W domu Wardeckich od dawna nie słychać już śmiechu, a niewypowiedziane słowa unoszą się w powietrzu jak kurz. Kiedy wszystkie plany legły w gruzach, Zosia musi na nowo odnaleźć siebie. Nie ma wsparcia matki, która wciąż patrzy na nią przez pryzmat zawiedzionych ambicji. Rafał stara się być pomostem między matką a córką, choć sam coraz częściej ucieka – w pracę i w samotność, co odbija się na jego zdrowiu.
Emilia nadal pomaga poranionym i zagubionym kobietom – jej dom jest zawsze otwarty. Coraz częściej przychodzi tu Zosia. Rozmowa przy filiżance herbaty przynosi jej spokój i ukojenie. Między sąsiadkami z czasem rodzi się wyjątkowa więź. W salonie Emilii pojawia się też zupełnie nowa osoba, która w końcu zbiera się na odwagę i mówi o swoich uczuciach. Jakie sekrety skrywa?

Karolina Wilczyńska w poruszającej, pełnej emocji opowieści Zapisane w kartach. Więzi przypomina, że w każdym człowieku drzemie siła, by podnieść się, stanąć na nogi i zawalczyć o własne szczęście. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Czwarta Strona. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach opublikowaliśmy premierowy fragment książki Zapisane w kartach. Więzi. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Poranek był ciepły i leniwy, powietrze pachniało nagrzaną ziemią i jaśminem, a w ogrodzie Emilii nad krzewami lawendy krążyły motyle. Z okna widać było ogród sąsiadów – zadbany, starannie przystrzyżony, w którym nawet hortensje zdawały się rozwijać w tym samym tempie.
Emilia siedziała przy stole na swoim tarasie z kubkiem zielonej herbaty, w lnianej sukience, której kolor – blady jak mięta w świetle poranka – łagodnie stapiał się z otoczeniem. Na kolanach miała notatnik z zapiskami swoich myśli, ale wzrok błądził zupełnie gdzie indziej. Patrzyła na dom Wardeckich. W jego regularnych kształtach i błyszczących oknach było coś surowego, coś, co przypominało o porządku, ale i o zamknięciu. Czasem, kiedy w nocy paliło się tam tylko jedno światło – w pokoju na piętrze Emilia miała wrażenie, że w tym domu nikt naprawdę nie mieszka, a ściany trzymają w sobie zbyt wiele niewypowiedzianych słów. Teraz, w świetle dnia, to wszystko wydawało się mniej oczywiste, a jednak coś nie dawało jej spokoju.
Mandala przeciągnęła się na parapecie z leniwym pomrukiem. Jej futro błyszczało jak aksamit, a oczy – zielone i czujne – śledziły Emilię. Zodiak leżał na schodach, gdzie słońce tworzyło ciepłą plamę na deskach. Co chwilę otwierał jedno oko, jakby sprawdzał, czy jego opiekunka nadal tkwi w tym samym miejscu.
Emilia odstawiła filiżankę, gdy firanka w jednym z okien na piętrze w domu sąsiadów poruszyła się lekko. Starsza kobieta miała pewność, że to pokój dziewczyny tej samej, którą kilka dni temu znalazła nieprzytomną pod drzewem. Tamto wspomnienie wracało do niej jak powidok, miękki, ale niepokojący. Wciąż pamiętała ciężar ciała Zosi, zimno jej dłoni i oddech, który był jak szept powracającego życia. Czasem w środku nocy Emilia się budziła, przekonana, że słyszy jej cichy jęk.
Cały czas dziewczyna wydawała się inna. Owszem, przychodziła, rozmawiały, uśmiechała się nieśmiało – ale w jej oczach wciąż była mgła. Emilia widziała to od razu, choć nie pytała, nie naciskała. Wiedziała, że pewnych ran nie goi się słowami, tylko obecnością.
Na podwórku Wardeckich rozległ się cichy trzask ktoś zamknął drzwi samochodu. Emilia dostrzegła Rafała w eleganckiej koszuli i marynarce, wychodzącego z domu z teczką w dłoni. Mężczyzna poruszał się szybko, mechanicznie, jak człowiek, który myślami jest już w pracy. Gdy wsiadał do samochodu, jego żona stanęła w drzwiach. Miała na sobie jasny żakiet i okulary przeciwsłoneczne, a w dłoni kubek z kawą. Pożegnanie było krótkie: gest dłonią, wymuszony uśmiech. Emilia dostrzegła, że kobieta jeszcze przez chwilę patrzy za odjeżdżającym mężem, potem wraca do środka i znika w cieniu korytarza.
