Uważne studiowanie rodzinnych albumów i przyglądanie się znaczkom mogą niekiedy doprowadzić do wstrząsających odkryć. Dla Kaspra Bajona historia rodzinna okazała się źródłem wiedzy o polskim udziale w kolonizacji Afryki.
Gdy pod koniec XIX wieku Cesarstwo Niemieckie, nieco spóźnione, zasiadło do kolonialnego stołu, przypadły mu spore obszary dzisiejszej Tanzanii, Rwandy i Burundi. Nazwano je Niemiecką Afryką Wschodnią. Na przełomie stuleci udawało się tam wielu Polaków, mieszkańców zaboru niemieckiego - przede wszystkim wojskowych, lekarzy, ale też budowniczych i przedsiębiorców. Wśród nich byli stryjeczny pradziadek autora Stanisław Bajon, który postawił kilka kamienic i kościół na poznańskich Jeżycach, oraz jego szwagier Paul Fenster. Sto lat później Kasper Bajon wyruszył ich śladami w podróż do Tanzanii, gdzie obserwował skutki europejskiej eksploatacji tych ziem.
Jego książka to barwna i osobista historia utkana z rodzinnych dokumentów, skrawków pamięci, domniemań, lektur i własnych przygód, ale także opowieść o nieoczywistych związkach Poznania i tamtejszego mieszczaństwa z niemieckim ,,projektem kolonialnym" w Afryce.
Moja rodzina od strony taty pochodzi z Poznania. Od wielu pokoleń mieszkała na Jeżycach - stąd też kolejni nasi przodkowie ruszali w świat i nie zawsze wracali. Ta książka jest osobistym rozrachunkiem z pewnym pozornie atrakcyjnym fantazmatem spod znaku przygód w buszu, polowań na hipopotamy i korkowych hełmów. Ale przede wszystkim jest opowieścią o jednej, a właściwie o kilku takich poznańskich podróżach, które niestety przedsięwzięto nie do końca bezinteresownie.
Autor
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 2025-10-08
Kategoria: Inne
ISBN:
Liczba stron: 296
To nie było zwykłe morderstwo – raczej precyzyjny komunikat, ostrzeżenie wysłane światu. Jakub Klug, genialny szachista, zwycięzca rekordowej...
Saga rodzinną au rebours. Dwieście lat z życia pewnej szalonej hrabiowskiej rodziny opowiedziane w fotograficznym skrócie – z tym, że słowo...
Przeczytane:2026-04-05, Ocena: 4, Przeczytałam, 2026,
To bez wątpienia ambitna książka, choć niekoniecznie łatwa w lekturze. Jej największą wartością jest dla mnie próba zmierzenia się z wygodnym w Polsce przekonaniem o naszej historycznej niewinności wobec kolonializmu. Autor pokazuje, że choć Polska nie była imperium kolonialnym, Polacy również uczestniczyli w tym systemie - jako lekarze, urzędnicy czy przedsiębiorcy działający w strukturach innych państw. Ta perspektywa skłania do zastanowienia się, w jakim stopniu także my korzystamy ze świata ukształtowanego przez kolonialną historię.
Ciekawy jest też wątek języka i naszych wyobrażeń o Afryce. Autor zwraca uwagę, jak bardzo sposób, w jaki mówimy o tej części świata i jej mieszkańcach, wciąż bywa ukształtowany przez kolonialną perspektywę. To widać w samym języku. W słowach, których używamy i w naszym myśleniu o Afryce jako egzotycznej krainie przygód, dzikiej natury czy miejsca wymagającego ,,cywilizowania". Takie schematy okazują się bardzo trwałe i często działają w naszym języku niemal niezauważalnie.
Jednocześnie sposób opowiadania tej historii nie zawsze był dla mnie łatwy w odbiorze. Największą trudnością okazał się styl i sama konstrukcja książki. Często miałam poczucie braku porządku i nie zawsze rozumiałam, dlaczego akurat w tym momencie pojawia się dany temat. Narracja składa się z mieszaniny wspomnień, dygresji, cytatów i refleksji autora, przez co momentami sprawia wrażenie bardzo swobodnego, chwilami wręcz chaotycznego toku myślenia. Jeśli w literaturze non-fiction można mówić o pisaniu ,,strumieniem świadomości", to właśnie taki charakter ma ta książka. Może więc największą jej wartością nie jest to, czego się z niej dowiadujemy, lecz to, do jakich pytań nas skłania.