W domu Wardeckich od dawna nie słychać już śmiechu, a niewypowiedziane słowa unoszą się w powietrzu jak kurz. Kiedy wszystkie plany legły w gruzach, Zosia musi na nowo odnaleźć siebie. Nie ma wsparcia matki, która wciąż patrzy na nią przez pryzmat zawiedzionych ambicji. Rafał stara się być pomostem między matką a córką, choć sam coraz częściej ucieka – w pracę i w samotność, co odbija się na jego zdrowiu.
Emilia nadal pomaga poranionym i zagubionym kobietom – jej dom jest zawsze otwarty. Coraz częściej przychodzi tu Zosia. Rozmowa przy filiżance herbaty przynosi jej spokój i ukojenie. Między sąsiadkami z czasem rodzi się wyjątkowa więź. W salonie Emilii pojawia się też zupełnie nowa osoba, która w końcu zbiera się na odwagę i mówi o swoich uczuciach. Jakie sekrety skrywa?

Karolina Wilczyńska w poruszającej, pełnej emocji opowieści Zapisane w kartach. Więzi przypomina, że w każdym człowieku drzemie siła, by podnieść się, stanąć na nogi i zawalczyć o własne szczęście. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Czwarta Strona. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Zapisane w kartach. Więzi:
Lipcowe słońce ślizgało się po kuchennym blacie złotą wstęgą, podkreślając drobne zarysowania na lakierowanej powierzchni stołu i wydobywając z kwiatowych wzorów na filiżankach ciepłe, niemal kremowe tony. Okno było uchylone na oścież, wpadało przez nie powietrze pachnące kurzem i nagrzanym asfaltem, a wraz z nim monotonny szmer miasta: daleki odgłos silników samochodów, pojedynczy klakson, kroki kogoś idącego chodnikiem. W ogrodzie za domem pszczoły krążyły nad kwiatową rabatą, gdzieś z boku zaszeleścił żywopłot, w koronach drzew świergotały ptaki.
Rafał siedział przy stole w koszuli z cienkiej bawełny, rozpiętej pod szyją, z podwiniętymi mankietami. Na talerzu przed nim stygła jajecznica. Mężczyzna spoglądał w zamyśleniu na swój kubek – ciężki, baryłkowaty, w kolorze głębokiego granatu – i co jakiś czas odruchowo mieszał łyżeczką w herbacie, choć cukier już dawno się rozpuścił. Czuł w karku napięcie, oczy szczypały go z niewyspania, a w piersi tliło się to ledwo uchwytne, ale uporczywe uczucie, że dzień, który dopiero się zaczął, nie będzie beztroski.
Agnieszka siedziała naprzeciw, wyprostowana, w jasnej bluzce z dyskretnym połyskiem i granatowych spodniach. Włosy miała związane wysoko, tak że eksponowały drobne, perłowe kolczyki. Na jej nosie błyszczały lekkie okulary do czytania, które zsuwała co chwila, gdy przenosiła wzrok z komórki na kalendarz leżący obok talerzyka z chrupkim pieczywem. Ruchy Agnieszki były wyważone, kontrolowane, jakby każde sięgnięcie po długopis i każdy łyk kawy miały swój czas. Tylko usta, zaciśnięte w wąską linię, zdradzały to, czego twarz starała się jeszcze nie ujawniać podenerwowanie, rosnącą irytację i chłód.
Drzwi w hallu skrzypnęły krótko. Zosia weszła bez pośpiechu, choć trochę niepewnie. Jej oczy, opuchnięte od niewyspania, posłały rodzicom spojrzenie, w którym odbijało się zmęczenie ostatnich miesięcy i to wszystko, co zdarzyło się w ostatnich dniach. Zatrzymała się przy kredensie, jakby badała grunt. Agnieszka spojrzała tylko na sekundę – znacząco, krytycznie i z dezaprobatą – i zaraz wróciła wzrokiem do kalendarza, w którym zaznaczyła coś grubą czarną kreską.
