29 V: Spotkanie live z Tashą Suri

Data: 2023-05-26 11:01:35 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 23 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Zapraszamy na spotkanie premierowe wokół książki Jaśminowy tron – pierwszego tomu cyklu Płonące królestwa

Rozmowę z Tashą Suri poprowadzi @Panna Fox 

Widzimy się 29 maja o godz. 19:00 czasu polskiego na Facebooku!

Tasha Suri - spotkanie, live

Tasha Suri: zdobyła nagrodę imienia Sydneya J. Boundsa dla najlepszej debiutantki przyznawaną przez British Fantasy Society, została też nominowana do nagród Astounding Award i Locus Award za najlepszy debiut powieściowy. Jej pierwszą książkę Cesarstwo piasku magazyn „Time” umieścił na liście najlepszych 100 powieści fantasy, a Jaśminowy tron zdobył World Fantasy Award. 

O książce Jaśminowy tron:

Osierocona służąca i uwięziona księżniczka. Różni je wszystko: pochodzenie, bogactwo, wiedza. Łączy jeszcze więcej: dojmująca samotność, całkowite odrzucenie i nowe życie, w które obie weszły uciekając z objęć śmiercionośnego ognia. Okradzione ze wszystkiego, w sobie nawzajem odnajdą całą siłę, której potrzebują by przeżyć.

Za murami przerażającej świątyni zmienionej w pełne duchów więzienie przetacza się czas wielkich zmian. Zaraza zbiera okrutne żniwo, wieloletnie zniewolenie nieuchronnie prowadzi do wybuchu krwawej rewolucji, walka o władzę sprowadza na cesarstwo widmo upadku a dawne wierzenia domagają się powrotu z zapomnienia i nowego życia.

Nadchodzi czas zmian. Czas, w którym odrzucone, nieme dotąd kobiety ośmielą się sięgnąć po własny los.

Dziś na naszych łamach możecie przeczytać premierowy fragment książki Jaśminowy tron:

MALINI

W noc przed dotarciem do Ahiranji Malini nie otrzymała swojego zwyczajowego lekarstwa. Nie wyczuła niczego w winie, które Pramila podała jej przed snem – żadnego ulepkowatego, słodkiego posmaku wskazującego na to, że napój został zaprawiony igłokwiatem. 

– Będziesz musiała zachować czujność, kiedy spotkasz regenta – powiedziała jej Pramila. – I wykazać się uprzejmością, księżniczko. 

Te słowa stanowiły ostrzeżenie. 

Malini nie wiedziała, co myśleć o tej nowej jasności umysłu. Miała wrażenie, że skóra zbyt ciasno opina jej kości. Serce – któremu wreszcie umożliwiono swobodne przeżywanie żałoby nieprzysłoniętej mgłą z igłokwiatu – dudniło ciężko w jej piersi. Czuła się, jakby bolały ją od tego żebra. Objęła się ramionami i czuła każdą nieregularność ciała, każde zagłębienie. Policzyła je. 

Gdyby nie ofiara matek, Epoka Kwiatów nigdy nie dobiegłaby końca. 

Ofiara. 

Malini wyjrzała z rydwanu na krainę Ahiranja. Po deszczu powietrze miało wilgotną, bogatą woń. Otaczająca ją cienka zasłona ukrywała niemal wszystko, jednak przez szczelinę falującą wraz z ruchem kół dziewczyna mogła dostrzec cienie zbitych ciasno budynków. Puste ulice. Połamane drzewa, rozszczepione toporami, oraz zwęglone szczątki tych, które spłonęły w całości. 

Oto kraj, który w Epoce Kwiatów zdołał podbić niemal cały subkontynent. Tyle pozostało z wielkiej niegdyś potęgi: bity szlak tak nierówny, że rydwanem wstrząsało gwałtownie co kilka sekund, parę rozbitych straganów i spalona ziemia. 

Poza tym Malini nie widziała jeszcze ani jednego burdelu. Czuła dziwne rozczarowanie, gdy uświadomiła sobie, że wszyscy ci wysoko urodzeni chłopcy, którzy przechwalali się przed jej braćmi, że gdy tylko trafia się do Ahiranji, można za cenę jednej perły z Paridźatu lec z tuzinem kobiet, mocno przesadzali. 

