewno utrzyma jego ciężar. Nie miał ochoty tego sprawdzać, więc przyspieszył i wreszcie zeskoczył choć w słabym stylu – na pokład i zakołysał się jak wańka-wstańka. Przytrzymał się rusztowania tenty, żeby nie upaść i żeby stojący tam młokos, który już wyciągał rękę w jego stronę, nie musiał go podtrzymywać, co byłoby naprawdę upokarzające.
– Zechce pan usiąść? Monsieur…
– Lafont. Inspektor Lafont. A pan to?
– Eduardo de Aranzana. – Wyciągał rękę do Lafonta, ale wyczuł, że zawiśnie ona w powietrzu, więc czym prędzej wsunął ją do kieszeni.
– Też się pan ściga tymi gratami, prawda?
– Czasem, dla zabawy, ale nie jestem zawodowym kierowcą.
– Jak dla mnie to wystarczy. Skorzystam z sytuacji i z panem też pogadam.
Hiszpan nie wydawał się zachwycony pomysłem inspektora.
– No, ja… Jechałem w sobotę. Wziąłem udział w wyścigu o Puchar Księcia Rainiera, ten turystyczny. Anton… Monsieur Behra ścigał się w niedzielę, w najwyższej kategorii.
– Wiem. Wycofał się pan z wyścigu na piątym okrążeniu. Jedną z rzeczy, które inspektor Lafont robił dobrze, było przygotowywanie się do przesłuchań. Dzień wcześniej dokładnie przestudiował listy uczestników wielkiego wyścigu i pozbierał informacje na ich temat.
– Miałem kłopoty z pompą paliwową.
– Jasne. Chodzi o to, że znał pan monsieur Behrę, prawda? Będę też potrzebował pana zeznania.
– Ale przecież jego śmierć… To był wypadek, czyż nie? To się zdarza niestety.
– Tego próbujemy się dowiedzieć, monsieur de Aranzana, tego staramy się dowiedzieć. Proszę być tak miłym i pójść po madame.
– Tak, oczywiście.
Chłopak niczym posłuszny uczeń udał się pod pokład. Zbyt wyrafinowany, ocenił go Lafont. Często ci bogacze przesadzają z dobrymi manierami i robią wrażenie królewskich dwórek. I chodzi boso jak wieśniaczka… Tak się porusza… W opinii inspektora mężczyzna nie powinien odsłaniać stóp.
Kiedy został sam, policjant skorzystał z okazji i ściągnął kapelusz. Ponieważ chusteczkę miał już przemoczoną, postanowił otrzeć sobie czoło rękawem marynarki. Następnie odłożył na jedno z krzeseł przepocony kapelusz i marynarkę wygniecioną jak ścierka. Oparł się o reling. Nie podobało mu się to kołysanie: tylko tego brakowało, żeby zemdliło go na tym cholernym zacumowanym jachcie. Ucieszył go lekki wiaterek, wpadający pod tentę i chłodzący mu kark, chociaż to nie mogło ugasić jego pragnienia. Łakomie rzucił okiem na szklankę z alkoholem, którą młodzieniec zostawił na stoliku.
Gdy zastanawiał się, czy potajemnie pociągnąć z niej łyk, tamten wrócił.
– Mi… Madame zaraz przyjdzie. Czy tymczasem mogę zaproponować panu coś do picia? Wodę…? Może lemoniadę?
– Co pan pije?
– Koniak.
– Niech będzie koniak. Podwójny i z lodem. Bardzo dziś gorąco.
Szczęśliwie tuż pod ręką znajdował się barek. Lafont podziwiał bogaczy za to, że wiedzą, jak ułatwiać sobie życie.
Eduardo de Aranzana nie zdążył jeszcze nalać koniaku, kiedy madame Behra wyszła na pokład.
– Inspektorze – powiedziała, podając mu dłoń, którą szybko uścisnął.
– Dzień dobry, madame. Przepraszam za to wtargnięcie. Postaram się nie zabrać pani wiele czasu.
– Proszę zająć mi tyle, ile będzie pan potrzebował. Ale proszę usiąść.
Książkę Dziewczyna z mgły kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