Zosia jak gdyby nigdy nic otworzyła lodówkę. Chłodne powietrze uderzyło w jej rozpaloną twarz. Sięgnęła po wędlinę, plastikowy pojemnik z plasterkami ogórka i słoiczek musztardy. Wyjęła z szafki talerz, wzięła chleb i nóż, wszystko ułożyła starannie, prawie ceremonialnie na blacie i usiadła przy krańcu stołu – nie na swoim zwyczajowym miejscu, lecz dalej od rodziców, bliżej okna, gdzie czuć było podmuch świeżego powietrza.
W kuchni na moment zapanowała gęsta cisza. Agnieszka odłożyła długopis, lecz nadal nie mówiła ani słowa. Upiła łyk kawy i tylko skóra na jej policzku zadrgała, zdradzając, że wewnątrz targają nią emocje. Rafał odchrząknął cicho. Wziął głębszy oddech, bo wiedział, że powinien coś powiedzieć, choć wcale nie miał na to ochoty.
– Zosiu… – zaczął i urwał, zastanawiając się, co właściwie mówić w takiej sytuacji. – Nie powinnaś znikać tak bez słowa. Martwimy się. Twoja mama… – zawiesił wzrok na Agnieszce, która uniosła brew – i ja też.
Dziewczyna spojrzała znad talerza na ojca, jakby mierzyła, ile w jego oczach jest troski, a ile cichej prośby, by nie komplikować bardziej tej trudnej sytuacji. Położyła dłoń na stole, palcami dotknęła chłodnego szkła, jakby szukała w nim oparcia.
– Są ważniejsze rzeczy niż moja nieobecność – powiedziała z tym nowym spokojem, który zyskała w ostatnich godzinach. – Muszę wam coś powiedzieć… Nie dostałam się na medycynę. Ani do Krakowa, ani do Warszawy.
Na dźwięk tych słów Agnieszka drgnęła. Uniosła głowę gwałtownie, spięte włosy poruszyły się niczym pęk traw na wietrze.
– Słucham? – Jej głos był czysty, ostry, chłodny jak szkło. – Co powiedziałaś?
– To, co słyszysz – odparła Zosia, wciąż spokojnie, jakby już sto razy ćwiczyła te słowa i dzięki temu mogła nie okazać emocji. – Ale… – zaczerpnęła tchu i dodała nieco szybciej: – dostałam się do Kielc. Z listy rezerwowej. Wczoraj się o tym dowiedziałam.
Przez sekundę w oczach Agnieszki zamigotało coś, co trudno było nazwać – coś pomiędzy ulgą, że jednak medycyna, a rozczarowaniem, bo nie tam, gdzie trzeba. Wardecka mocniej zacisnęła usta.
– Kielce – powtórzyła, jakby to wymagało dodatkowej analizy. – Kielce? A my… – Urwała, przeciągnąwszy palcem po linijce w kalendarzu, jak gdyby szukała w tym geście ratunku. – Przecież… Przecież to niemożliwe. Plan był inny, Zosiu. Wiesz o tym, prawda?
Dziewczyna oparła łokcie o stół i ukryła na moment twarz w dłoniach. W tym jednym ruchu było wszystko: nieprzespane noce, krążące po głowie scenariusze i to, co wydarzyło się tam, pod drzewem, o czym postanowiła teraz jeszcze nie mówić.
– Przykro mi, że nie spełniłam waszych oczekiwań powiedziała i w jej głosie zabrzmiała ironiczna nuta, której Agnieszka nie lubiła. – Nie jestem tak idealna, jak chcieliście.
Matka parsknęła krótko i rzuciła:
– Nie bądź bezczelna.
Rafał się pochylił. Dłonie splótł tak mocno, że aż zatrzeszczały stawy.
– Dobrze, dobrze, spokojnie. Nawet jeśli to Kielce, to wciąż medycyna – powiedział z wymuszoną lekkością, która jednak zabrzmiała jak kiepskie pocieszenie. – Mamy tu przecież świetny wydział, doskonałych lekarzy. Najważniejsze, że jesteś na kierunku, który wybrałaś, Zosiu.