– Księżniczko Malini – odezwała się Pramila, ściągając wargi – musisz słuchać. Taka jest wola twojego brata. 

– Zawsze słucham – odparła spokojnie Malini. – Znam te opowieści. Zostałam odpowiednio wychowana i wykształcona. 

– Gdybyś pamiętała nauki, żadnej z nas by tu nie było. 

Nie byłoby, pomyślała Malini, bo ja bym nie żyła. 

Obróciła się znów do Pramili, która wciąż trzymała Księgę na kolanach, przyciskając stronice palcami. Malini zerknęła w dół, sprawdziła stronę i sama zaczęła recytować: 

– I wtedy Diwjanśi obróciła się do mężczyzn Aloru, służą- cych ponad wszystko inne bezimiennemu bogu, oraz do mężczyzn Sakety, czczących ogień, i powiedziała do nich wszystkich: „Zaprzysięgnijcie wierność mojemu synowi, złóżcie nienaruszalną przysięgę najpierw jemu, a później jego synom. Zjednoczcie się w mojej ukochanej ojczyźnie, w mojej dwipie, w jednym cesarstwie, a wówczas moje siostry i ja naszą honorową śmiercią zmieciemy jakszów z powierzchni ziemi”. 

Przerwała na chwilę, zastanawiając się, po czym dodała: 

– Jeśli przewrócisz na następną stronę, pani Pramilo, ujrzysz bardzo piękną ilustrację przedstawiającą Diwjanśi, która podpala własny stos. Mówiono mi, że jestem do niej trochę podobna. 

Pramila zatrzasnęła Księgę. 

– Kpisz sobie ze mnie – warknęła. – Księżniczko, czy nie masz wstydu? Próbuję ci pomóc. 

– Damo Pramilo – zawołał głos. Malini usłyszała stukot kopyt, gdy postać podjeżdżała bliżej. – Czy coś jest nie w porządku? 

Malini spuściła wzrok. Dostrzegła, że Pramila ścisnęła mocniej książkę. 

– Lordzie Santosie – rzekła Pramila głosem słodkim jak miód – wszystko jest w porządku. Jedynie przekazywałam księżniczce nauki. 

Santos zawisł nad nimi. Wyraźnie miał ochotę się wtrącić. 

– Wkrótce dotrzemy do mahalu regenta – oznajmił, gdy Pramila milczała. – Dopilnuj, żeby księżniczka była przygotowana. 

– Oczywiście, mój lordzie – odparła Pramila.

Odjechał na koniu.

– Widzisz, co się dzieje, gdy się niewłaściwie zachowujesz? – rzekła cicho Pramila.

Chciałabyś, by doniósł o takiej niedojrzałości twojemu bratu? Chciałabyś, żeby spadły na nas kolejne kary? 

Czy brat mógł zrobić jej coś więcej niż do tej pory? 

– Wciąż mam inne dzieci – powiedziała Pramila. Lekko drżały jej palce. – Chciałabym zobaczyć je znowu żywe. Jeśli będę musiała zmusić cię do odpowiedniego zachowania... – Pozwoliła, by niedokończona groźba zawisła w powietrzu. 

Malini nic nie mówiła. Czasami przeprosiny tylko podsycały gniew Pramili. Przecież nie były w stanie naprawić żadnych przewinień. Nie były w stanie przywrócić martwym życia. 

– Dziś wieczorem chyba podwoję ci dawkę – oznajmiła Pramila, na powrót otwierając Księgę. 

Malini nadstawiła ucha w jej stronę. Słyszała odgłos rozwieranego tomu, szelest palców na stronach. Monotonny głos Pramili. 

Oto, co może osiągnąć czysta i święta kobieta z Paridźatu, gdy przyjmie nieśmiertelność. 

Malini liczyła przez zasłonę cienie żołnierzy. Sylwetka lorda Santosa garbiła się nad jego koniem. Posłuszny pachołek trzymał mu parasol nad głową. 

Pomyślała o wszystkich sposobach, w jakie mógłby zginąć jej brat. Chciałaby je wszystkie zobaczyć. 

