Koniec i kropka! Fragment książki „Las. Drzewo Adama"

Data: 2026-06-23 15:43:39 | Ten artykuł przeczytasz w 7 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Nastrojowa, wielopokoleniowa opowieść o ludzkiej ułomności, pamięci, odpowiedzialności i tajemnicach, które nie znikają mimo upływu lat.

Gdy młody naukowiec Adam wraca do rodzinnej wsi na Podlasiu, trafia w sam środek historii splatającej losy kilku rodzin i odsłaniającej dramatyczne wydarzenia z czasów wojny i powojennej Polski. W cieniu lasu, pośród milczenia i ukrytych konfliktów, bohater stopniowo odkrywa fakty, które zmieniają nie tylko jego życie.

„Las. Drzewo Adama" Moniki Orlińskiej grafika promująca książkę

Las. Drzewo Adama Moniki Orlińskiej to literacka, poruszająca powieść o dziedzictwie przeszłości i tożsamości wrośniętej w tę ziemię głęboko jak korzenie drzewa. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Axis Mundi. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Las. Drzewo Adama. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

– Pan nie w pracy? Wolne? – odzywa się beznogi.

Wtedy właśnie uderza mnie przeczucie, myśl, jakby olśnienie. Ta twarz, błękitne jaśniejące oczy… „wolne”, mówi.

Wolne.

Facet czeka na odpowiedź, na kontakt, ale nie, może wcale nie czeka, to nie jest czekanie, to jest… trwanie. Nie musi czekać, czas oczekiwania nie dłuży mu się, bo on trwa w nim po prostu. Robi mi się gorąco, potem chłodno. Objawienie przepływa przez mój umysł, jakby ktoś wlewał we mnie obce myśli, obce pojęcia. Teraz – przebiega mi przez myśl – teraz jest teraz. Ten gość nie oczekuje, nie patrzy w jutro, w drogę, która przed nim. Jest tylko tu i teraz. Wolny.

– Tak, wolne – odpowiadam nie do końca przytomnie – zupełnie wolne.

– Trzynaście! Jajecznica z bułką! – Słyszę nosowy głos z okienka wydawczego.

– Wolne, proszę pana, a jakże! – niemal wykrzykuję, idąc po jajecznicę.

Zaczynam rozumieć własne słowa. Co to właściwie znaczy, to wolne? Nie: urlop. Urlop to pakowanie, wyjazd, Grażyna…, nie, cofnij. Wolne to wolne przedpołudnie, a po nim wolne, powolne popołudnie, po nim wolny wieczór. Czas płynie wolno, materia ulega rozrzedzeniu, dotyk ubrania, przedmiotów, cudzej ręki… smak i zapach jajecznicy. Materia nie jest już zwarta i napierająca. Nie idzie się od niej odbić, trzeba się w nią wtopić. Ma fakturę, kolor, znaczenie, nie ma pędu. Materia, która jest niczym, jest zaledwie przestrzenią z niewielką zawartością półmaterialnych, energetycznych cząstek, nabiera sensu dla samej siebie.

– A to może partyjka szachów po śniadanku? Wszyscy teraz tacy, widzi pan, zabiegani. Gra pan?

– Trochę, kiedyś.

Twarz dziadka Anzelma nad szachownicą. Wyciąga pociemniałą od ziemi dłoń, gratuluje mi wygranej, oczy mu się śmieją. Dziadku…

– Bo to, jak mówią, inteligentne zabijanie czasu. Ja tam wolę partyjkę niż siedzieć tak, po parkach. A w domu, no, wie pan. W domu duszno. Ja nie lubię siedzieć w czterech ścianach, mnie to, że tak powiem, mierzi. Bo myślą, że jak bez nogi, inwalida, to już tylko w domu siedzieć i na śmierć czekać, panie. Albo telewizor oglądać, o, wczoraj, jak się palą. Ja już się naoglądałem palenia i kaleczenia. Sąsiad telewizor nowy ma. Mnie to nic już nie jest potrzebne. Na co mnie wiedzieć?

Spoglądam na niego znad parującej jajecznicy. Tylko w barach prosta jajecznica ma ten smak. O co chodzi, to jajka czy pot kucharki? Tam, na zapleczu, wśród parujących kotłów i patelni, czym przyprawiają dania jowialne kobiety o czerwonych twarzach i spracowanych nadgarstkach?