Zimno między nimi – pomyślała Emilia ze smutkiem, jednak bez osądzania. Wiedziała, jak wygląda dom, w którym ludzie mówią poprawnie, ale nie czule. I nikt nie zna prawdziwych uczuć pozostałych domowników. Sama przez lata mieszkała w takim.
Upiła łyk herbaty. Napar był już letni, ale jego gorycz przywracała skupienie. Z wnętrza jej domu dobiegało cykanie starego zegara – jednostajny, uspokajający rytm. Emilia odchyliła się na krześle i pozwoliła, by wiatr rozwiewał jej włosy. Miała ochotę wstać, podejść bliżej płotu, ale zaraz poczuła, że to nie byłby dobry pomysł, jeszcze nie teraz. Zamiast tego sięgnęła po notatnik. Na marginesie dopisała kilka słów:
Zosia to delikatność, cisza. I lęk. Potrzeba światła.
I zaraz pod spodem:
Nie wtrącać się, ale być blisko.
Słońce przesunęło się wyżej, rozlewając po ogrodzie złote smugi. Emilia zamknęła oczy i wsłuchała się w to, co działo się po drugiej stronie płotu. Usłyszała stukanie talerzy – pewnie Wardecka sprzątała po śniadaniu. Potem znów zapadła cisza, taka, jaką trudno znaleźć w mieście nie całkowita, ale przerywana tylko świergotem ptaków i szumem drzew. Emilia poczuła, jak w niej samej ta cisza panująca w pięknym domu odbija się znajomym echem. Od lat miała wrażenie, że jej życie toczy się między dwoma światami – tym, w którym jest sobą i pomaga innym, oraz tym, z którego dawno uciekła. Obserwując młodą dziewczynę, czuła, że przeszłość wraca w nieoczekiwany sposób. Zosia przypominała ją samą sprzed lat – tę, która wstydziła się mówić, która trzymała w sobie więcej, niż potrafiła udźwignąć.
– Co mam z tobą zrobić, dziecko… – wyszeptała do siebie.
Mandala uniosła głowę, jakby chciała odpowiedzieć. Zodiak podszedł bliżej i położył się u stóp opiekunki. Emilia pogłaskała go po grzbiecie, czując miękkość futra pod palcami. W powietrzu unosił się zapach mięty i wilgotnej ziemi; ogród oddychał, pulsował życiem, którego nie dało się zamknąć w porządku, jak robiła to jej sąsiadka.
Po chwili Emilia wstała. Zeszła po schodkach z tarasu, przeszła przez ogród w stronę krzewów aronii. Gałązki uginały się pod ciężarem czarnych jagód. Zerwała kilka, przyjrzała się im – błyszczały w słońcu jak paciorki. Pomyślała, że może jutro przygotuje z nich sok. Potem spojrzała znów w stronę domu Wardeckich.
W oknie na piętrze ujrzała sylwetkę dziewczyny, która odsunęła firankę. Zosia przez chwilę patrzyła wprost na Emilię, jakby chciała przekazać sąsiadce wiele emocji: wdzięczność, sympatię, a może tylko znak, że żyje. Emilia uniosła dłoń prawie niezauważalnie. Dziewczyna odpowiedziała podobnym gestem, a potem zniknęła w głębi pokoju. Emilia stała jeszcze chwilę w miejscu, z ręką w powietrzu. Czuła niepokój, delikatny, ale niedający spokoju.
W tym domu niedobrze się dzieje – pomyślała.
Ale nie wiedziała jeszcze co ani jak bardzo ją samą to dotknie.
Wróciła na taras. Koty podążyły za nią jak cienie. Usiadła znów na krześle, wzięła do ręki talię i rozłożyła na stole trzy karty tarota. Jedna była odwrócona, druga i trzecia proste. Kobieta obserwowała przez chwilę symbole, jakby chciała zapytać los o odpowiedź. Potem westchnęła i zebrała talię.
– Cierpliwość – powiedziała cicho. – Cierpliwość i światło.
Wtedy z oddali dobiegł dźwięk dzwonka telefonu stłumiony, z wnętrza domu. Emilia wstała, odsunęła krzesło. Koty spojrzały za nią, jakby wiedziały, że za moment zniknie z tarasu. W progu obejrzała się raz jeszcze na dom sąsiadów. W słońcu błyszczały szyby, odbijając błękit nieba. Nic nie wskazywało, że za tym porządkiem kryje się cokolwiek niepokojącego. A jednak coś w jej wnętrzu drżało jak dźwięk, którego nie słyszy się uszami, tylko sercem.
Emilia zamknęła za sobą drzwi, ale jeszcze długo w jej myślach pozostawało to okno na piętrze i sylwetka dziewczyny, która na moment odsłoniła firankę, by znów zniknąć za nią jak za teatralną kurtyną.
Książkę Zapisane w kartach. Więzi kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