PRIJA

W mahalu regenta Rukh wgapiał się we wszystko: w kratownicowe ściany z powycinanymi kształtami róż i kwiatów lotosu, w przewiewne korytarze poprzedzielane białymi jedwabnymi zasłonami, w bukiety pawich piór wyrzeźbione w podstawach kolumn z piaskowca, podtrzymujących wysokie stropy pokryte srebrnymi płytkami. Próbował zwalniać i spijać to wszystko, ale Prija bezlitośnie ciągnęła go za sobą. Nie było czasu na wytrzeszczanie ślepiów. Powinna była wrócić już naprawdę dawno temu i choć ostrzegała kucharza Billu, że się spóźni – przekupiła go haszyszem, który oszczędziła specjalnie na taką okazję – jego dobra wola miała granice. 

Przekazała Rukha pod opiekę Khalidy, skwaszonej starszej pokojówki, która niechętnie zgodziła się spytać ich panią, czy chłopiec mógłby wykonywać jakąś czarną robotę w jej domostwie. 

– Później do ciebie przyjdę – obiecała mu Prija. 

– Jeśli pani Bhumika zgodzi się, by został, możesz odebrać go przed wieczornym posiłkiem – odparła Khalida, a Rukh przygryzł wargę. Na jego twarzy pojawił się wyraz zatroskania. 

Prija skłoniła głowę. 

– Dziękuję ci. – Zwróciła się do Rukha. – Nie martw się. Dama nie odmówi. 

Khalida zmarszczyła brwi, ale nie sprzeciwiła się. Wiedziała równie dobrze jak Prija, jak szczodra potrafi być żona regenta. 

Prija zostawiła ich oboje, przeszła do sypialni służących, gdzie pospiesznie pozbyła się najgorszego błota i pyłu z naprawdę brudnego sari, po czym skierowała się do kuchni. Próbowała wynagrodzić spóźnienie, po drodze schodząc do studni schodkowej i zabierając na górę dwa wiadra wypełnione wodą. W końcu w ruchliwej pałacowej kuchni woda zawsze była potrzebna. 

Ku jej zaskoczeniu chyba nikt nie zauważył jej nieobecności. Wprawdzie duże gliniane piece były rozgrzane, a wokół krzątało się kilkoro służących, jednak większość personelu kuchni stłoczyła się przy piecyku herbacianym. 

Mithunan, jeden z młodszych strażników, stał przy imbryku, w którym parzyła się herbata, pił z glinianego kubka trzymanego w jednej dłoni i żywo gestykulował drugą. Wszyscy inni uważnie go słuchali. 

– ...tylko jeden człowiek jadący przodem – mówił. – Jeden koń. Widać było, że przybył aż z Paridźatu. Miał wyraźnie dworski akcent, a kapitan straży powiedział, że miał przy sobie cesarski szton. – Mithunan upił łyk herbaty. – Myślałem, że kapitan zemdleje, w takim był szoku. 

Prija odstawiła wiadra i podeszła bliżej. 

Billu popatrzył na nią.

– Dobrze, że wreszcie cię widzę – rzekł cierpko.

– Co się dzieje? – spytała.

– Księżniczka przyjeżdża już dziś – oznajmiła jedna z pokojówek pospiesznym i podekscytowanym tonem zarezerwowanym dla najlepszych plotek. 

– Przecież miała być najwcześniej za tydzień – dodał Mithunan, kręcąc głową. – Nawet nie kazano nam jej wypatrywać na warcie. Ale nie towarzyszy jej świta, twierdził jeździec, więc porusza się szybko. 

– Nie towarzyszy jej świta – powtórzyła Prija. – Jesteś pewien? 

Każdy członek rodziny panującej z każdego miasta-państwa w Paridźatdwipie podróżował z liczną i zwykle bezużyteczną zgrają: służącymi, strażnikami, artystami, faworyzowanymi szlachcicami. Pomysł, że siostra cesarza mogłaby przemieszczać się z czymś innym niż mała armia, wydawał się absurdalny. 

Mithunan wzruszył ramionami. 

– Wiem tylko to, co mówił nam jeździec – rzekł z zakłopotaniem. – Ale może zasady są inne, gdy... no wiecie. Zważywszy na okoliczności. – Odchrząknął. – Tak czy owak, przysłano mnie tu po jedzenie. Mamy za sobą podwójną wartę i może będziemy musieli zostać na trzecią. Ludzie są głodni. 

– Gdzie są wartownicy z dziennej zmiany? – zapytał Billu, zabierając się do pakowania żywności do kosza. 