Mężczyzna bez nogi pochyla się nad swoim daniem, przez chwilę w barze słychać tylko odgłosy sztućców uderzających o talerze i stłumione głosy kucharek. Dwoje staruszków już skończyło jeść, siedzą teraz nad niedopitą herbatą, on czyta gazetę, ona rozwiązuje krzyżówkę. Dziewczyna z rozbieganym wzrokiem grzebie w torbie. Drzwi się otwierają, wchodzi mężczyzna w obcisłej żółtej koszuli i białych spodniach. Ma duże lustrzane okulary, w ręku pęk gazet i modny skórzany piterek. Opierając się o parapet okienka kasowego, rozgląda się po sali.

– Pani Marysiu! Ogonek stoi! – Śmieje się z dowcipu, patrząc z pełną samozadowolenia pewnością siebie na dekolt kolorowej dziewczyny. – Naleśniczki jak zwykle proszę – mówi nie zmieniając pozycji, gdy w okienku pojawia się okrągła twarz w kucharskim czepku. Po chwili z karteczką w ręku podchodzi do stolika kolorowej.

– Pani pozwoli?

Dziewczyna próbuje zamknąć torebkę, z której wystają różne przedmioty. Walczy przez chwilę z suwakiem, po czym zarzuca otwartą torbę na ramię i wstaje, nie kończąc posiłku.

– Proszę, ja właśnie wychodzę.

Mężczyzna odprowadza ją wzrokiem jak wszyscy w barze. Ma zgrabny lekki chód, ale łokcie przyklejone do ciała i zaciśnięta na rzemieniu paska dłoń świadczą o niepokoju. W drzwiach torebka zahacza o framugę. Wysypują się z niej rzeczy. Dziewczyna blokuje drzwi swoim ciałem i rzucając nerwowe spojrzenia, próbuje wszystko pozbierać, ale zaczepny elegant usłużnie kuca obok. Podnosi grzebień i oprawny w skórę notatnik. Gdy dziewczyna wyciąga rękę, aby je odebrać, on cofa dłoń:

– A wykupne?

– Proszę mi to oddać! – Jej głos drży.

– O, nieładnie. Co panienka taka nerwowa?

– Proszę oddać!

– Oddam, oddam. Jak wróci pani na herbatkę w miłym towarzystwie.

– Nigdzie nie wrócę, zaraz wezwę milicję!

Mężczyzna niechętnie podaje jej przedmioty. Ona wyrywa je zbyt gwałtownym gestem i puszcza się na drugą stronę ulicy, nie bacząc na duży ruch, pisk hamulców i klakson przejeżdżającego auta.

– Dziękuję! – woła za nią mężczyzna. – Się mówi – dodaje już pod nosem, wracając do stolika. Publiczność barowa też wraca do swoich spraw. Mężczyzna w roboczym kombinezonie odstawia naczynia do okienka zwrotów i zmierza ku wyjściu. Wymijając żółtą koszulę, prowokacyjnie świdruje gościa z wysokości swoich dwóch metrów.

– Jak mi urwało tę goleń, tom myślał, że już nic mi się nie przydarzy. Koniec i kropka, myślałem. Mogło tak, panie, być. Ale jakoś kumpel w szpitalu mnie nauczył w te szachy grać. Potem żonę poznałem. Salowa. Taka była, no, wie pan, tego. Rentę dali. Syna mam, teraz to już dorosły, mechanik, panie. I ten kumpel, kolega to z pułku był, jemu urwało rękę, to gorzej miał. Potem on pić zaczął, śmiał się, że jedna mu ręka została, tylko do kieliszka. A ja w szachy grałem. Z wszystkimi, jak leciało, syna nauczyłem, aż mi łupnia zaczął mądrala dawać, to z nim przestałem. I tak gram. Dzieciaka w domu nie ma, to czas, jak to mówią, zabijam. Ale ja czasu nie zabijam, panie, ja go szanuję. Jego trzeba szanować, bo, panie nic tu więcej dla nas jak ten czas. Trza z nim ostrożnie, wystarczy trochę się zagapić i już kawał życia gdzieś uciekł, rozumie pan. Ale pan młody, to jeszcze nie rozumie. A kumpla, jaka ironia, to ten czas zabił. Czemu to tak? – Wzdycha. – Najmądrzejszy nie dojdzie, jak to Bozia urządziła. To jak, będzie partyjka?

(Rozdział „O decyzjach”)

Książkę Las. Drzewo Adama kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Las. Drzewo Adama
Monika Orlińska0
Okładka książki - Las. Drzewo Adama

Nastrojowa, wielopokoleniowa opowieść o ludzkiej ułomności, pamięci, odpowiedzialności i tajemnicach, które nie znikają mimo upływu lat. Gdy młody naukowiec...

Wydawnictwo