Świat, który przetrwał nadejście Ciemności, stał się brutalną karykaturą dawnego porządku. Poza kręgami życiodajnego światła czai się obłęd, ale wewnątrz nich, za drutami kolczastymi Państwowych Przymusowych Farm, panuje prawo silniejszego i smród niewolniczej pracy. Tutaj luksusowa wieprzowina na stoły elit okupiona jest krwią tych, których pozbawiono praw.
Jerzy Kowalski detektyw ocalały z niejednej opresji, trafia do chlewni Farmy 743. Miał już do czynienia z piekłem, ale nawet on nie spodziewał się, że najgorsze dopiero nadejdzie. W świecie rządzonym przez brutalne zasady i jeszcze brutalniejszych ludzi zostaje zmuszony do podjęcia kolejnego śledztwa.
Na terenie farmy odnaleziono ciało nieznanego mężczyzny. Nagi, torturowany, zastrzelony. A jednak to nie jego śmierć jest najbardziej niepokojąca. Najgorsze jest to, że wygląda dokładnie jak Jerzy.
W świecie spowitym mrokiem najtrudniej rozpoznać własne odbicie.

Do przeczytania powieści Andrzeja Pupina Piętno Ciemności zaprasza Fabryka Słów. To kontynuacja świetnie przyjętych książek Szepty Ciemności oraz Rozbłyski Ciemności, zamykająca trylogię. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Piętno Ciemności.
Smród panujący w chlewni zdawał się mieć niemal płynną formę. Jerzy starał się oddychać przez usta, jednak pomagało to tylko na chwilę. Potworny odór z łatwością przenikał przez kilka warstw starego płótna, którymi detektyw owinął dolną część twarzy. Z trudem łapiąc każdy oddech, machał ciężką szuflą, ładując gnój na drewnianą, rozchybotaną taczkę. W ogromnym budynku znajdowało się kilkaset tuczników, których obsługą w zakresie toaletowym zajmowało się zaledwie dziesięciu pechowców. Jerzy, jako że na Państwową Przymusową Farmę numer siedemset czterdzieści trzy trafił dopiero wczoraj, natychmiast znalazł się na krótkiej liście pełniących tę zaszczytną służbę. Westchnął w duchu, jednak po chwili pocieszył się w myślach, że mógł przecież trafić znacznie gorzej. Przymusowe państwowe zakłady chemiczne, kopalnie i fabryki zbrojeniowe pożerały tysiące więźniów w niekończącym się cyklu wyczerpującej, faktycznie niewolniczej pracy. Zarówno Europa, jak i większość świata z całą bezwzględnością wykorzystywały darmową siłę roboczą stworzoną z tych, których pozbawiono praw obywatelskich.
Aby zająć czymś myśli, przyjrzał się pozostałym nieszczęśnikom. Dwóch młodych byczków, z którymi go tu przywieziono, raczej szybko zmieni przydział. Silne ciała, kwadratowe szczęki i pełne tłumionej agresji, złe spojrzenia wyraźnie zdradzały zatwardziałych kryminalistów. Dla takich ludzi pobyt na farmie to raczej nie była pierwszyzna, więc bez problemu się tu odnajdą. Pozostała siódemka prezentowała się znacznie gorzej. Wychudzeni, obdarci, noszący ślady świeżych i starych siniaków, ewidentnie znajdowali się na dole tutejszej drabiny społecznej. Jerzy mimo głębokiego współczucia wiedział, że bratanie się z nimi jest bardziej niż nierozsądne. W takich miejscach panowały twarde, brutalne zasady, a tylko głupiec próbował buntować się przeciwko specyficznej więziennej społeczności. Na przymusowych farmach, niezależnie od tego, czy państwowych, czy prywatnych, rządziło prawo siły, pieniędzy lub znajomości w przestępczym półświatku.
– Więzień Kowalski! – wydarł się na cały głos strażnik. – Ruszcie tę zawszoną dupę! Biegiem do mnie!
Jerzy uśmiechnął się pod nosem. Długo nie musiał czekać. Odstawił łopatę i truchtem ruszył w kierunku wyjścia. Żegnały go zazdrosne spojrzenia współosadzonych.
– Dawaj, śmierdzielu, nie mam całego dnia – warczał funkcjonariusz, krzywiąc się od chlewnych aromatów. Naczelnik chce cię widzieć.