– Najważniejsze – sprzeciwiła się zimnym i suchym tonem Agnieszka – było trzymanie się planu. Co ja teraz ludziom powiem? – Odchyliła się na oparciu krzesła, dłoń położyła płasko na kalendarzu, jakby mogła tym gestem i siłą woli zmienić wydarzenia. – Że nasza córka… – zawahała się, wyraźnie starając się utrzymać spokojny ton zostaje w Kielcach… Bo co? Bo lubi? Bo tak wyszło? Bo nie była dość dobra, żeby dostać się na prestiżową uczelnię? Nie, nie. Trzeba to zrobić z głową. – W jej oczach zapaliły się chłodne iskierki pragmatyzmu, dzięki któremu w życiu tyle razy wygrywała. – Powiemy, że względy zdrowotne – wymyśliła szybko rozwiązanie. – Krótkie leczenie, specjalista na miejscu. Migreny? Albo coś z sercem, ale drobnego… Coś, co każdy zrozumie i nie będzie dalej wypytywał.
Zosia poderwała się jak oparzona. Przez sekundę wyglądała, jakby miała się roześmiać – tym pustym, bezdźwięcznym śmiechem, który przychodzi, gdy ktoś mówi coś zupełnie niedorzecznego. Jednak zaraz opuściła ramiona, jakby uszła z niej energia.
– Mamo… – powiedziała z niedowierzaniem, w którym iskrzył się bunt. – Mam udawać chorobę? Przecież to…
– Nie przerywaj mi – weszła jej natychmiast w słowo Agnieszka. – Nie teraz. Już wystarczająco narozrabiałaś. Odchrząknęła, zsunęła okulary na koniec nosa i zerknęła na Rafała, jakby szukała poparcia. – Trzeba szybko działać. Ja to ogarnę. A ty – teraz spojrzała na Zosię – idź do pokoju. I prześpij się, bo wyglądasz fatalnie.
Zosia wyprostowała się powoli. Na twarzy miała półuśmiech, który mówił, że przyjęła cios, zabolało, ale nie dała się złamać.
– Bardzo chętnie – powiedziała chłodno.
Krzesło zaskrzypiało, kiedy wstała. Odstawiła talerzyk do zlewu z lekkim stukiem. Przeszła obok matki – zatrzymała się na sekundę, jakby chciała coś dodać, ale ostatecznie wyszła z kuchni w ciszy i bez słowa.
Gdy dźwięk jej kroków umilkł w korytarzu, Agnieszka spuściła głowę, a jej ramiona, dotąd napięte jak struny, opadły.
– Nie za ostro? – zapytał Rafał, lecz bez oskarżenia w głosie. – Agnieszko…
– Proszę cię, tylko jej nie broń. Miała jedno zadanie. Jedno. Uczyć się. I co? – Zacisnęła palce na długopisie tak mocno, że knykcie pobielały. – Wiesz, że mieliśmy plany, Rafał. I postanowiliśmy je zrealizować. Nie po to człowiek haruje jak wół przez lata, żeby potem tłumaczyć się sąsiadom, że nie wyszło. Nie u nas.
Wardecki przejechał dłonią po zaroście. Wstał, podniósł talerz z wystygłą jajecznicą i postawił go obok zlewu. Chciał dotknąć żony, położyć jej dłoń na ramieniu, ale powstrzymał odruch – Agnieszka była zbyt sztywna w tej chwili, odtrąciłaby jego próbę uspokojenia.
– Muszę jechać do pracy – powiedział cicho. – Inaczej spóźnię się na poranne zebranie z zarządem. – Zawahał się przy drzwiach, jakby chciał coś dodać, ale westchnął i rzucił tylko: – Pogadamy wieczorem, na spokojnie. Pa!