– W mieście – odparł Mithunan. – Kapitan mówi, że regent chce, żeby wszystko bezpiecznie pozamykać, zanim księżniczka tu dotrze. Bracie Billu, czy masz jeszcze więcej tej herbaty? Albo trzciny cukrowej? Cokolwiek, co pozwoli nam nie zasnąć... 

Prija wymknęła się cicho, gdy tamci dalej rozmawiali; po drodze świsnęła jedną parathę z kosza przy piecach i wepchnęła ją sobie w całości do ust. Gdyby Sima tu była, nazwałaby ją zwierzęciem pozbawionym manier, ale nie było jej, więc Prija mogła zachowywać się tak grubiańsko, jak tylko zachciała. 

Myliła się, sądząc, że ktoś został zamordowany. Nikomu nie poderżnięto gardła, żadnego ciała nie rzucono przed świątynią. Nie zabito żadnych buntowników. 

Chodziło tylko o księżniczkę, która przybyła przed czasem do wyznaczonego jej więzienia. 

***

Po pracy Prija zabrała Rukha spod opieki Khalidy i zaprowadziła do sali sypialnej dla dzieci. Gdy znalazła już dla niego wolny materac, zabrała go do swojej sypialni, którą dzieliła z ośmioma innymi służącymi. Pod osłoną okrytej prostą markizą werandy, otoczona deszczem, który właśnie zaczął padać, uklękła, owinęła dłonie swoim pallu i zaczęła rzeźbić paciorek ze świętego drewna. 

Na tyle mocno paliło ją przez tkaninę, że dziewczyna aż się pociła. Przygryzła na chwilę język, by jednym bólem zagłuszyć drugi, i dalej strugała pewnymi dłońmi. Potrafiła znieść znacznie większe cierpienie. 

– Chodź, usiądź obok mnie – powiedziała do Rukha, który wciąż stał w deszczu, wyraźnie oszołomiony tym, jak potoczył się dla niego ten dzień. Wszedł na werandę i uklęknął obok niej. – Podaj mi to – dodała, wskazując mały zwitek wstążki i sznurka leżący przy niej na ziemi. Odłożyła nóż i wzięła od niego kłębek. 

– Czy mogę zrobić coś jeszcze? – spytał nieśmiało, gdy nawlekała paciorek na sznurek. 

– Możesz mi powiedzieć, co sądzisz o swoim nowym życiu – odparła. – Jaką pracę wyznaczyła ci Khalida? 

– Czyszczenie latryn – odrzekł. – To w porządku. Nie, naprawdę w porządku. Posłanie i jedzenie to... to... – Urwał i pokręcił bezradnie głową. 

– Wiem – odpowiedziała. Naprawdę wiedziała. – Kontynuuj. 

– Mówiłem, że zrobię cokolwiek, i tak będzie – wyrzucił z siebie pospiesznie Rukh. – Jestem bardzo wdzięczny, proszę pani. 

– Miałeś zwracać się do mnie Prija.

– Prija – powtórzył posłusznie. – Dziękuję ci.

Nie miała pojęcia, co zrobić z jego wdzięcznością – oprócz zignorowania jej – więc po prostu wzruszyła ramionami i przycisnęła drewniany paciorek do swojej skóry. Był na tyle mały, że zamiast ją parzyć, jedynie ogrzewał jej nadgarstek, ale magia wlewała się w jej ciało, przechodząc do nerwów i krwi. Trzymała go tak przez chwilę, upewniając się, że jest na tyle silny, by pomóc Rukhowi, ale go nie zranić. Przez cały ten czas obserwowała twarz chłopca. Opuścił podbródek i skupiał wzrok na kroplach deszczu rozbijających się na ziemi. Wciąż wyglądał na przytłoczonego. 

Przypomniała sobie, jak sama się czuła, gdy pierwszy raz trafiła do mahalu regenta. W pierwszym tygodniu płakała każdej nocy, zawijała sobie głowę w materac, żeby zdusić dźwięki i nie obudzić pozostałych dziewczynek. 

– Coś ci opowiem – rzekła do niego lekkim tonem. Uniósł głowę i popatrzył na nią z zaciekawieniem. – Czy słyszałeś o przebiegłym jakszy, który podstępem przekonał srugnyckiego księcia do poślubienia ahiranyjskiej praczki? 