Świeże powietrze uderzyło niczym obuchem po łbie, detektyw zachwiał się i przez chwilę mrugał, oślepiony słabym grudniowym słońcem. Dopiero pałka strażnika waląca go po nerkach boleśnie przypomniała o potrzebie pośpiechu. Maszerując w stronę niewielkiego, dwupiętrowego budynku nadzorców, po raz pierwszy od chwili przybycia mógł w spokoju przyjrzeć się swojemu nowemu domowi. Siedemsetczterdziestkatrójka znacząco różniła się od poprzednich więzień, skupionych na rolnictwie. Tutaj hodowano rzadkie gatunki zwierząt na mięso, skóry i drogą, eksportową żelatynę. Jako że po nadejściu Ciemności wyginęły niemal wszystkie ssaki, ocalały jedynie te, które znajdowały się pod opieką ludzi, przy bezpiecznym źródle światła. Początkowo skupiono się wyłącznie na rolnictwie, mogącym wyżywić rzesze głodujących, oraz masowej hodowli ptactwa domowego, czy też stosunkowo prostym i efektywnym połowie ryb. Skoro hekatomba dotknęła tylko ssaki, to zarówno płazy, gady, ptaki czy kręgowce wodne mogły nadal służyć za mniej lub bardziej wydajne źródło białka. Z czasem jednak sytuacja się ustabilizowała, część starych fortun jakimś cudem przetrwała, a niektóre nawet się jeszcze powiększyły. Jak to zwykle bywa, pojawili się też nowi milionerzy, żerujący na czasach kryzysu. Zwykłe jedzenie, przeznaczone dla mas, nie było dla wyrafinowanych podniebień wystarczające, więc z resztek ocalałych ssaków hodowlanych, rozsianych po całej Europie, udało się przywrócić wybrane gatunki i rozpocząć hodowlę na bezpiecznie oddalonych od miast więziennych farmach. Władze europejskich krajów nie chciały, aby ledwie wiążącym koniec z końcem, a często jedynie wegetującym masom zanadto rzucały się w oczy luksusy dostępne tylko dla najbogatszych czy najbardziej wpływowych person.
Państwowa Przymusowa Farma numer siedemset czterdzieści trzy specjalizowała się akurat w hodowli świń. Poza wielką chlewnią w obiekcie znajdowała się też rzeźnia, w której dokonywano rozbioru tusz. Nic się nie mogło zmarnować. Nawet najmniejszy skrawek wieprzowiny wart był tygodniówkę nauczyciela, więc starannie pozyskiwano każdy strzęp bezcennego białka i tłuszczu. Oczyszczone skóry trafiały do jeszcze bardziej śmierdzącej niż chlewy garbarni, aby finalnie zostać wykorzystanymi w luksusowym przemyśle odzieżowym, meblarskim oraz samochodowym. Na farmie wszystko musiało być spożytkowane. Nawet z kości i niejadalnych resztek wytwarzano żelatynę. Galarety i auszpiki trafiające na stoły klasy wyższej musiały przecież być przygotowane z deficytowych składników najwyższej jakości. Kolejnymi mijanymi budynkami były silosy z paszą i słomą dla zwierząt, potem magazyny, a na koniec, w pewnym oddaleniu od pozostałych, postawiono masarnię. Detektyw już pierwszego wieczoru usłyszał, że pobyt w tej ostatniej zdawał się rajem dla osadzonych. Nic więc dziwnego, że trafiali tam wyłącznie wybrani, zajmujący też, rzecz jasna, najlepsze miejsca w więziennym baraku.
W końcu dotarli na miejsce. Przed drzwiami schludnego budynku z czerwonej cegły stało dwóch strażników. Postawni mężczyźni odziani byli w ciemnozielone mundury Państwowej Straży Więziennej, na które nałożyli stalowe napierśniki rodem z Wielkiej Wojny. Na głowach mieli poniemieckie hełmy, jeszcze starego wzoru,
zapewne również pozyskane z policyjnych czy wojskowych magazynów. Przy pasach nosili wielkie, masywne bagnety, zwane potocznie „liściami”, znakomicie rąbiące miękkie ciało podczas tłumienia ewentualnego buntu, oraz ciężkie, okute metalem pałki, idealne na codzienną dawkę przemocy. Ekwipunek uzupełniała niewielka metalowa tarcza. Ze zrozumiałych względów nadzorcy nie posiadali przy sobie broni palnej. W razie wybuchu zamieszek tak niebezpieczne narzędzia nie powinny wpaść w przestępcze ręce. Tylko wartownicy na wieżyczkach byli wyposażeni w karabiny, a i te wydawano z magazynu jedynie na czas służby.
Na widok przybyłych jeden ze strażników bez słowa otworzył drzwi, po czym wrócił na swoją pozycję.