Agnieszka skinęła głową. Odwróciła się w stronę okna, wsparła łokciem o stół, a drugą ręką zasłoniła oczy i czoło. Usłyszała szelest marynarki zdejmowanej z wieszaka, potem lekki trzask drzwi wejściowych i pobrzękiwanie kluczy. Została sama z kalendarzem, który nie mógł jej w niczym pomóc, z zimną jajecznicą i ciężarem informacji, które przekazała córka.
Za oknem wiatr poruszył liśćmi orzecha i przyniósł zapach rozgrzanego powietrza. Pszczoła uderzyła w szybę, jakiś ptak wzbił się w powietrze, spłoszony gwałtownym szczekaniem psa.
Agnieszka opuściła w końcu rękę. Sięgnęła po telefon, wpatrywała się chwilę w swoje odbicie w czarnym ekranie. Wreszcie westchnęła głęboko, przeciągle, bo czuła, że staje przed kolejnym wyzwaniem, któremu musi sprostać dla dobra swojej rodziny.
Usłyszała dobiegający z góry odgłos otwieranego okna domyśliła się, że to Zosia wietrzy swój pokój. Przed oczami stanął jej obraz córki: niedbały ubiór, zmęczone spojrzenie, słowa o tym, że nie spełniła oczekiwań. Agnieszka poczuła chęć przytulenia dziewczyny, ale natychmiast, jakby zawstydzona tym napływem emocji, przymknęła powieki i uciszyła je w sobie.
Sięgnęła po długopis, napisała w kalendarzu drobnymi literami jedno słowo, opatrzone znakiem zapytania: Neurolog?
Gdzieś w ogrodzie zaskrzeczała sójka, ochryple, jak na alarm. Agnieszka się wzdrygnęła. Spojrzała w stronę korytarza, na schody prowadzące na górę, do pokoju córki, i znowu pomyślała o sąsiadach, o tym, co powie ludziom.
W tym czasie Rafał, wyjeżdżając samochodem z garażu, spojrzał we wsteczne lusterko na okno kuchni – białe pasy firanki powiewały lekko jak dłonie, machające mu na pożegnanie. A może wołające go z powrotem? Przełknął ślinę i włączył kierunkowskaz. Tam, w środku, w dużym i pięknym domu, dwie tak bliskie mu kobiety oddychały w zupełnie innym rytmie, który nie chciał brzmieć wspólnie. A on nie wiedział, co z tym zrobić.
Agnieszka wstała od stołu. Oparła dłonie o blat, spojrzała jeszcze raz w kalendarz, po czym zamknęła go zdecydowanym ruchem, odkładając zapiski na później. Zebrała resztę naczyń ze stołu, wstawiła je do zlewu i odkręciła wodę – mieli zmywarkę, ale lubiła czasami sama się tym zająć, zwłaszcza gdy potrzebowała uporządkować myśli. Szum wody uspokajał.
Gdy skończyła, otarła dłonie w ściereczkę, wygładziła ją machinalnie i wyprostowała plecy tak, że poczuła na łopatkach chłód materiału bluzki. Usiadła z powrotem przy stole. Na chwilę podparła brodę dłonią, spojrzała gdzieś daleko, poza ogród, poza ulice.
Tym razem zamiast kalendarza wybrała telefon, uznając go za lepsze miejsce do prywatnych zapisków, których nikt niepowołany nie powinien widzieć. W notatkach zapisała: Wersja zdrowotna – alternatywy. A dalej kilka pomysłów, które pierwsze przyszły jej do głowy. Dłonie miała chłodne. Tylko kciuk drgnął jej nerwowo, jakby chciał wykasować wszystko, zanim zdąży się zamienić w oficjalną opowieść.
Podniosła wzrok znad ekranu. Kuchnia znów wyglądała na gotową scenerię dla zwykłego poranka: czyste filiżanki, promień słońca przemieszczający się po stole. Tylko powietrze było gęstsze, a smak kawy gorzki, nie tylko z powodu braku cukru.
Agnieszka przełknęła łyk napoju w milczeniu i po raz kolejny tego dnia wzięła się do tego, co sama nazywała ogarnianiem. To umiała najlepiej.
Książkę Zapisane w kartach. Więzi kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