Pokręcił głową.

– No to podaj mi rękę. Opowiem ci.

Owinęła mu nadgarstek sznurkiem i zaczęła snuć historię. 

– Działo się to w początkach Epoki Kwiatów, zanim Srugnyci i inni im podobni zrozumieli, jak silni i przebiegli są jakszowie... 

Zanim Prija skończyła mówić – bez większego ładu i składu – to, co pamiętała z opowieści o maskach i pomylonych tożsamościach, honorowym pojedynku i praczce spowitej w woal z białych lilii i szafranu, Rukh zaczął się uspokajać. Oparł się plecami o ścianę werandy i uśmiechał się lekko, bawiąc się nowym paciorkiem ze świętego drewna wiszącym mu na nadgarstku. 

– Uważaj na niego – ostrzegła go Prija. – Niełatwo będzie zdobyć więcej drewna. Wiesz, skąd pochodzi? 

– Z lasu? 

– Z drzew, które wyrosły, gdy wszyscy jakszowie umarli – wyjaśniła Prija. – Święte drewno ma w sobie część ich magii. – Stuknęła opuszką palca w koralik. – Nie ma już więcej jakszów, co oznacza, że nie ma już więcej drzew, a zatem święte drewno staje się kosztowne. Dbaj więc o koralik, w porządku? 

– Tu jesteś! – dobiegł ich kobiecy głos. Prija i Rukh obrócili głowy. Deszcz właśnie słabł, ale osoba stojąca na skraju werandy z pallu naciągniętym na włosy trafiła na ostatnie chwile ulewy i tkanina lśniła lekko od wody. – Prijo – odezwała się – chodź ze mną. Jesteś potrzebna. 

– Simo – przywitała ją Prija. Podniosła zwitki wstążki, nóż i resztki świętego drewna, po czym je schowała. – To jest Rukh. 

– Dzień dobry, pani – rzekł z rezerwą chłopak. 

– Miło cię poznać, Rukh – odparła Sima. – Powinieneś pójść do kuchni, zanim przegapisz kolację. 

– Idź – zgodziła się Prija, gdy Rukh spojrzał na nią, by się upewnić. – Zdołasz sam znaleźć drogę do swojej sypialni, prawda? Inni chłopcy powinni ci wskazać, którędy iść. 

Skinął głową. Wymamrotał pod nosem ostatnie podziękowania, uśmiechnął się niemal niezauważalnie do Prii, zeskoczył z werandy i odbiegł. 

Gdy tylko zniknął, Sima chwyciła Priję za rękę i pociągnęła ją przez werandę w kierunku właściwego mahalu. Dłoń, którą ją trzymała, była silna, mokra od deszczu i lekko pachnąca mydłem po wielu godzinach prania. 

– Czyli rzeczywiście przyprowadziłaś tu przybłędę – rzekła Sima. – Mogłam się domyślić, że to prawda. 

– Kto ci powiedział? 

– Któryś ze strażników, którzy was wpuścili, nie pamiętam który – odparła zbywająco Sima. – Masz szczęście, że Billu cię krył. Wróciłaś tak późno. 

– Gdybym wiedziała, że targowiska zostaną zamknięte, w ogóle nie zawracałabym sobie głowy wychodzeniem. Poszłam, żeby... pomóc – wyjaśniła Prija. – Wiesz przecież, czym się zajmuję. Ale nie zdołałam zrobić wiele. A później znalazłam jego. Był sam. 

Dostrzegła, jak przez twarz Simy przebiega znajoma mieszanka rozdrażnienia i tkliwości, zanim przyjaciółka wywróciła oczyma i pokręciła głową. 

– Skoro wspominasz o zamknięciu targowisk, to naprawdę powinnaś pójść ze mną. – Sima puściła Priję i zamiast tego ujęła ją konspiracyjnie pod rękę. – I powinniśmy się pospieszyć. 

– Czemu? 

– Księżniczka wkrótce tu będzie – odparła Sima, jakby Prija była byle prostaczką. – Będziemy patrzeć. – Pociągnęła ją naprzód. – No chodź. Musiałam przekupić jednego z wartowników całą butelką wina, żeby zdobyć dobre miejsce. 

– Jestem głodna – zaprotestowała Prija.