Świeżo odmalowane błękitne ściany przyjemnie kontrastowały z brzydkimi, szarymi budynkami gospodarczymi, podobnie jak nieskazitelnie czysta drewniana podłoga. Tutejszy naczelnik z pewnością dbał o porządek i walory estetyczne w swoim maleńkim królestwie. Weszli na pierwsze piętro, po czym skierowali się do gabinetu, przed którym stał kolejny strażnik, odziany w mundur i wyposażony jedynie w pałkę. Mężczyzna skrzywił się z niesmakiem i gestem dał znać, że przejmuje więźnia. Kolejnym gestem pokazał Jerzemu, że ma czekać, po czym zapukał do drzwi. Z wewnątrz dobiegł niski, mocny głos zapraszający do środka. Mężczyzna nacisnął klamkę, a drugą ręką bezceremonialnie pchnął więźnia do pomieszczenia.
Gabinet był urządzony według nowoczesnych, stanowczo zbyt kosztownych trendów. Przynajmniej na ile Jerzy po przymusowych wykładach jego wspólniczki Barbary był w stanie ocenić. Naprzeciw eleganckiego, lekkiego biurka z orzechowego drewna stały trzy krzesła dla petentów, również o tym samym odcieniu. Cztery wypełnione aktami szafy stanowiły niewątpliwy komplet z pozostałymi meblami, wszystko w nowoczesnym stylu art déco. Pastelowe, żółte ściany uzupełniał dywan w zbliżonym odcieniu, a obowiązkowe lampy i kinkiety posiadały złote podstawy oraz okucia. Za biurkiem na masywnym skórzanym fotelu siedział niezwykle drobny mężczyzna. Od razu dało się zauważyć, że cierpi na niskorosłość. Pociągła pięćdziesięcioletnia twarz przykuwała uwagę dużymi szarymi oczami, a liczne bruzdy mimiczne i mocna szczęka sugerowały twardy charakter. Starannie przystrzyżone ciemne włosy, modna niewielka bródka i elegancki granatowy garnitur wskazywały na bardziej niż powierzchowną znajomość europejskiej mody i przede wszystkim dobry gust.
Mężczyzna nawet najmniejszym grymasem nie okazał, że razi go smród, otaczający więźnia niczym kokon. Wskazał jedno z krzeseł.
– Niech pan spocznie. Mamy przed sobą dłuższą rozmowę.
Jerzy rozsiadł się wygodnie i założył nogę na nogę. Doskonale wiedział, co będzie dalej. Mimo wszystko miło było choć przez chwilę odpocząć. Naczelnik zmierzył go wzrokiem i powiedział:
– Jerzy Kowalski, kapitan Wojska Polskiego, obecnie w stanie rezerwy. Ostatni zawód: prywatny detektyw. Został pan skazany przez sąd wojskowy na trzy lata twierdzy, zamienionej później na przymusową farmę. Jednocześnie nie utracił pan przywilejów oficerskich, co
zazwyczaj następuje przy wyroku kryminalnym. Może mi pan wyjaśnić, jak to się stało?
– Mój występek został uznany za sprawę honorową. W tym przypadku skazany zachowuje zarówno swój stopień oficerski, jak i otrzymane wcześniej odznaczenia wyrecytował Jerzy monotonnie. Nie był to pierwszy raz, gdy składał wyjaśnienia w tej sprawie. – Niestety, o charakterze przestępstwa nie mogę nic więcej powiedzieć. Po szczegóły musi pan zgłosić się bezpośrednio do sądu wojskowego.
– Obaj doskonale wiemy, że nic od nich nie uzyskam. – Naczelnik badawczo wpatrywał się w Jerzego. Trudno, pozostaje mi pogodzić się z tym, że nie zaspokoję ciekawości. W takim razie przejdźmy dalej.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę kartkował akta. Mimo stosunkowo krótkiego pobytu więźnia w rządowych ośrodkach pracy przymusowej zdawały się bardzo opasłe. Nic dziwnego, detektyw był tyle razy przenoszony, że wszystkie te miejsca zdawały mu się jednym nieprzemijającym koszmarem.
– Z zasądzonych trzech lat odbył pan czternaście miesięcy kary. W tym czasie przebywał pan w siedmiu farmach, nasza jest ósma. Niezwykła rotacja, muszę przyznać.
– Uznałbym zdziwienie za szczere, gdyby nie fakt, że to zapewne właśnie pan w trybie pilnym ściągnął mnie z pięćsetdwudziestki. – Jerzy jak zawsze miał pewne kłopoty z trzymaniem języka na wodzy. – Mogę więc przypuszczać, że doskonale zna pan powody tak częstych zmian miejsca pobytu.
– Faktycznie, nie było łatwo pana tutaj sprowadzić. Musiałem wykorzystać wiele przysług. – Naczelnik uśmiechnął się zimno i spojrzał na Jerzego niczym wilk na łanię. – Jednak pańska reputacja zrobiła na mnie wrażenie. Sześć rozwiązanych spraw. Sześć wykrytych przestępstw. Kilkunastu schwytanych złoczyńców. Reputacja pana wyprzedza.
– Siedem.
– Słucham?
– Siedem rozwiązanych spraw. Uprzejmie proszę przekazać naczelnikowi Rosteckiemu, że za przemyt skażonego alkoholu odpowiadają starszy strażnik Nowicki, strażnik Jakubiak oraz dwóch więźniów, Bondarenko i Zagrodny. Proszę też dodać, że to właśnie Nowicki tuszował zgony więźniów.
– Imponujące. Nie dziwota, że jest pan wręcz rozchwytywany – odparł z uznaniem zarządca zakładu karnego. – Spodziewam się, że tutaj poradzi pan sobie równie sprawnie.
– Nie mogę się już doczekać nowej przygody – stwierdził detektyw. – Może przejdziemy do rzeczy? Szkoda czasu na czczą gadaninę.
– Jeśli tak się panu spieszy do przerzucania gnoju, to nie będę pana zatrzymywać. W końcu, jak mówi przysłowie, żadna praca nie hańbi.
Jerzy ze znużeniem spojrzał na niewielkiego funkcjonariusza. W każdym więzieniu proces przebiegał podobnie: najpierw próba sił, potem zastraszanie, a na koniec niechętna współpraca. Miał już tego dosyć. Farmy zlewały mu się w jedno, a konieczność poznawania po raz kolejny dozorców i współwięźniów zdawała się wysiłkiem ponad miarę. Z racji nieoficjalnych zleceń od naczelników ośrodków dla każdego stawał się pariasem. Strażnicy wprawdzie nie wiedzieli, na ile mogą sobie pozwolić, jednak uprzykrzali Jerzemu życie przy każdej sposobności. Skazani w najlepszym wypadku mu nie ufali, a w najgorszym musiał jeszcze uważać na zagrożenia z ich strony. Zawieszenie pomiędzy statusem więźnia a zaufanym człowiekiem naczelnika było potwornie męczące i wyniszczające. W ciągu roku schudł blisko dziesięć kilo, za to przybyło mu kolejnych przedwczesnych siwych włosów. Jedynym plusem była zdecydowanie lepsza tężyzna fizyczna, rezultat harówki na polach przymusowych farm czy w zakładach przemysłowych. Wprawdzie przepracowywał jedynie połowę wymaganych godzin, resztę czasu poświęcając na żmudne śledztwa, to jednak przynajmniej zbliżył się do starej, dobrej formy. Westchnął w duchu, wspominając, jak w dawnych czasach wiecznie obiecywał sobie powrót do ćwiczeń i za każdym razem nic z tego nie wychodziło. Tym razem los pomógł w spełnieniu zaległych przysiąg. Szkoda tylko, że aż tak złośliwie.
– Panie naczelniku, kultura nakazuje, aby przynajmniej podał pan swoje nazwisko.
– Zazwyczaj nie spoufalam się z więźniami, ale niech będzie. Nazywam się Cezary Pałącki.
– Panie naczelniku Pałącki, było mi bardzo miło pana poznać, jednak nie skorzystam z możliwości współpracy. Zasadniczo odpowiada mi towarzystwo czworonożnych przyjaciół czy, jak to powiedział Franciszek z Asyżu, naszych braci i sióstr. – Jerzy postanowił popisać się erudycją. – Mogę się już odmeldować?
– A więc tak pan chce to rozegrać? – Naczelnik spoglądał na detektywa z ciekawością entomologa ślęczącego nad nowym okazem owada. – Wydaje się panu, że może prowadzić dyskusję z pozycji siły? Chyba nie docenia pan środków, jakich mogę użyć, żeby zapewnić sobie posłuszeństwo.
– Z niewolnika nie ma pracownika – sentencjonalnie odparł były detektyw. – Zwłaszcza Innego, który dodatkowo jest doświadczony w prowadzeniu śledztw.
– Czyli zostaje marchewka. No dobrze. Czego pan oczekuje?
– Po pierwsze, wolnej ręki w prowadzeniu sprawy. Nie chcę, żeby ktokolwiek ze strażników przeszkadzał mi w dochodzeniu. Oznacza to, że muszę mieć do pana dostęp w każdej chwili, a oni muszą o tym wiedzieć.
– Spora ta pana marchewka... – westchnął naczelnik. Trudno, niech będzie. Jednak jeśli mnie pan zawiedzie, nieistotne, czy z winy okoliczności, czy też własnej nieudolności, obiecuję naprawdę wyrafinowaną zemstę. Dziś jeszcze wróci pan do pracy, a od jutra zacznie śledztwo.
– Doskonale. Skoro się dogadaliśmy, to proszę o nieco szczegółów. Na początek: czym mam się zająć?