– Możesz zjeść później.

Poszły do wysoko położonego składziku w mahalu, którego wąskie, zakratowane okno wychodziło na marmurowy dziedziniec przy bramie wjazdowej. Miejsca było zaledwie tyle, by mogła wyglądać tylko jedna z nich. Prija spojrzała pierwsza i dostrzegła regenta oraz jego doradców, a także służących stojących przy nich z parasolami, by chronić ich przed nieustannie grożącym deszczem. Żołnierze w paridźatdwipańskiej bieli i złocie ustawili się wokół nich szerokim łukiem. 

Cofnęła się, ustępując miejsca Simie. 

– Mogłaś zachować trochę wina dla nas – mruknęła Prija, klękając na podłodze. 

Sima pokręciła głową. 

– Nie będę miała czasu na picie. Dostałam nową pracę. Gdy ty włóczyłaś się po mieście, Gauri organizowała dziewczęta do obowiązków w nowym domostwie księżniczki. Zamiatanie, gotowanie, zwykłe rzeczy. – Sima zmierzyła Priję spojrzeniem z ukosa. – Też powinnaś ją znaleźć i zgłosić się na ochotniczkę. Wreszcie mogłybyśmy razem pracować. 

Nie wykonywały wspólnie obowiązków od ich pierwszego roku w mahalu, kiedy obie wciąż były dziewczynkami. Sima opuściła wioskę oraz rodzinę i przybyła tu z własnego wyboru, jednak rozmiar i gwar miasta przytłoczyły ją. Prija była oczywiście taka jak Rukh – jedna ze smutnych przybłęd przygarniętych przez żonę regenta, kolejna porzucona sierota, dzika, zła i zupełnie sama. Z początku trzymały się razem z konieczności, jednak wkrótce narodziła się pomiędzy nimi przyjaźń oparta na wspólnych zainteresowaniach: ładnych dziewczynach, alkoholu i nocnych plotkach w sypialni, wspólnym zaśmiewaniu się, aż któraś z pozostałych służących próbujących zasnąć rzucała w nie butem, by się uciszyły. 

– Pieniądze są dobre? – zapytała Prija. – Pieniądze są bardzo dobre. 

– Zatem spodziewałabym się, że zgłosi się do niej więcej ochotniczek, niż potrzeba. 

– Ach nie. – Sima zmrużyła oczy, wyglądając przez kraty. – Chodź tu. Widzę konie. 

Prija podniosła się ze stęknięciem. Ponieważ Sima się nie przesunęła, wcisnęła się obok niej tak, by obie mogły patrzeć. Konie były piękne, zupełnie białe i z uprzężami ze lśniącego złota, ciągnęły rydwan ze srebra i kości słoniowej. Pasażerki pozostawały ukryte, osłonięte baldachimem z ciemnej tkaniny i ścianą zasłon. Po obu stronach pojazdu znajdowali się jeźdźcy, ale rzeczywiście świta nie wyglądała na pełną. Ot, garstka żołnierzy uzbrojonych po zęby i szlachcic, który zsiadł z wierzchowca i skłonił się zdawkowo przed regentem. 

– Księżniczka – powiedziała Sima do jej ucha, gdy zasłonka rydwanu rozchyliła się i ze środka wysiadła starsza szlachcianka – będzie więziona w Hiranie. 

W czaszce Prii pojawiła się nagle biała pustka. 

– Gauri ma trudności z zebraniem ochotniczek – ciągnęła Sima. – Jestem ja, rzecz jasna. Kilka nowych dziewczyn, które nie wiedzą, w czym rzecz. To tyle. 

– Ale ty przecież wiesz, w czym rzecz – zdołała wykrztusić Prija. 

– Ja chcę pieniędzy – odrzekła cicho Sima. – Nie chcę być służącą do końca życia. Nie po to przyszłam do Hiranaprasthy. A ty... – Sima prychnęła, lecz Prija była tak otępiała, że tego nie poczuła, choć stykały się policzkami. – Nie sądziłam, że też chcesz tu być wiecznie. 

– To nie jest złe życie. Bywają gorsze. 

– To nie znaczy, że nie możesz pragnąć nieco więcej, niż masz – powiedziała Sima. – I to, co się tam stało... To było dawno temu, Pri. 