– Ta sprawa może pana zainteresować bardziej, niż pan sądzi. – Pałącki uśmiechnął się zagadkowo. – Z całą pewnością będzie bardziej odmienna od zatruć lewym bimbrem.
– Zamieniam się w słuch.
– To jest zrozumiałe. Co jeszcze?
– Potrzebuję osobnego pokoju, takiego, gdzie będę mógł trzymać notatki i bez problemu spędzać czas w łóżku, także w godzinach pracy.
– Mam nadzieję, że w celu tego waszego przemierzania świata eterycznego, a nie smacznej drzemki? – stwierdził Pałącki kąśliwie.
– Po trzecie, pracuję fizycznie co drugi dzień, zawsze na innym obiekcie, z innymi ludźmi. – Jerzy zignorował docinki.
– Rozumiem. Chce pan lepiej poznać otoczenie, zapewne nie tylko więźniów, ale i strażników. Zaczynam rozumieć, dlaczego jest pan tak skuteczny.
– Po czwarte, ostatnie i najważniejsze. – Jerzy nieustępliwie spojrzał w oczy rozmówcy. – Po wszystkim da mi pan miesiąc lekkich prac, jakaś rachunkowość czy coś podobnego, i pozwoli zatrzymać osobny pokój. Dopiero potem zgodzi się pan na kolejne przeniesienie. To byłoby już wszystko.
– Tydzień temu na terenie zakładu, a dokładniej: obok rzeźni, strażnicy odnaleźli ciało mężczyzny.
– Chyba nie ma w tym nic niezwykłego? Z doświadczenia wiem, że takie rzeczy wciąż się przytrafiają na farmach.
Denat był całkowicie nagi, jednak nie to sprawiło, że potrzebujemy pomocy. – Tym razem naczelnik zignorował wtrącenie. – Mimo gruntownego śledztwa nadal nie wiemy, kim jest ani jak się dostał na nasz teren. Zwłaszcza bez ubrania, do tego w zimie. Nie mamy też pojęcia, jak udało się go zastrzelić bez wszczęcia alarmu. To tyle na początek, o reszcie porozmawiamy po oględzinach zwłok.
Kolejna noc w przepełnionym baraku zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Setka mężczyzn, stłoczona w niewielkim pomieszczeniu i ciasno upakowana na piętrowych pryczach, wydawała tyle najróżniejszych donośnych odgłosów, że równie dobrze Jerzy mógłby próbować spać na dworcu. Co gorsza, jako że nadeszła kalendarzowa zima i większość więźniów traktowała higienę osobistą niczym osobistego wroga, czekając z porządnym myciem najwcześniej do wiosny, także zapachy nie należały do najprzyjemniejszych. Zmysł powonienia cierpiał okrutnie również z powodu zabitych deskami i uszczelnionych szmatami okien. Zaduch panował okropny, tym bardziej że kilka rozpalonych piecyków typu koza dymiło na potęgę, a wychodzące z nich rury prowadzące do niedbale wyciętych w dachu otworów wentylacyjnych niewiele na to pomagały. Wprawdzie Jerzy za starych, wojennych czasów uznałby obecne wa-
W przeciwieństwie do miast, gdzie rytm dobowy wyznaczało słońce oraz trwająca przez okres Ciemności godzina policyjna, na przymusowych farmach życie miało swój własny stały harmonogram. Pobudka o piątej trzydzieści była niezależna od pory roku. Tak było również tutaj. Ledwie detektyw zdążył przymknąć oczy, a już strażnik z energią godną lepszej sprawy potrząsał dzwonkiem umocowanym do drewnianego kijka, wypełniając pomieszczenie kakofonią przeraźliwych dźwięków.
Mężczyźni, jęcząc i przeklinając, zaczęli zwlekać się z prycz. Jako że wszyscy spali w ubraniach, to już po dwóch minutach udało się uformować kolumnę, która ruszyła do łazienki. W nocy obowiązywał zakaz opuszczania części sypialnej baraku, a toalety zamykano na klucz, więc część osadzonych maszerowała z wiadrami w rękach. Jerzy uważnie obserwował otoczenie, gdyż w takich miejscach śmierdząca zawartość kubłów zupełnie „przypadkowo” lądowała na nowych. W końcu był teraz bliżej królestwa zwierząt niż ludzi. Jak zazwyczaj, czujność się opłaciła. Niski, krępy mężczyzna, który szedł za byłym detektywem, nagle zatrzymał się w pół kroku. Struga brązowego płynu poleciała prosto na plecy Jerzego. To znaczy poleciałaby, gdyby ofiara zgrabnie nie odskoczyła w bok. Napastnik nie mógł wiedzieć, że atakuje weterana pruskich oddziałów szturmowych, elitarnej formacji wyspecjalizowanej w brutalnych okopowych walkach. Na jego nieszczęście były detektyw podczas miesięcy odsiadki był zmuszony stanowczo zbyt regularnie szlifować dawne umiejętności. Zawartość wiadra rozprysła się za to na następnym z kolei więźniu, który momentalnie z rykiem furii rzucił się w kierunku agresora. Wokół rozbrzmiały gwizdki strażników, którzy zaczęli przepychać się przez krąg więźniów, z ekscytacją dopingujących walczących. Dozorcy nie bawili się w rozdzielanie skazańców, po prostu zaczęli walić z całych sił drewnianymi pałkami kotłujące się ciała. Ciężkimi, okutymi dębczakami obijali więźniów, aż walczący poszli po rozum do głowy i wreszcie legli nieruchomo.
Ponownie sformowano kolumnę i pozostawiając jęczących mężczyzn na ziemi, ruszono do toalety.
Podekscytowani więźniowie głośno debatowali o przebiegu potyczki, jednocześnie zajmując się defekacją. Tylko przy umywalniach było niemal kompletnie pusto, co skwapliwie wykorzystał Jerzy. Trzęsąc się z zimna, obmywał newralgiczne miejsca lodowatą wodą i wycierał płaszczem, przy wtórze drwin kilku współosadzonych. Ignorował zaczepki, w poprzednich ośrodkach zdążył się już do nich przyzwyczaić. I tak nie planował się z nikim zaprzyjaźniać.
Na śniadanie podano gliniasty, czarny chleb, ziołową lurę udającą herbatę i ledwo ciepłą, niedoprawioną warzywną breję. Przynajmniej porcje były sporo większe niż w poprzednich instytucjach. Wszyscy jedli łapczywie i w pośpiechu, wiedząc, że do wieczora nie będzie szansy na żaden inny posiłek.
Dźwięk dzwonka wezwał do opuszczenia stołówki, zaczął się kolejny dzień pracy. Dozorcy wyprowadzali grupki więźniów do przydzielonych zadań, ostrym tonem zachęcając do żywszego tempa, a czasem stosując motywujące szturchanie pałkami. Ot, dzień jak co dzień.
Oddział Jerzego maszerował w kierunku chlewni, gdy mężczyzna w mundurze starszego strażnika podszedł do kolumny i nakazał zatrzymanie. Wysoki, chudy czterdziestolatek zdecydowanie miał problem z higieną. Choć zdawało się to niemożliwe, śmierdziało od niego gorzej niż od skazanych.
– Więzień Kowalski, za mną! – zaordynował.
– A na długo? – zapytał prowadzący więźniów dozorca. – Mają dzisiaj kupę roboty. I to dosłownie.
– Ten już tu nie wraca. Rozkaz naczelnika. Musi ci wystarczyć reszta. Poradzisz sobie?
– A co mam sobie nie poradzić. Jak się przyłożą, to zdążą, a jak nie, to będzie kara. – Dozorca zarechotał. Już dawno porządnie nie użyłem pałki. Chlewik będzie błyszczeć jak złoto.
Ruszyli w kierunku budynku strażników. Jerzy wesoło gwizdał pod nosem, życie znów zaczynało się układać. Skierowali się od razu do piwnicy – najwyraźniej naczelnik nie słynął z cierpliwości i chciał, by niesforny więzień jak najszybciej zabrał się do pracy. Jerzy wprawdzie wolałby najpierw rozlokować się w swoich nowych włościach, ale mus to mus, trzeba było przynajmniej markować robotę. Strażnik otworzył drzwi do niewielkiego pomieszczenia pełniącego funkcję kostnicy i raźnie wkroczyli do środka. Od czasu wielkowojennej służby widok ciał nie budził w Jerzym naturalnego niepokoju. Ktokolwiek przeżył piekło okopów, musiał uodpornić się na takie widoki, nic nie mogło być gorsze od setek gnijących zwłok leżących na ziemi niczyjej, na których w najlepsze ucztowały szczury i wrony.
Nadal pogwizdując, rozejrzał się po pokoju. Na kilkunastu metrach kwadratowych ustawiono duży stół do sekcji zwłok, cztery zamknięte blaszane szafy oraz sześć przykrytych białymi prześcieradłami pryczy wojskowych. Tylko jedna była zajęta, więc chwilowo jego zdolności dedukcji nie okazały się specjalnie użyteczne. Szybkim krokiem zbliżył się do zwłok i jednym ruchem zerwał osłaniający je materiał. Po krótkiej chwili, gdy tylko obraz dotarł do mózgu, Jerzy stanął osłupiały niczym biblijna żona Lota.