– Ahiranyjczycy nie zapominają. – Prija odsunęła się od okna. Oparła się plecami o ścianę i wbiła spojrzenie w sufit. 

– Niech buntownicy pamiętają – zripostowała Sima. – Niech piszą wiersze i piosenki, niech chwytają za broń. Ty i ja powinnyśmy dbać o siebie. 

Nie dodała: bo nikt inny tego nie zrobi. Ta prawda tkwiła w ich szpiku. 

Ale.

Hirana.

Jeśli Gautam przybliżał ją do kości jej przeszłości, Hirana była grobowcem, w którym niespokojnie spoczywały pokruszone fragmenty jej wspomnień. 

Nagle to wszystko się przez nią przelało. Wyczerpanie. Wypełniająca ją pustka. Brawura i samotność Rukha, w którym jak w lustrze widziała swoją przeszłość. Myśl o tym, jak łatwo ostrze potrafi rozszczepiać skórę. Upokorzenie, gdy ktoś cię przewraca, lekceważy, poniża. „A ty co robisz? Zamiatasz podłogi?” 

Kiedyś chciała być kimś znacznie więcej. 

Nie mogła być osobą, na jaką została wychowana. Ale może mogła pozwolić sobie na to, by życzyć sobie nieco więcej, niż miała. Zaledwie odrobinę. 

Nagle w jej sercu zapłonęło pragnienie tak maleńkie, a jednocześnie tak potężne, że wezbrało w niej niczym głód w wynędzniałym ciele. Nie mogła pozwolić sobie na to, by pragnąć dawnych darów albo dawnej siły. Jednak mogła chcieć czegoś innego: dość pieniędzy, by móc kupować święte drewno bez korzenia się przed człowiekiem, który jej nienawidził. Dość pieniędzy, by nieco polepszyć sobie życie. By polepszyć je tym dzieciom z rynku, które nie miały nikogo. By polepszyć je Rukhowi, za którego teraz odpowiadała. By polepszyć je sobie. 

Pieniądze oznaczały władzę. A Prija była już zmęczona bezradnością. 

– Widzę ją – wydyszała nagle Sima. – Ach... nie dostrzegam jej twarzy, ale ma piękne sari. 

– To księżniczka. Oczywiście, że ma piękne sari.

– Ale szare. Myślałam, że założy coś barwniejszego.

– Jest więźniarką.

– Kto wie co mogą nosić uwięzieni członkowie rodziny panującej? I przestań mi przygadywać, Pri. Sama popatrz. Tym razem Prija zajęła miejsce przyjaciółki. Szczupła postać wysiadła właśnie z rydwanu. Dziewczyna widziała dłoń wciąż opierającą się na ściance pojazdu, perłową tkaninę sari poruszającą się lekko na wietrze. 

– Idę poszukać Gauri – oznajmiła, odsuwając się. 

– Teraz? – spytała Sima, marszcząc czoło w wyrazie dezorientacji. 

Prija nie chciała czekać. Jeśli zbyt długo będzie rozmyślała, jakie to głupie, przekona samą siebie, by tego nie robić. 

– Czemu nie? – odparła. – Muszę spytać ją o pracę. Pójdę z tobą do Hirany. – Zmusiła się do uśmiechu. – Masz rację, Simo. Pora zadbać o siebie. 

Książkę Jaśminowy tron kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Jaśminowy tron. Płonące królestwa
Tasha Suri4
Okładka książki - Jaśminowy tron. Płonące królestwa

Osierocona służąca i uwięziona księżniczka. Różni je wszystko: pochodzenie, bogactwo, wiedza. Łączy jeszcze więcej: dojmująca samotność, całkowite odrzucenie...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Upiór w moherze
Iwona Banach
Upiór w moherze
Szepty ciemności
Andrzej Pupin
Szepty ciemności
Gdzie słychać szepty
Kate Pearsall
Gdzie słychać szepty
Księga zaklęć
Agnieszka Rautman-Szczepańska
Księga zaklęć
Najukochańsza
Joanna Jagiełło
Najukochańsza
Strach ze strychu
Radek Jakubiak
Strach ze strychu
Strefa interesów
Martin Amis
Strefa interesów
Stajnia pod Lipami
Magdalena Zarębska ;
Stajnia pod Lipami
Pokaż wszystkie recenzje