Na posłaniu leżał martwy trzydziestoparoletni, nagi mężczyzna. Wysokiego wzrostu, solidnej budowy ciała, jednak z niewielkim brzuszkiem, wskazującym na stosunkowo niedawne zaniedbanie zdrowego trybu życia. Na modnie przyciętych, odznaczających się wczesną siwizną włosach widać było resztki pomady. Jednak to twarz zmarłego wprawiła Jerzego w stan bliski omdlenia. Było to oblicze, które zdawało się należeć do niego samego! Wpatrywał się w zwłoki przez długie minuty, próbując w jakikolwiek sposób zrozumieć, co tu się, na przeklętą Ciemność, wydarzyło.
Wreszcie doszedł do siebie na tyle, aby zwrócić uwagę na drobne cechy, jakimi odróżniał się sobowtór. Mocna szczęka, z której Jerzy był zawsze tak dumny, u zmarłego była nieco bardziej delikatna, oczodoły znajdowały się ciut bliżej siebie, a nos nie nosił śladów dawnych złamań. Pierwsze oszołomienie już mijało, mógł wreszcie zagonić szare komórki do roboty.
Skoro to nie był jakiś diabelski spisek, to kim był denat? Skąd tak zdumiewające podobieństwo?
Głęboko pogrzebane, niechciane wspomnienia wróciły z całą mocą. Rdzawy smak strachu znów wypełnił mu usta. Jerzy zatrząsnął się spazmatycznie i osunął wzdłuż ściany, zakrywając twarz dłońmi.
– Jak na szpicla, to masz słabe nerwy. Słabiutkie. Strażnik zarechotał. – A naczelnik nie mógł się ciebie nachwalić.
– Jak on się tu znalazł? – wychrypiał Jerzy.
– A skąd mam to wiedzieć? Przecie on nie od nas. Chłopaki mówili, że taki jeden gość, nazywał się Łosoś, znalazł trupa pod rzeźnią, tak ze tydzień temu. Nikt nie wie, kto to i skąd się wziął. Sam widzę go pierwszy raz na oczy.
Mężczyzna podszedł do pryczy i przyjrzał się z ciekawością. Po chwili krzyknął w ekscytacji:
– On wygląda jak ty! No bliźniak normalnie. Na śmierdzącą Ciemność! Nikt mi nie uwierzy!
Detektyw momentalnie się pozbierał. Zerwał się na równe nogi i przyszpilił dozorcę do ściany. Chwycił go mocno za szyję, aby ten nie mógł wezwać pomocy.
– Zamkniesz mordę i nie będziesz z nikim gadał! Rozumiesz?!
– Ty... ty gnoju. Ja ci... – wycharczał strażnik.
– Myślisz, że naczelnik wcześniej nie widział trupa? Tępy baranie. Przecież gdyby chciał, żeby to wyciekło, to sam by wszystkim powiedział. A co się stało z tym Łososiem? – Jerzy postanowił zaimprowizować. Zwolnił ucisk na gardle klawisza.
– Przenieśli go pięć dni temu na inną farmę... – Mężczyzna z trudem artykułował słowa. – Ja jestem na jego miejsce...
– Ta, na inną farmę! – parsknął Jerzy. – Taką dwa metry pod ziemią. Tak kończą ci, co za dużo wiedzą o tej sprawie. – Czuł, że może przeszarżować, ale nie mógł dopuścić, by wieści się rozniosły.
– Słodka Światłości. To co mam teraz zrobić? – skomlał dozorca. – Mam żonę i syna.
– Jak się nazywasz?
– Kacper. Kacper Wisławski.
– Słuchaj, Kacperek, zrobimy tak. – Detektyw położył mu rękę na ramieniu. – Powiem, że nie wszedłeś do prosektorium i tylko stałeś na zewnątrz. Musisz jedynie trzymać język za zębami. Inaczej obaj będziemy mieli kłopoty. – Mocno zaakcentował słowo „obaj”, chwycił mężczyznę za bark, boleśnie uścisnął i porozumiewawczo spojrzał Wisławskiemu w oczy.
Tamten musiał zrozumieć, że tylko od dobrej woli detektywa zależy jego dalszy los. Pobladły dozorca, krzywiąc się z bólu, pokiwał głową. Jerzy odetchnął z ulgą. Dobrze, że akurat ten strażnik nie był za bystry.
Krótka dyskusja pozwoliła mu otrząsnąć się z największego szoku. Wypchnął mężczyznę na zewnątrz i wrócił do kostnicy. Usiadł pod ścianą, zamknął oczy, po czym powoli, stopniowo oczyścił umysł. Skupił się wyłącznie na miarowym, rytmicznym oddechu. Tej sztuki nauczył się podczas Wielkiej Wojny od okopowego towarzysza broni o egzotycznym imieniu Bo Wang.
Azjata pochodził z kolonii Qingdao, zagrabionej przez kajzera od Chińczyków w ramach poszerzania niemieckich wpływów w Azji. Na swoje nieszczęście, dzięki protekcji bogatej familii udało mu się dostać na Uniwersytet w Berlinie na chwilę przed wybuchem Wielkiej Wojny. Kolonia padła jeszcze w tysiąc dziewięćset czternastym, a jego rodzina zginęła podczas oblężenia Tsingtau, więc młodzik nie miał jak i po co wracać do domu. Po dwóch latach, gdy skończyły się wszystkie środki, pozostało mu jedynie odzianie się w pruski mundur i droga w jedną stronę na wiecznie głodne pola śmierci. Młodzieniec bardzo szybko złapał kontakt z Jerzym, jedynym studentem w kompanii, co zaowocowało długimi dyskusjami, pozwalającymi choć na chwilę zapomnieć o otaczającym ich piekle. Mimo że Wang zginął ledwie miesiąc później, podczas kolejnego bezsensownego szturmu na wrogie okopy, to niezwykłe techniki radzenia sobie z natrętnymi myślami czy też atakami paniki zostały z Jerzym na zawsze.
Gdy otworzył oczy, był już spokojny i skupiony. Emocje zostały gdzieś z boku, a on wreszcie mógł zabrać się do pracy.
Przede wszystkim skupił się na przyczynie śmierci denata. Była oczywista, o czym świadczyły trzy otwory po kulach w klatce piersiowej. Jerzy przekręcił ciało i przyjrzał się uważnie. Pociski zapewne pochodziły z broni krótkiej, gdyż na plecach nie było śladów ran wylotowych, jednak do wyciągnięcia pewniejszych wniosków przydałby się biegły lekarz. Na takiego Jerzy raczej nie mógł tutaj liczyć. Mimo wszystko potrzebny był mu choćby miejscowy konował do wykonania sekcji. Kaliber i rodzaj użytych pocisków mogły go naprowadzić na trop zabójcy. W każdym razie brak obrażeń od amunicji karabinowej, jedynej broni palnej używanej przez strażników więziennych, wskazywał na możliwe morderstwo.
Przyjrzał się pozostałym obrażeniom. Liczne siniaki i krwiaki świadczyły, że mężczyzna sporo się nacierpiał przed śmiercią. Jerzy dostrzegł również dziwne podłużne ślady, wyglądające jak oparzenia, jednak nie miał pojęcia, co mogło je pozostawić. Na koniec zanotował w pamięci ślady po wyrwanych paznokciach, trzech na prawej i czterech na lewej dłoni.
Aby cokolwiek stwierdzić, potrzebował więcej informacji. Według słów Pałąckiego ciało znaleziono na terenie zakładu, jednak sam fakt zabójstwa w tym miejscu był skrajnie nieprawdopodobny. Trudno było uwierzyć, że dozorcy nie usłyszeliby wystrzałów z broni palnej. Po co jednak ktoś miałby podrzucać trupa na teren przymusowej farmy? Nie mówiąc już o tym, że taka operacja w strzeżonym obiekcie była niezwykle trudna do wykonania. Jedyne możliwe wyjaśnienie stanowiła współpraca przynajmniej kilku strażników z zabójcą, być może również pochodzącym z tej formacji. W takiej sytuacji tym bardziej nie miało to sensu, przecież wystarczyło wywieźć zwłoki do pobliskiego lasu, gdzie z niemal stuprocentową pewnością nigdy by ich nie odkryto. Okoliczne ptactwo szybko by się nimi zajęło, pozostawiając co najwyżej kolejny bezimienny szkielet.
Obecnie najważniejszym pytaniem było, dlaczego naczelnik nie zdziwił się na widok niezwykłego podobieństwa ofiary i detektywa. Być może wiedział o zbrodni znacznie więcej, niż do tej pory przyznał. Dalsze rozważania czy też robocze hipotezy w tej sytuacji nie miały najmniejszego sensu, należało porozmawiać z Pałąckim.
Jerzy wyszedł z kostnicy na korytarz.
– Zaprowadź mnie do szefa – rzucił.
– Ale nic mu nie powiesz? – Strażnik patrzył z nadzieją.
– No co ty? Możesz na mnie polegać jak na Zawiszy. No dalej, idziemy, nie mam całego dnia.
Po drodze Jerzy układał plan rozmowy. Na razie nie myślał o tożsamości zwłok, skupił się wyłącznie na grze prowadzonej przez zarządcę więzienia. Czuł w kościach, że będzie musiał zmierzyć się z wymagającym przeciwnikiem.
Książkę Piętno Ciemności kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
